|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O zwierzęciu żółtym jak cytryna; 02.01.2015
Kiedy ostatnio pisałem o wierszu pana Szpotańskiego, zdałem sobie sprawę z tego, że jest tam iście prorocze
(przynajmniej moim zdaniem) spojrzenie na stosunki Rosji z jednym z sąsiadów. Dlatego postanowiłem tym,
którzy utworu nie pamiętają, zacytować kawałek. Caryca Leonida, pijąc na Kremlu czysty spirt, pyta lustra,
czy jest ktoś od niej piękniejszy. A wówczas...
No, Boże mój, kakaja zmiana! / Czto tam słuczyło się, na Boga ?! / W zierkale siedzit obiezjana, / użasna,
żełta kak cytryna! / Podstępne, skośnyje głaza, / a kakaja obmierzła mina! / Pomiłuj Boh, toż to nie ja! / To
Frankiensztejn ili King-Kong! / A etot strasznyj, żełtyj kłąb, / co się tam za nią roi w tyle / i leziet na
mnie, skąd ich tyle?! / Skażi, skażi, ach, mnie zierkało: / jest li eto ta małpa Mao, / etot kitajskij gad
nad gady, / co mi obsrywa ambasady, / kotoryj chce mi odbić Dicka / i w carstwo moje chyłkiem wnika,
/ straszną gotując mi zagładę? // A w lustrze dudni groźny głos: / "Da, eto jest caryca Mao, / która
piękniejsza jest od ciebie. / Na smoku wjedzie w twoje carstwo / i wsio tak w pył i proch rozjebie, / że
się rozpadnie gosudarstwo!"
Pan Janusz Szpotański (1929 - 2001) napisał "Carycę Leonidę" w 1974 roku. Te czterdzieści lat temu
można się było z takiej wizji śmiać. Dzisiaj chyba już ten śmiech więźnie zainteresowanym w gardle.
I na tym obiecuję zakończyć cytowanie tego twórcy, żeby jakichś praw autorskich nie pogwałcić, bo to nie
było moim zamiarem. Jeśli ktoś chciałby sam jego utwory poczytać, to musi zajrzeć pod
ten adres.
O załamującej głupocie liderów kapitalizmu; 09.01.2015
Ostatnich kilka lat nastraja do oceny tego, co zaszło i zachodzi na świecie. Niestety, ocena nie
ypada pozytywnie dla tych, od których wszystko zależało po roku 1945. Co to za oni? A któż by, jak
nie liderzy kapitalizmu - zarówno polityczni jak i ekonomiczni: czyli, w ramach Unii, "stare" kraje
europejskie (U.S.A. świadomie pominę w tych rozważaniach). Ich śmietanka pomyliła się w trzech
kluczowych zagadnieniach powojennych, a głównym powodem tych pomyłek był w dwóch przypadkach rasizm,
a w trzecim brak wyobraźni. Ale po kolei.
Sprawa pierwsza. Kraje zachodnie pomyliły się sromotnie co do siły przyciągania ich stylu
życia. Wydawało się bowiem, że wystarczy wpuścić różnych gastarbeiterów od brudnych prac w swoje
granice, a ci, jak za pociągnięciem różdżki, dadzą się skusić czarownościom demokratycznego bogactwa
i wtopią się bez problemu w społeczeństwa zachodnioeuropejskie, ciesząc się, że mogą tam zamiatać.
Zamiast przyjmować z otwartymi rękoma komunistów (którzy wcale nie różnili się kulturowo od ludzi
Zachodu, a jeszcze byliby faktycznie wdzięczni za szansę życia w normalnych warunkach), postawiono
na przyjazd imigrantów z krajów trzeciego świata, które przedtem często były koloniami metropolii
europejskich. Wyniki takiego stanu rzeczy widzimy właśnie we Francji i nie jest to z pewnością
ostatnie słowo tych, mających się łatwo wtopić w otoczenie, imigrantów.
Sprawa druga. Kraje zachodnie pomyliły się sromotnie co do przenoszenia produkcji do Chin.
Sądzę, że przeważyła tu pogarda dla różnych "dzikich". Kapitaliści decydujący o kierunkach rozwoju
gospodarczego mylnie założyli, że Chiny to taki sam kraj, jak ich byłe kolonie w Afryce. A tam
sprawa była jasna - albo po ogłoszeniu niepodległości kacykowie dawali się łatwo przekupywać
byłym kolonizatorom, oddając w ich ręce gospodarki nowopowstałych państw, albo zapraszali
specjalistów z ZSRR, na czym marnie wychodzili. W obydwu przypadkach wydawało się z perspektywy
europejskiej, że "dzicy" sami nie są zdolni do utrzymania chociażby poziomu rozwoju z chwili
odejścia kolonizatorów. Dlatego żadnemu kapitaliście nie spędzała snu z oczu wizja przeniesienia
technologii i kapitału do Chin. Sądzę, że wszyscy, którzy tak zrobili ufnie uważali, że kapitał
zawsze można wycofać, a technologia, po wycofaniu specjalistów z zachodu, na nic się tubylcom
nie przyda w zarośniętych gąszczem fabrykach. Tak to, w końcu, działało w Afryce, więc czemu
nie miałoby zadziałać w Chinach? Wynik takiego samobójczego myślenia widzimy gołym okiem, a
chińskiego smoka wykarmili sami żądni zysku kapitaliści.
Sprawa trzecia. Kraje zachodnie pomyliły się sromotnie co do byłych kolonii. Wydawało
się, że przyznawanie im niepodległości to świetny interes. Bo to można było z jednej strony
sporo zaoszczędzić, kiedy nie trzeba już było łożyć na rozwój i utrzymanie kolonii (prawda, że
różne kraje europejskie różnie przykładały się do tego), a z drugiej liczono na utrzymanie
wszystkich lub większości ekonomicznych przywilejów (patrz sprawa druga). Tymczasem kraje te,
pozostawione same sobie, zaczęły staczać się gospodarczo przy jezuickim désintéressement
byłych metropolii. Co więc dziwnego, że tamtejsza ludność zaczęła ubożeć, a nie znajdując wielkiego wsparcia
swoich kacyków stała się podatna na idee skrajne, stając się wylęgarnią ruchów pragnących
osiągnąć sprawiedliwość siłą (tu wyznać muszę, że zdaję sobie sprawę, że ocena jest znacznie
uproszczona i sprymitywizowana, ale - u licha! - to jest blog, a nie praca habilitacyjna). Wnioski
mogą nasuwać się różne: już to, że trzeba wzmóc pomoc dla tych krajów (co praktycznie oznacza
jedynie nabijanie kabzy kacykom), już to, że nie trzeba było zezwalać na ich niepodległość,
co jest wnioskiem dość niepokojącym w czasach, gdy poprawność polityczna święci z
niezrozumiałych powodów triumfy.
O wadze znaczących zmian, choć nie tylko; 23.01.2015
Pamiętacie jak pan Putin pojechał bodajże w maju zeszłego roku do Pekinu i podpisał tam w
ostatniej chwili wielki kontrakt na dostawę syberyjskiego gazu do Chin? Rosjanie pokazali w
ten sposób nakładającej sankcje Europie, że wcale nie muszą się na nią oglądać, bo przecież
zawsze mogą zakręcić na zachodzie, a sprzedać na wschodzie. A przynajmniej chcieli wierzyć,
że Europa w ten sposób to odbierze. Tymczasem Europa doskonale wie, że cały ten wielki kontrakt
powstawał w bólach przez dobre dziesięć lat, a dostawy do Chin mają oscylować wokół mniej
więcej 25% tej ilości, jaką Rosja przesyła do Europy, choć nie da się zaprzeczyć, że jest to
dla producenta cenna dywersyfikacja odbiorców. Symptomatyczne było jednak to, że obydwie
strony nabrały natychmiast wody w usta i pomijały milczeniem wszelkie pytania o cenę. Można
spekulować, że cena zaaprobowana przez Chińczyków okazała się jednak dużo niższa od tej, do
której Moskwa przywykła na zachodzie.
Z tym, że w chwili podpisywania tego kontraktu ceny paliw były jednak wyższe od dzisiejszych.
Gaz nie doświadczył wprawdzie w ostatnim roku tak spektakularnych zniżek, jak ropa naftowa, ale
jego światowa cena także spadła. Jeśli się nie mylę o prawie 15%. Poza tym mówi się o realnej
możliwości dostarczania do Europy sporych ilości gazu skroplonego, co powinno mieć wpływ na
cenę na rynku wskutek sławetnej dywersyfikacji źródeł. Może jednak warto było Rosji trzymać
się opinii kraju egzotycznego, ale przewidywalnego? W końcu cała Europa zachodnia bardzo chciała
w to wierzyć. Wreszcie - w umowach z krajami europejskimi Moskwa stosowała powiązanie cen gazu z
ceną ropy, co do tej pory raczej jej sprzyjało, ale na czym się w tej chwili boleśnie przejedzie.
Może sobie pochlebiam, ale uważam, że dość dobrze poznałem chińską mentalność. Dlatego byłbym
bardzo zdziwiony, gdyby Chiny nie zabrały się w pewnym momencie do renegocjacji kontraktu ze
swoim północnym sąsiadem. Z kilku powodów: w tej parze są partnerem silniejszym, mogą sobie
pozwolić nawet na zerwanie kontraktu, a w propozycjach zasadniczo głębokich zmian zaaprobowanych
już i podpisanych kontraktów nie widzą niczego zdrożnego. Poza tym - wbrew temu, co od pewnego
czasu jacyś dziwni ludzie wieszczą na forach internetowych - nie ma mowy o jakiejkolwiek przyjaźni
pomiędzy Chinami a Rosją. Sądzę, że widmo renegocjacji panaputinowego kontraktu objawi się
wcześniej czy później. Może teraz? Sugerowałyby to zmiany cen. A może dopiero za parę lat, kiedy
Rosja zbuduje już taką część rurociągów, że nie będzie mogła sobie pozwolić na zignorowanie
chińskiej propozycji nie do odrzucenia (nawet, jeśli ceny z powrotem pójdą w górę).
俄罗斯中国 - 友谊。 (Eluosi Zhongguo - youyi, czyli: Rosja Chiny - przyjaźń).
Warto chyba nauczyć się tego sloganu, bo pewnie będzie nam towarzyszyć przy wszystkich
przyszłych wizytach i wycieczkach do Rosji.
O marnie zakończonej drodze od chłopa do cesarza; 25.01.2015
Yuan Shikai był z pewnością człowiekiem nietuzinkowym. Urodził się w 1859 roku w rodzinie bardzo
bogatych chłopów, a może lepiej powiedzieć - małych posiadaczy ziemskich. Dwukrotnie podchodził do
cesarskich egzaminów dających przepustkę do kariery urzędniczej i dwukrotnie je oblewał. Wtedy rodzina
kupiła mu niezbyt wysokie stanowisko oficerskie w wojsku (wtedy w Chinach było to zupełnie zwyczajne)
i tak rozpoczęła się jego błyskotliwa kariera. Okazał się człowiekiem zdolnym, szybko piął się w
hierarchii wojskowej, a później i dworskiej. Stał się zaufanym człowiekiem cesarzowej wdowy Zi Xi,
która z tylnego siedzenia rządziła w imieniu swego syna (to właśnie ona zbudowała w Pałacu Letnim w
Pekinie słynną marmurową dżonkę, żeby nikt nie mógł się czepiać, że pieniądze zbierane na budowę
marynarki wojennej - a przeputane przez nią haniebnie - nie poszły na zakup okrętów).
Gdy miał zaledwie 26 lat został namiestnikiem Korei, która wówczas była państwem wasalnym Chin,
chociaż miała własnego króla. Kiedy miał 35 lat został dowódcą najnowocześniejszej chińskiej armii,
zorganizowanej na wzór niemiecki. Jako czterdziestolatek był już gubernatorem prowincji Shandong, a
dwa lata później gubernatorem ówczesnej prowincji stołecznej (Zhili). W 1909 dotknęła go wprawdzie
chwilowa niełaska, ale już w listopadzie 1911 roku został najpierw głównodowodzącym armii, a później
premierem - jako silny człowiek, z którym władza wiązała nadzieje na zaprowadzenie spokoju, ładu i
porządku. Związane to było z tym, że na południu Chin wybuchła wtedy rewolta, która opanowała dużą
część kraju. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo w Chinach od zawsze gdzieś tam czaiła się jakaś
rewolta, ale tym razem rewolucjoniści byli zupełnie nowego rodzaju, bo nie chcieli zasiąść na tronie
tylko obalić cesarstwo i proklamować republikę. Ich ojcem duchowym był dr Sun Yatsen.
W tajnej (jak rozumiem) korespondencji dr Sun Yatsen zaproponował Yuan Shikaiowi, że po utworzeniu
republiki zrzeknie się natychmiast godności prezydenta, przekazując ją w ręce Yuana (który był, niech
przypomnę, premierem rządu przy cesarzu mandżurskim). Mandżurowie wciąż Yuanowi ufali, nadając mu
nawet rzadko przyznawany tytuł "markiza pierwszej rangi", co, w swojej pałacowej naiwności, uważali
za powód do jego wierności. Tymczasem Yuan Shikai zdradził ich paskudnie, zmuszając kolejną cesarzową
wdowę Long Yu (synową poprzedniej cesarzowej wdowy Zi Xi; cesarze marli wówczas często) do abdykacji
w imieniu swoim i swoich synów (jednym z nich był Pu Yi, który za jakieś dwadzieścia lat zostanie
cesarzem państwa Mandżukuo). 10 marca 1912 roku proklamowano republikę, a 1 kwietnia tego roku dr
Sun Yatsen dotrzymał słowa i zrezygnował z urzędu prezydenckiego. Jedynym prezydentem Chin został
Yuan Shikai.
Począwszy od tego momentu zaczął natychmiast niszczyć na wszelki wypadek siły republikanów
(czyli Kuomintang) i był prawdopodobnie zleceniodawcą zabójstwa premiera Song Jiaorena (wyłonionego
w powszechnych wyborach z ramienia Kuomintangu). Ponieważ nie był głupi, obsadził swoimi ludźmi
wszystkie stanowiska dowódców wojskowych w całym państwie (dzięki temu ruchowi historia uznaje go
za ojca militaryzmu chińskiego, bo na kilkadziesiąt następnych lat po jego śmierci państwo rozpadło
się na niezależne prowincje rządzone przez wojskowych). Kolejne protesty Kuomintangu po prostu
pacyfikował siłami wojskowymi. Dr Sun Yatsen uciekł wówczas do Japonii i prezydentowi wydawało się,
że jest panem sytuacji.
No i w 1915 roku prezydent Yuan Shikai dał się ubłagać (z każdej prowincji nadszedł telegram o
identycznej treści napisanej tymi samymi 47 znakami), że powinien zostać cesarzem, bo Chińczycy
nie wyobrażają sobie innej formy rządów. Głos ludu głosem Niebios! Ociągając się początkowo dla
zachowania pozorów 12 grudnia 1915 Yuan Shikai zdradził republikę i został cesarzem o imieniu
Hongxian (to podobno znaczy "Obfitość Konstytucyjna"!), ale uroczystą intronizację zaplanował
dopiero na marzec 1916 roku. I tu okazało się, że szczwany lis, tak udatnie manewrujący w mętnej
polityce chińskiej od dziesięcioleci, pomylił się sromotnie. To, że oburzeniem zapałali republikanie
na południu, to nic dziwnego. Ale odwrócili się od niego także generałowie! Oburzenie było tak
powszechne, że po 83 dniach panowania (czyli 22 marca 1916) cesarz Hongxian ogłosił, że restauracja
monarchii była pomyłką, a on sam, pan Yuan Shikai powraca do swoich prezydenckich obowiązków na
czele Republiki Chin. Tak bezczelna decyzja spowodowała kolejne bunty prowincji. Yuan Shikai
zmarł na początku czerwca tego samego roku. Źródła podają najczęściej, że na uremię (mocznicę),
choć można też spotkać rzadkie sugestie, jakoby popełnił samobójstwo.
Po tym krótkim wstępie mogę przejść do zasadniczej części tego tekstu - do życia rodzinnego
Yuan Shikaia. Patrząc na nie z zewnątrz trudno uwierzyć w jego demokratyczne, czy choćby
republikańskie ciągoty. Wręcz przeciwnie - był osadzony w najlepszej chińskiej tradycji rodem
sprzed wieków. Przekonującym tego dowodem było to, że miał razem dziesięć żon. A dokładnie jedną
małżonkę, jedną Główną Konkubinę i osiem zwykłych Konkubin. Miał z nimi trzydzieścioro dwoje dzieci:
siedemnastu synów i piętnaście córek, więc trochę potomstwa jednak po domu się pałętało. Żonę
(Yu Yishang) pojął, gdy miał 18 lat, więc zapewne nie była to jego decyzja. Podobno nie lubił
jej, zwłaszcza, że nie potrafiła go godnie reprezentować, gdy doszedł już do zaszczytów. Urodziła
mu tylko jednego syna, którego ojciec nazywał publicznie "idiotą". Później nadszedł cały szereg
konkubin. Pierwsza (pani Shen; nie urodziła mu dzieci) była wcześniej kurtyzaną - musiała go
czymś tak zadziwić, że postanowił mieć ją zawsze blisko siebie. Druga (pani Li, była Koreanką;
urodziła piątkę dzieci). Trzecia (pani Kim, też była Koreanką; urodziła także piątkę dzieci).
Czwarta (pani Wu, także była Koreanką; urodziła tylko czwórkę dzieci). Piąta (pani Yang; urodziła
szóstkę dzieci). Szósta (pani Ye, była prostytutką w Nankinie; urodziła piątkę dzieci). Siódma
(pani Zhang; była bezdzietna). Ósma (pani Guo, była prostytutką w Suzhou; urodziła trójkę dzieci).
Dziewiąta (pani Liu, urodziła dwójkę dzieci). W ten sposób zdaje się, że w wyliczeniu zgubiłem
gdzieś jedno dziecko (zapewne córkę), ale kto by tam się przejmował taką nieścisłością, zwłaszcza,
jeśli chodzi o dziewczynkę.
Dałem sobie spokój z poszukiwaniami w źródłach, która z konkubin - Koreanek pochodziła z
królewskiej rodziny i została przez małżonka brzydko oszukana - bo podobno sądziła, że zostanie
jego prawowitą pierwszą żoną, a nie konkubiną. Siódmą konkubinę pan Yuan tak lubił, że zezwolił,
aby używała tytułu Konkubiny, chociaż nie urodziła mu dzieci. Dziewiątą konkubinę zauważył chodząc
do piątej, bo była tam służącą. Dobry przykład, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie traci głowy i ma
oczy szeroko otwarte. A już najciekawsza historia związana jest z panią Ye (szóstą konkubiną).
Oto drugi syn Yuan Shikaia (Yuan Kewen) był uczonym i erudytą w starym stylu: znał klasyczne
utwory, malarstwo i kaligrafię. Poza tym prowadził podobno wyjątkowo nieuporządkowane i szokujące
otoczenie życie (należał ponoć do jakiegoś gangu); poza tym miał kilka konkubin i, z niezrozumiałego
dla mnie powodu, denerwował ojca, który o nim także wyrażał się publicznie wyjątkowo kąśliwie,
poddając w wątpliwość jego uczoność. No i tenże drugi syn poznał w Nankinie prostytutkę, którą
chciał ponoć uczynić swoją kolejną konkubiną. Jednak w czasie wizyty w domu ojca jej fotografia
wypadła mu przypadkiem z kieszeni w obecności starego Yuan Shikaia. A całe życie tego ostatniego
świadczy o tym, że potrafił docenić kobiece piękno. Ujrzawszy twarz (a może postać?) pani Ye
zapragnął jej dla siebie i poprosił syna (który ponoć przestraszył się i nie opowiedział o własnych
wobec niej planach) o pomoc. Jaka to piękna historia - miłość od pierwszego wejrzenia.
O raczej nieznanych miejscach i ludziach; 29.01.2015
Czy komukolwiek mówi cokolwiek nazwisko Maksud Szach (Maqsud Shah)? Znany też ponoć wśród swoich
jako Król Gobi? Zakładam, że raczej niewiele osób wie coś konkretnego o tej postaci. Nie schlebiając
sobie zanadto sam przeczytałem o nim pierwszy raz na początku tego roku. A tymczasem jego śmierć
zakończyła pewien okres w historii regionu i zapoczątkowała Powstanie Hami, znane też jako Powstanie
Kumul, które wyzwoliło nieoczekiwane zdarzenia. No to teraz, po tym wyjaśnieniu, zapewne prawie
wszystko stało się już czytelnikom jasne. A jednak, pomimo tego, postanowiłem wyjaśnić rzecz całą
raz jeszcze, żeby nie było żadnych wątpliwości.
Najpierw trzeba chyba powiedzieć wyraźnie, co to za region. Chodzi o Xinjiang. Jeżeli spojrzy się
na mapę Chin, to na północnym zachodzie tego kraju, przy granicy z Kazachstanem i Mongolią znajduje
się właśnie ta prowincja. Może nasze oczy częściej spotykały się z formą Sinciang [uwaga: "si"
czyta się jak w słowie "sikora", a "cia" jak w słowie "ciastko"], chociaż od
1955 roku najbardziej oficjalnie zwie się ona "Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur". Sinciang
(Xinjiang) znaczy po chińsku "nowa granica", czy też - jak chcą niektóre źródła: "nowe kresy".
Wcześniej mówiono o Turkiestanie Wschodnim. Powierzchnia regionu to ponad jeden milion i jeszcze
sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych, a zamieszkuje go dzisiaj nieco ponad 21 milionów ludzi.
Generalnie kraina ta dzieli się na dwie części: na północy leży Dżungaria, zaś na południu - Kaszgaria
(znana także jako Kotlina Tarymska). Linią podziału jest wschodnie pasmo gór Tienszan (ich nazwa z
kolei oznacza po chińsku: "góry niebiańskie"; w 2013 roku zostały wpisane na listę dziedzictwa UNESCO).
Dżungaria to miejsce, które spłynęło krwią jak rzadko które inne. Do połowy XVIII wieku zamieszkiwały
ją plemiona mongolskie, już to tworzące swój własny Chanat Dżungarski, już to będące częścią większego
Chanatu Ojrackiego. Na ich nieszczęście mandżurska dynastia Qing zapragnęła przywrócić stan panowania
z okresu dynastii Han oraz Tang i wysłała tam swoje wojsko. Walki musiały być na tyle zażarte, że
cesarz postanowił rozprawić się z wojowniczymi koczownikami raz na zawsze, więc wydał rozkaz, by
zabito wszystkich Dżungarów. Z mniej więcej 600 tysięcy ludzi zginęło około 80%; prawda, że część
z powodu epidemii ospy (pozostałe 20% uciekło na zachód, gdzie rozproszyło się wśród Kazachów i
Rosjan). Są jednak źródła, które twierdzą, że w wyniku tej wojny zginęło nawet do miliona Dżungarów.
Do prawie wyludnionego kraju Pekin zaczął przysyłać Hanów (czyli Chińczyków), Huiów i Ujgurów z
Kaszgarii. Napisałem Huiów? Tak, tak właśnie napisałem! I bardzo proszę nie mieć żadnych
nieparlamentarnych skojarzeń. Lud Hui (około 10 milionów ludzi) to tacy Chińczycy, którzy
niczym nie różnią się od zwykłych Chińczyków (czyli od ludu Han) poza tym, że są muzułmanami.
A w dodatku ich nazwę własną czyta się "Huej", bo w chińskim końcówkę "ui" wymawia się właśnie
tak. I tyle.
Ujgurzy zaś to lud turecki, od XVII wieku całkowicie muzułmański. Dzisiaj jest ich około 10
milionów, z czego większość żyje w Kaszgarii i w Dżungarii (wynika z tego, że 11 milionów
współczesnych mieszkańców regionu to ludność napływowa). Zajmującym może być fakt, że nazwa
Ujgurzy początkowo dotyczyła ludów starożytnych, a w stosunku do mieszkańców Xinjiangu została
użyta dopiero na początku XX wieku (w latach 1920-1935; różne źródła różnie o tym prawią).
Sami Ujgurzy nazywali się przedtem Turkami, albo, po prostu, muzułmanami. Kaszgarię zamieszkują,
jeśli tak można powiedzieć, raczej na brzegach regionu, bo w jego środku znajduje się niegościnna
pustynia Takla Makan (prawie obszaru Polski, druga pod względem wielkości pustynia piaszczysta
na świecie), jedynie gdzieniegdzie pokryta oazami. Gdzieś tam znajduje się chiński poligon, na
którym dokonywano wybuchów atomowych.
Dżungarzy na północy i Ujgurzy na południu przez wieki nie mieli świadomości, czy też chęci
tworzenia jednego organizmu i dopiero władza chińska, po podboju w XVIII wieku, zaczęła traktować
te dwa kraje jako jeden organizm, ochrzczony przez nich Nową Granicą (Xinjiang).
No i na samym wschodzie Xinjiangu, przy granicy z Mongolią, leży kraina znana jako Hami
(po chińsku), albo Kumul (po ujgursku). Ma 140 tysięcy kilometrów kwadratowych, a mieszka tam
dziś prawie pół miliona ludzi, z czego większość w stolicy, będącej oazą (też o nazwie Hami).
To stąd pochodzą słynne na całe Chiny melony z Hami (哈密瓜, Hami gua, Cucumis melo), ale to już
całkiem inna historia.
Po tym krótkim wstępie można już przejść do skonkretyzowania czasu naszej opowieści. Właśnie
zmarł Maksud Szach i jest rok 1930. Z tym, że dalsza część opowiadania dopiero nastąpi (prawda,
że pod pewnymi warunkami, bo w razie braku zainteresowania czytelników nie będzie sensu, by ich
katować następnymi turkiestańskimi opowieściami z tamtych lat).
O nieuchronnym przybliżaniu się do istoty rzeczy; 31.01.2015
Patrząc po raz kolejny oczyma wyobraźni w trakcie lektury tego tekstu na mapę można sobie przypomnieć,
że stolicą Xinjiangu jest... no właśnie - jakie miasto? Na jednych mapach stolicą jest Ürümczi (albo
Urumczi), a na innych trochę odlotowe Wulumuqi (czyta się: Łulumuci; "ci" jak w słowie "tamci").
Żeby było trudniej okazuje się, że obydwie te nazwy mówią o tym samym mieście - pierwsze miano
pochodzi z mongolskiego, zaś drugie to takie dźwięki, jakie wydają z siebie Chińczycy, kiedy to
słowo chcieliby wymówić. A samo słowo "Ürümczi" oznacza podobno "piękne pastwisko" (piszę "podobno",
bo przecież tego typu wiadomości muszę przyjmować za dobrą monetę, nie znając mongolskiego, bo niby
skąd?). Ta nazwa mówi wiele o tym, kto i dlaczego przebywał w tych stronach przez wieki.
Poprzednią część tych dywagacji azjatyckich można znaleźć powyżej. Znaleźliśmy się więc w Hami
w roku 1930. Maksud Szach właśnie zmarł. Jego syn Nasir powinien był zasiąść na ojcowskim stolcu
i zostać kolejnym władcą chanatu. Samo państwo Kumul nie było, oczywiście, niczym ważnym, ale
jednak posiadało cechy odróżniające je od otoczenia. Kiedy wojska Qingów (czyta się: Cingów; to
"ci" jak w słowie "tamci") podbiły w XVIII wieku Zhunbu*) i przekształciły go w chińską prowincję,
to polała się tam hektolitrami krew, a ilość zabitych szła w setki tysięcy. Może dlatego władza
dość chętnie zaakceptowała hołd Chanatu Kumul (Hami), który bez zażartych walk zgodził się być
lennikiem Pekinu, prosząc jednak o łaskę, by decyzją Syna Niebios przywędrowalcy chińscy nie mieli
prawa osiedlania się na ziemiach podległych chanowi Kumul (Hami). Stan ten trwał przez ponad sto
pięćdziesiąt lat. Każdorazowy władca oazy co sześć lat udawał się do Pekinu, gdzie przez czterdzieści
dni ostentacyjnie służył cesarzowi (nie znalazłem, na czym to konkretnie polegało - może wystarczyło
być postrzeganym przez cesarza i dokonywać kotou?**). Nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało
się zmienić, więc zaskoczeniem było to, co spotkało Nasira. A zawezwał go do siebie, do Wulumuqi,
gubernator prowincji, Jin Shuren i oznajmił, że nic nie będzie już takie, jak było dotychczas.
Mianowicie gubernator zdetronizował Nasir Szacha, zakończył tym samym istnienie półniezależnego
Chanatu Kumul, podzielił go (chanat) na trzy niezależne powiaty, unieważnił prawo zakazujące
Chińczykom osiedlania się tam, a samego młodego, byłego już, władcę, mianował z ramienia rządu
chińskiego Doradcą Gubernatora Xinjiangu do Spraw Różnych i nakazał pod najsurowszymi konsekwencjami
nie wyjeżdżać z Wulumuqi.
Poprzedni długoletni gubernator (Yang Zengxin) był muzułmaninem z Yunnanu i otaczał się głównie
urzędnikami i wojskowymi pochodzącymi z ludu Hui (czyli Chińczykami wyznającymi islam). A jednak
wspólnota religijna nie dawała żadnych więzi i poczucia jedności, bo miejscowi muzułmanie (Ujgurzy,
choć nie tylko) nie cierpieli muzułmańskich Chińczyków przybyłych zza granicy prowincji. Jest
jednak niezaprzeczalnym faktem, że prawie szesnaście lat urzędowania Yanga było dla mieszkańców
okresem względnego spokoju, bo był raczej tolerancyjny i sprawiedliwy; przynajmniej jak na
azjatyckie stosunki. W połowie lipca 1928 roku gubernator, poprzednio niezależny od nikogo,
postanowił przyłączyć się do Kuomintangu. Kilka dni później został zabity podczas oficjalnego
bankietu przez bliskiego współpracownika. W sumie nie bardzo wiadomo dlaczego.
Na jego miejsce Kuomintang wysłał właśnie wspomnianego powyżej, pięćdziesięcioletniego Jin
Shurena, który rządził tam zaledwie pięć lat, w chwili rozpoczęcia urzędowania zapominając,
że od kogokolwiek zależy. Zgoda, że ówczesne konterfekty nie muszą dzisiaj wyglądać szczególnie
korzystnie, ale Jin wygląda na opublikowanym w wikipedii zdjęciu niczym czarny, wychudzony kruk,
przypominający jakiegoś wschodniego maga. Trochę dziwne jest to, że nie pozował w mundurze i
przy medalach, jak inni gubernatorzy, tylko wystąpił w ubraniu cywilnym. Nawet jeśli nie uważał
się za wojskowego, to w Xinjiangu dał się poznać jako postać dość nieprzyjemna. Korupcja,
nepotyzm i bezprawie rozlały się po prowincji w wymiarze niespotykanym nawet w tamtych stronach.
Co więcej, w miejscu tak zapalnym, zamieszkałym w końcu przez muzułmańską większość, gubernator
Jin w drakoński sposób podnosił podatki, zabraniał mieszkańcom podróżowania, a w sprawach
spornych był wyjątkowo stronniczy i brał zawsze stronę chińską, odrzucając wszelkie prośby i
sprzeciwy Ujgurów. Ponieważ konfiskował ich ziemie, oddając ją swoim stronnikom, więc sytuacja
stawała się podminowana. Mogę się domyślać, że gubernator szczególną ufność pokładał w sile
ognia podporządkowanego mu oddziału białych uciekinierów z sąsiedniej Rosji, pod dowództwem
pułkownika Pawła Piotrowicza Pappenguta. W warunkach odległego od głównych tras Xinjiangu
była to znacząca siła militarna, dzięki czemu gubernator mógł zapewne uważać się za względnie
bezpiecznego. Najprawdopodobniej pogłoski o nieprawidłowościach w prowincji dochodziły także
do rządu w Nankinie, bo Kuomintang wysłał na początku 1930 roku do Xinjiangu nowego generała,
który miał chyba patrzeć Jinowi na ręce jako jego zastępca. Był nim mniej więcej trzydziestoletni
Sheng Shicai. To postać szczególna, o której będę tu jeszcze wiele pisać. Przyznać trzeba, że
musiał być skrzętny i oszczędny, bo - wyprzedzając fakty - twierdzi się, że wyjeżdżając w 1944
roku z powrotem do Chin właściwych wiózł swoje rzeczy osobiste na 50 ciężarówkach zawierających,
między innymi, 1.500 kg złota i 15 ton srebra. Zmarł spokojnie na Tajwanie w roku 1970.
Tym sposobem udało mi się z grubsza nakreślić ówczesną sytuację w Xinjiangu. Jesteśmy teraz
w momencie, kiedy gubernator Jin Shuren złamał brutalnie tradycję Chanatu Kumul (Hami),
zdetronizował legalnego następcę tamtejszego tronu, a sam chanat zlikwidował. Zważywszy na
wrzenie Ujgurów i silną niechęć etniczną wiszącą w prowincji nie ma się chyba czemu dziwić,
że w takiej sytuacji w Hami wybuchło antychińskie powstanie, pragnące zdetronizować gubernatora.
Jin Shuren postanowił spacyfikować podłych buntowników siłami, którymi rozporządzał. Co gorsza,
już dużo wcześniej pomyślał także o sojusznikach na wypadek, gdyby własne siły okazały się
niewystarczające do utrzymywania władzy. Mając w pamięci mapę okolic można łatwo obstawiać,
do kogo się gubernator zwrócił. Tak, słusznie się czytelnicy domyślają - chiński gubernator
Xinjiangu podpisał porozumienie z Krajem Postępu i Pokoju. Czyn ten miał bardzo poważne
następstwa, ale o tym już w kolejnym odcinku.
UWAGI:
*) Zhunbu (準部) to po chińsku "Kraj Dżungarów". Pekin używał w tamtych czasach także nazwy Huijiang
(回疆), czyli "Granica muzułmanów". Nazwa Xinjiang pojawiła się dopiero pod koniec XIX wieku.
**) Kotou (叩头) - rodzaj ceremonialnego oddania hołdu komuś ważniejszemu. Przed
Synem Niebios należało trzy razy uklęknąć, a za każdym klęknięciem trzeba było trzy razy
pochylić się raz po raz tak głęboko, żeby uderzyć czołem o podłogę (w sumie dziewięć razy).
Żeby jednak nie było za dobrze i byle chmyz nie miał szczęścia oglądania Cesarza, więc kotou
wykonywano przed pustym tronem, parawanem cesarskim, albo portretem władcy.
Jak tak dalej pójdzie, to uwagi do uwag i dywagacje od dywagacji zaciemnią ten tekst w takim
stopniu, że nikt nie będzie w stanie go zrozumieć.
O dydaktycznej roli dziecięcego rysunku ptaszka; 02.02.2015
Wyobraźmy sobie,
że małe dziecko, wysunąwszy z warg język, rysuje z przejęciem wróbelka, albo i innego ptaszka tak,
żeby łepek zwierza był zwrócony na lewo. Narysowało już duże kółko (tułów), po lewej od niego i
trochę u góry drugie, znacznie mniejsze (głowę) i połączyło je ukosem dwoma równoległymi
kreseczkami (szyja, o ile ptaszki mają szyje). No i w tej chwili coś odwróciło jego uwagę -
dziecko pobiegło do innych zabaw, a ptaszek pozostał bez dziobka, oczka, łapek i ogonka. My
tymczasem wykorzystamy twórczo kulfoniaste bazgroły i, zapominając o ptaszku, wykorzystamy
rysunek do kolejnych dywagacji geograficznych. Więcej! - postawimy osobiście kropkę w kółku
oznaczającym łepek - niech to będzie oko. Teraz przychodzi czas tłumaczenia. To duże kółko
to zasadnicza część Chin zamieszkała przez Hanów. Małe kółko to Xinjiang. Oko to stolica
Xinjiangu (wiemy, wiemy - zakrzykniecie - Wulumuqi albo Urumczi! I tu będziecie w błędzie,
ale o tym za chwilę). A ta rachityczna szyjka to prowincja Gansu (Kansu). I o niej trzeba
teraz trochę opowiedzieć, bo jej rola jest w tym opowiadaniu dość istotna.
Zarówno w czasach dynastii Han jak i dynastii Tang Chiny wyglądały na mapie (no, w pewnym
uproszczeniu) niczym ten ptaszek. Duża, zwarta część wschodnia, zamieszkała przez wyraźną
większość Hanów, oraz małe terytorium na dalekim północnym zachodzie - połączone ze sobą
cienką tasiemką Gansu, biegnącą równolegle do przekątnej mapy. Prowincja ta jest długa
(ponad tysiąc kilometrów) i faktycznie dość wąska. Jej południowa część nadaje się do upraw,
zaś północna jest mniej gościnna i leży na niej cały ciąg oaz, przez które wiódł Szlak
Jedwabny. No i w ogóle wszelkie grupy, czy oddziały Chińczyków idących na zachód (do Azji
Centralnej i dalej) musiały przez całe wieki przechodzić właśnie tędy. Gdzieś tak w jednej
czwartej długości prowincji, licząc od południa, leży największe miasto, a zarazem stolica,
Lanzhou, liczące dzisiaj około 1,5 miliona ludności. Jeśli stąd ruszy się traktem na północny
zachód, to po jakichś ośmiuset kilometrach dotrze się do granicy Xinjiangu (obecnie na linii
Lanzhou - Wulumuqi kursują pociągi). Warto też wspomnieć o tym, co znajduje się zarówno pod,
jak i nad tą rachityczną szyjką krzywo narysowanego wróbelka. Otóż pod szyjką (na południe
od Gansu) mamy brzeg Wyżyny Tybetańskiej (a konkretnie prowincję Qinghai), skrajnie nieurodzajnej,
dzikiej i niegościnnej - patrząc w tę stronę widać góry Qilian Shan, osiągające do 6.000 metrów
nad poziom morza. A nad szyjką (na północ od Gansu) ciągnie się podobnie mało gościnny step
przechodzący w pustynię Gobi, ale żeby do niego dotrzeć, trzeba najpierw przejść góry Bei Shan
(do 2.500 m n.p.m) i Langshao Shan. Czy rozumiecie teraz dlaczego prowincję nazywa się bardzo
często "korytarzem Gansu"? Ważne dla tej opowieści jest też to, że w Gansu mieszka duża
mniejszość narodowa, czyli wspominani już Huiowie (Chińczycy wyznający islam). Żeby było
trudniej często używa się względem nich nazwy "Dunganie" (albo "Tunganie") - tak bowiem
nazywają ich inni muzułmanie środkowoazjatyccy, nie będący Chińczykami.
Teraz mała dygresja o tym nieszczęsnym oczku wróbelka. Niby dlaczego czytelnik miałby mylić
się co do tego, że stolicą Xingjiangu jest Urumczi (Wulumuqi)? A dlatego, że miasto tak się
nazywa dopiero od momentu ogłoszenia powstania "Regionu Autonomicznego Sinciang-Ujgur", czyli
od 1955 roku. Wcześniej nazywało się Dihua (迪化). Zostało założone przez Chińczyków (po
masakrze Dżungarów w XVIII wieku) w otwartym stepie, jako miasto od początku chińskie. Bo
nieprawdziwe są domysły, że najeźdźcy przybyli, opanowali miasto Dżungarów i brutalną siłą
je zsinizowali. Nic takiego nie miało miejsca - Dżungarzy byli koczownikami i nie zakładali
miast. Jednak dla pewnej spójności i czytelności używa się współczesnych nazw (Urumczi,
Wulumuqi) nawet wobec zdarzeń, które miały miejsce w okolicy, gdy oficjalną nazwą było Dihua.
Jin Shuren*), wspomniany już wcześniej gubernator Xinjiangu, pochodził właśnie z Gansu. Nie
do końca wiadomo, dlaczego rozpoczął flirt z bolszewikami. Może nie widział w tym niczego
zdrożnego, a może chciał urzeczywistnić odwieczną chińską zasadę napuszczania jednych barbarzyńców
na drugich? Tak, czy inaczej dotarliśmy po raz kolejny do 1930 roku - Maksud Szach właśnie umarł,
a władze ogłosiły likwidację Chanatu Kumulskiego (Hami). Niejaki Yulbars Chan miał wtedy 42 lata
(tak na marginesie Chińczycy potrafili wymówić jego nazwisko jedynie jako: Yuebosi). Służył
jako doradca jeszcze ojcu zmarłego chana i teraz, w obliczu zagrożenia państwa też znalazł
wyjście. Zwrócił się mianowicie po zewnętrzną pomoc. Pomoc z dwóch źródeł: chińskiego generała
rządzącego w Gansu, niejakiego Ma Zhongyinga oraz Hodży Nijaza, mającego prawo do tytułu
hadżiego (człowieka, który odbył pielgrzymkę do Mekki). Była to wyraźna próba pogodzenia wody
z ogniem, ale czegóż się nie robi w chwilach zagrożenia! Generał Ma (bo u Chińczyków nazwisko
to pierwsza sylaba), wychowanek kuomintangowskiej szkoły wojskowej w Whampoa pod Kantonem,
był bowiem dowódcą wojsk składających się głównie z Huiów (Dunganów) i sam też wyznawał islam.
A może jeszcze pamięta czytelnik, że ujgurscy muzułmanie raczej nie przepadali za swoimi
chińskimi współwyznawcami. Jeszcze gorzej było z Hodżą Nijazem. Ten bowiem walczył przeciwko
kolejnym chanom Kumulu w imieniu ubogich pasterzy od niepamiętnych czasów, a na początku lat
dwudziestych XX wieku należał do ujgurskiej organizacji rewolucyjnej uznającej zwierzchność
Kominternu. Teraz, w marcu 1930 został doradcą chana zdetronizowanego przez Jina, czyli
młodego Nasira (syna zmarłego Maksuda).
Nie wiem jak czytelnicy, ale ja sam mam wrażenie, że pomału, bo pomału, ale posuwam się do
przodu i z pewnością przed końcem marca doprowadzę rzecz całą do końca.
*) Bałem się o tym wspominać wcześniej, ale skoro okazano tak duże zainteresowanie tamtymi
stronami, to zaryzykuję. Nazwisko Jin najlepiej przeczytać jak: "Dzin" (to "dzi" jak
w słowie "dzik"), choć może i lepiej byłoby "Cin" ("ci" jak w słowie "cicho")
- tylko w tej drugiej opcji nie wolno wstawiać tam po tym "ć" przydechu; kiedyś może dokładniej
opiszę różnicę pomiędzy chińskim <Ji> [ci] i <Ci> [ć-hi]. Na razie może
nie zaprzątajcie sobiegłów drobiazgami. Z sylabą "shu" też nie ma kłopotu, bo to zwykłe
"szu". Schody zaczynają się z chińskim dźwiękiem zapisywanym literą "r". Rosjanie, pewnie na
skutek zapisu opracowanego w XIX wieku przez archimandrytę Palladiusza (Piotra
Iwanowicza Kafarowa) wymawiają to jak nasze "ż", ale to jest jednak spore przegięcie,
uzasadnione jedynie tym, że Rosjanie zawsze uważają, że mają rację, skoro już zabiorą głos.
Żeby wymówić ten dźwięk mniej więcej tak, jak to czynią Chińczycy, trzeba się z początku
trochę natężyć. Najpierw najlepiej wspomnieć, jak Anglicy wymawiają literę "r" w swoim "are".
Później, przy ułożeniu języka jak do angielskiego "r" w tym "are", należy starać się wymówić "ż".
I już.
O tym, co zaczęło wyłaniać się z historycznej mgły; 04.02.2015
Łatwo napisać, że po rozwiązaniu Chanatu Kumul w 1930 roku "rozpoczęło się powstanie", ale tak
naprawdę Ujgurzy z Kumul (Hami) wrzeli aż do lutego 1931 roku i dopiero wówczas puściły im nerwy.
Najłatwiej było, oczywiście, rżnąć Hanów (Chińczyków), którzy mieli to nieszczęście, żeby wleźć
wściekłym ludom tureckim prowincji przed oczy. Rebelia zaczęła ogarniać całą prowincję, a nie
tylko oazę Hami (Kaszgaria, czyli południowa część prowincji, też powstała, ale o tym nieco
później). A zaczęło się wszystko ponoć od kobiety, co nie powinno specjalnie dziwić. Pewien
chiński oficer z oddziału stacjonującego w Hami zakochał się w młodej Ujgurce, a muzułmanie
nie akceptowali związków swoich kobiet z innowiercami. Strona ujgurska twierdziła nawet, że
wybranka chińskiego oficera została zgwałcona, co mogło być wieścią przesadną, skoro doszło
do ślubu tej pary zakochanej ponad podziałami rasowymi. Jak tam było, tak tam było - rebelia
zaczęła się od ataku na dom weselny wspomnianej pary, podczas którego powstańcy zabili
trzydziestu żołnierzy chińskich oraz prawie 120 chińskich uchodźców z Gansu. Później zabrano
się, zgodnie z żelazną logiką tłumu, za tych "tutejszych muzułmanów", którzy popełnili, zdaniem
karzącej ręki sprawiedliwości ludowej, Rassenschande i mieli chińskie żony lub nawet tylko
nałożnice. Mnie też wydaje się, że przy wyborze nałożnicy trzeba rozważyć różne czynniki.
W tej opowieści wielu islamskich Huiów (Dunganów) będzie nosić nazwisko Ma. I to nawet nie
dlatego, że byli ze sobą spokrewnieni. "Ma" to takie samo chińskie nazwisko, jak każde inne,
ale dość rozpowszechnione wśród chińskich muzułmanów. A to z tego powodu, że dla nich jest to
skrócenie imienia "Mahomet". Od "Muhammeda" z kolei pochodzą nazwiska "Mu" i "Han". Jeżeli zaś
spotkacie Dungana o nazwisku "Hu", to wiedzcie, że dla niego to znaczy "Hussein", a "Ha"
pochodzi od imienia "Hassan". Te uwagi nie dotyczą zupełnie Hanów, czyli Chińczyków
niemuzułmańskich, choćby nosili właśnie takie nazwiska, gdyż powyższe konotacje są im obce.
Jak wspominałem w poprzednim odcinku, ustami Yulbars Chana generał Ma Zhongying został
poproszony o interwencję na rzecz powstania Kumul (Hami). Wojska generała Ma wkroczyły z Gansu
do Xinjiangu, pogoniły wojska gubernatora Jina i zaczęły oblegać Kumul. Tu niezbyt im szło, bo
miasto broniło się całkiem udatnie aż do października. Wtedy miała miejsce bitwa, w której
generał został ranny i postanowił wycofać się czasowo z powrotem do swojego matecznika w
prowincji Gansu. W tym boju rozstrzygnęła siła oręża Białych Rosjan pod dowództwem pułkownika
Pappenguta*). Było ich ponoć raptem 250-300, więc daje to obraz sytuacji, gdzie każdy ciut
większy oddział mógł zmienić politykę regionu.
Chiny były wówczas podzielone i teoretycznie (praktyka bardzo odbiegała od teorii) nad
wszystkim - no, prawie wszystkim - panował rząd centralny rezydujący w Nankinie. Najważniejsze
i ostatnie słowo należało tam do generała Czang Kajszeka i jego partii - Kuomintangu, choć
w zasadzie mówiono chórem o wspólnym froncie antyjapońskim i do tego wspólnego frontu miała
też należeć Komunistyczna Partia Chin pod wodzą Mao Zedonga (to jednak inna historia, chyba
jeszcze bardziej frapująca, niż ta, którą tu opisuję). Czang Kajszek (w mandaryńskim chińskim:
Jiang Jieshi) porozumiał się z niezależnym generałem Ma Zhongyingiem z Gansu, obiecując mu, że
jeśli generałowi uda się podbić Xinjiang, to zostanie uznany przez Kuomintang gubernatorem
prowincji z ramienia rządu centralnego. Może nie od rzeczy będzie powiedzieć, że w Gansu
rządzili nie to, że jeden generał Ma, ale cała grupa Ma i niektóre źródła (np. rosyjskie,
choć nie tylko) określają ich zwykle jako "klikę Ma" lub "rodzinę Ma".
Gdy wojska muzułmańskie z Gansu (tzn. wojska generała Ma) wycofały się spod Kamul (Hami),
powstańcy ujgurscy z tego miasta pozostali sami twarzą w twarz z wojskami gubernatora Jina.
Nie potrafię powiedzieć, jakie uczucia ich ogarnęły, bo chociaż te wycofujące się wojska to
był sojusznik, to jednak dopuszczał się okrucieństw zarówno wobec Hanów, jak i miejscowych
muzułmanów nie-Chińczyków.
Jeszcze we wrześniu 1931**) gubernator Jin Shuren dobił targu ze Związkiem Radzieckim. Najpierw
zakupił tam dwa aeroplany, do których dołożono rosyjskich pilotów, bo nikt inny nie potrafił tych
maszyn obsługiwać. Do tego bomby, karabiny maszynowe oraz inne drobne wyposażenie wojskowe niezbędne
do pobicia buntowników. Można znaleźć dość nieprzyjemnie brzmiącą informację, że Człowiek Radziecki
dostarczył (a później używał w boju przeciw Ujgurom, choć pisząc o tym w tym miejscu trochę
wybiegam w przyszłość) bomb z iperytem, czyli gazem musztardowym. Rozmowy musiały trwać w najlepsze,
bo w październiku podpisano tajny układ pomiędzy Xinjiangiem a ZSRS. Ten ostatni przyznał
gubernatorowi Jin Shurenowi dużą pożyczkę w złocie na zakup broni i wyposażenia z Rosji Radzieckiej.
Dzięki temu siły wierne gubernatorowi uporały się do listopada 1931 z buntownikami. Podpisany układ
otworzył osiem głównych miast prowincji dla handlu z bolszewikami, a radziecki konsul w Urumczi stał
się bardzo ważną osobą, której głos zaczął się tu niezmiernie liczyć. W tej samej chwili rząd
centralny w Nankinie uznał generała Ma Zhongyinga całkiem oficjalnie ramieniem legalnej władzy,
a jego armia (dotychczas teoretycznie o nieustalonym statusie) została mianowana 36 Dywizją Narodowej
Armii Rewolucyjnej - innymi słowy: stała się od tej chwili częścią sił zbrojnych Kuomintangu, czyli,
praktycznie, oficjalnego państwa chińskiego. Był już rok 1932.
Tymczasem na południu prowincji, w Kaszgarii, wybuchło kolejne powstanie. Jego cele były jednak
inne, niż te, które stawiali sobie Ujgurzy z Chanatu Kumul (oni chcieli tylko przywrócenia częściowej
niezależności chanatu i zmiany gubernatora Jina na kogoś bardziej pozytywnie nastawionego do miejscowych
muzułmanów). Tu, w Kaszgarii, dążono do całkowitej niezależności prowincji i wypędzenia wszystkich
obcych (zarówno Hanów, jak i Huiów). Na czele tego ruchu stało trzech braci Bughra: Muhammad Amin
Bughra, Abdullah Bughra oraz Nur Ahmad Jan Bughra. Jednym z ważnych celów było prawo do pielgrzymek
do Mekki (i tu dopiero wyjaśnia się, jakich to podróży zabraniał gubernator Jin Shuren).
Teraz, żeby móc cokolwiek zrozumieć z dalszych wydarzeń, trzeba przedrzeć się przez grupę ludzi o
tym samym nazwisku Ma (dla jasności wywodu pomijam trzech, a niektórzy utrzymują, że nawet czterech,
panów Ma rządzących prowincją Gansu, wspomnianych powyżej jako klika lub rodzina Ma):
- Generał Ma Zhancang - chiński muzułmanin, generał 36 Dywizji (muzułmańskiego wojska
z Gansu, uznanego przez Kuomintang), walczył z Ujgurami, zniszczył tak zwaną Pierwszą Republikę
Wschodniego Turkiestanu, wykończył dwóch braci Bughrów oraz niejakiego Timur Bega.
- Generał Ma Hushan (szwagier generała Ma Zhongyinga) - chiński muzułmanin, w latach
1934-37 rządził praktycznie Kaszgarią, nazywaną wówczas przez chwilę Dunganistanem.
- Generał Ma Shaowu - chiński muzułmanin, dowódca chińskich oddziałów (nie muzułmańskich,
tylko składających się z Hanów) w Kaszgarii, uznający zwierzchność gubernatora prowincji Jin Shurena.
Walczył pomyślnie z Ujgurami i Kirgizami.
Ta wyliczanka zdradziła niechcący zdarzenia, które w 1932 roku były dopiero przyszłością. Nic to!
Bardziej szczegółowo opiszę je następnym razem, bo w krótkim czasie zakotłowało się w Xinjiangu tak,
że, w zasadzie, nie było oddziału, który by nie opuścił swego dotychczasowego pana i nie przeszedł
pod inne chorągwie.
*) Znalazłem też informację, że Biali Rosjanie w Xinjiangu to był oddział Czerniewa. Nie potrafię
powiedzieć, kto ma w tym przypadku rację. Może chodzi o czasy po śmierci pułkownika Pappenguta?
**) Warto pamiętać o tym, że 18 września 1931 Japonia zajęła Mandżurię, a w 1934 roku utworzyła
tam marionetkowe Cesarstwo Mandżukuo, zależne całkowicie od Tokio. Wydarzenie to skomplikowało
sytuację na Dalekim Wschodzie jeszcze bardziej.
O tym, jak strumieniami lała się krew; 06.02.2015
W lutym 1933 roku w Kaszgarze ukonstytuował się Komitet Rewolucji Narodowej i postanowił,
że dość już panoszenia się w okolicy obcych. Jak można się z łatwością domyślić (nie znając
jeszcze żadnych szczegółów), Komitet uznał siebie za jedynego wykonawcę woli ludu nie-chińskich
narodów muzułmańskich Kaszgarii i Dżungarii. Dlatego jego przywódcy ogłosili powstanie
Tureckiej Muzułmańskiej Republiki Wschodniego Turkiestanu (zwanej też przez historyków
zajmujących się tą okolicą Pierwszą Republiką Turkiestanu Wschodniego, bo - jak łatwo
zgadnąć - musiała też pojawić się przynajmniej druga taka republika). Komitet miał początkowo
pod bronią około 50 ludzi, więc myślę, że uważał się za znaczącą siłę, licząc też z pewnością
na masowe przystępowanie ludności. Na czele rządu stanął emir Chotanu, niejaki Mohammad Amin
Bughra, zaś prezydentem został później Hodża Nijaz (Niyaz). Nowe państwo pragnęło być islamską
teokracją, było antychińskie, antydungańskie, antysowieckie i antychrześcijańskie (miejscowym
nie podobała się działalność misjonarzy). Otrzymało nawet niewielkie wsparcie od rządzącego
króla Afganistanu oraz od ruchu pantureckiego, będącego na uchodźstwie poza samą Turcją. A
Hodża Nijaz brał karabiny przysyłane przez Mongolię, bo jakoś trzeba było sobie radzić.
Przeciwnicy oskarżyli natychmiast władze Republiki o sprzyjanie Japończykom, co w tamtych
czasach było w Chinach poważnym zarzutem.
W kwietniu 1933 gubernator Jin został obalony przez swojego zastępcę Sheng Shicaia. Podobno
(wiem, że w tej opowieści jest zbyt wiele słów "podobno", ale cóż mogę na to poradzić) mogło
do tego dojść, bo pułkownik Pappengut postanowił opuścić stronnictwo dotychczasowego
gubernatora i sprzymierzyć się z jego zastępcą. Oficjalnie utrzymywano, że powodem takiego
zamachu stanu było podpisanie przez Jin Shurena układu z ZSRS bez zgody Kuomintangu. Cóż
pozostało Jinowi? Nie zdecydował się na ucieczkę do Rosji Sowieckiej (dziwne, że w ogóle
uszedł z życiem), tylko wyjechał do Chin. Tam został aresztowany przez Kuomintang, po
nierychliwych dwóch latach osądzony i skazany na 3,5 roku więzienia. Jednak po pół roku
odsiadki został zwolniony i umarł spokojnie na wolności w 1941 roku gdzieś we właściwych
Chinach (tzn. w części Chin zamieszkałej przez Hanów).
Do obalenia gubernatora Jina doszło po Pierwszej Bitwie pod Urumqi*) wiosną 1933 roku (bo
była też, to już powinno być dla czytelników oczywistą oczywistością, druga bitwa pod tym
miastem). Zagrała tu wyraźnie cała podstępność Dalekiego Wschodu. Kuomintang z jednej strony
powiadomił gubernatora Jina, że uznaje go gubernatorem ze swojej poręki, a w tej samej chwili
zawarł umowę z generałem Ma Zhongyingiem, że uzna tego ostatniego gubernatorem Xinjiangu,
jeśli tylko generał będzie potrafił obalić Jin Shurena i przejąć władzę w prowincji. Wojska
muzułmańskich Huiów z Gansu (36 Dywizja, tym razem pod dowództwem generała Ma Zhancanga),
podeszły do murów Wulumuqi. Rozgorzała walka, w której głównymi obrońcami miasta był oddział
Białych Rosjan pułkownika Pappenguta. Pamiętacie, jak pisałem ostatnio, że ten oddział liczył
sobie do 300 żołnierzy? W kolejnym źródle jest mowa o 1.800 ludziach, więc sam nie do końca
wiem, komu wierzyć, a różnica jest sześciokrotna. Żołnierze generała Ma Zhancanga wdarli się
przez mury miasta, ale obrońcy podpalili ulicę, na której usadowili się najeźdźcy, a później
grzali z karabinów maszynowych do wszystkich, którzy podeszli pod lufy (wliczając w to
uchodźców, którzy mieli nieszczęście tam się akurat napatoczyć). Zginęło nawet do 2.000 ludzi.
W takim momencie pod miasto podszedł oddział pod komendą samego wicegubernatora Sheng Shicaia
i, widząc to, wojska generała Ma wycofały się na z góry upatrzone pozycje.
Trudno powiedzieć, żeby pułkownik Pappengut szczęśliwie przewidział swój los. Został,
co prawda, głównodowodzącym sił zbrojnych Xinjiangu rządzonego teraz przez gubernatora Shenga,
jednak meandry polityczne tego ostatniego spowodowały, że pułkownik, jako biały uciekinier z
Rosji, stał się szczególnie podejrzany po zbliżeniu Shenga z bolszewikami. Dlatego idylla pana
Pappenguta trwała zaledwie od kwietnia do grudnia 1933, kiedy to został aresztowany i rozstrzelany
w tym samym Wulumuqi, którego jeszcze pół roku wcześniej bronił.
Wspomniane przed chwilą wojska Huiów (36 Dywizja) pod dowództwem generała Ma Zhancanga oblegały
Urumqi ramię w ramię wraz z siłami niejakiego Timura Bega (ujgurskiego bojownika o niepodległość),
który był wówczas ich sojusznikiem. Wydarzenia, które miały miejsce w 1933 roku po wycofaniu
się wojsk islamskich spod Wulumuqi wydają się być zaprzeczeniem rozsądku, jednak trudno je
pominąć. Zaszło mianowicie wiele bardzo zasadniczych zmian w dotychczasowych przymierzach.
W największym skrócie opisuję to poniżej.
Po odwrocie spod Urumqi, a w trakcie marszu na Kaszgar (by zniszczyć Pierwszą Republikę
Wschodniego Turkiestanu) generał Ma Zhancang podporządkował się generałowi Ma Shaowu (patrz
koniec poprzedniego odcinka, żeby coś zacząć z tego wszystkiego rozumieć) i zaczął walczyć
z Ujgurami i w ogóle z miejscowymi tureckimi muzułmanami. Dlatego Timur Beg przestał
automatycznie być sojusznikiem. A nawet więcej - został, po schwytaniu, na rozkaz generała
Ma Zhancanga rozstrzelany w sierpniu 1933 roku, a jego głowę odcięto i zatknięto na pice,
po czym wystawiono na pokaz przed meczetem w mieście Kaszgar ku postrachowi miejscowych
muzułmanów. Oddziały kirgiskie (bo były i takie), które na początku były sprzymierzone z
generałem Ma Shaowu przeszły na stronę Timur Bega w chwili, gdy do chińskiej armii tego
generała dołączyła armia Huiów (Dunganów) generała Ma Zhancanga. Nagle na scenę wkracza
nieobecny do tej pory w tym opowiadaniu chiński generał Zhang Peiyuan, który dowodził armią
Hanów walczącą po stronie gubernatora Jin Shurena przeciw siłom generała Ma Zhongyinga (tego
od pierwszego najazdu z terytorium Gansu). W 1933 Zhang Peiyuan zmienia**) front, przyłącza
się do sił generała Ma Zhongyinga i zaczyna zwalczać siły podlegające obecnemu gubernatorowi
prowincji, czyli Shengowi Shicai (w tym Białych Rosjan, a za chwilę, wskutek zmian politycznych,
także bolszewików, występujących tam jako klasyczny pierwowzór "zielonych ludzików", bo pan
Putin nie wymyślił niczego nowego). Hodża Nijaz (który, przypominam, na początku wieku walczył
z Chanem Kumul o sprawiedliwość dla ubogich pasterzy ujgurskich) opuścił wojska generała Ma
Zhongyinga, którego był początkowo sojusznikiem (bo był przecież jednym z zawezwanych przez
Yulbars Chana na pomoc zlikwidowanemu chanatowi Kumul) i przeszedł do sił nowego gubernatora
Sheng Shicaia, otrzymując wyposażenie i broń od bliskich mu ideowo bolszewików (około 2.000
karabinów).
No i faktycznie zakotłowało się. Jeśli ktokolwiek jeszcze nadąża, to gratuluję i zapraszam
do kolejnego odcinka.
*) Wiem, wiem - w poprzednich odcinkach pisałem zawsze "Urumczi". Jednak właściwym zapisem
jest "Urumqi". Czytajcie jednak po staremu.
**) W tradycji wojskowości chińskiej od wieków hołdowano idei, że obecny wróg może wkrótce
stać się sojusznikiem, a obecny sojusznik - wrogiem. Dlatego w opisywanych zdarzeniach nie ma,
przynajmniej dla ludzi Dalekiego Wschodu, niczego szokującego.
O tym, że każdemu potrzebna jest chwila wytchnienia; 08.02.2015
Zdaje się, że gdzieś tak w 1933 roku radzieckim konsulem w Urumqi został niejaki Garagin
Abramowicz Apresow. To ciekawa postać. Był Ormianinem z Azerbejdżanu i niekwestionowanym
poliglotą: znał biegle farsi, arabski, turecki, chiński, angielski, francuski i rosyjski.
Dziwne, że nie znalazłem słowa o ormiańskim, ale może to się wszystkim wydawało samo z
siebie oczywiste. Źródła znowu się tu rozjeżdżają, bo te zachodnie wskazują na jego przyjazd
do Xinjiangu w 1933, zaś rosyjskie dopiero w 1935. Wbrew pozorom doprawdy nie wiadomo,
komu można ufać bardziej. Uprzedzając fakty od razu powiem, że Apresow (w sieci istniejący
jako Aprasev albo Apraseff) niedługo cieszył się pozycją wszechwładnego człowieka Xinjiangu.
Ciekawe, że sami Rosjanie przyznają się do burdelu w papierach, bo nie mogą się zdecydować,
czy został odwołany do Ojczyzny Ludu Pracującego Miast i Wsi w listopadzie 1936 czy w marcu
1937 roku. To zresztą nieważne, bo tam i tak trafił natychmiast do więzienia, odczekał
marnych kilka lat na swoją kolejkę do sądu, który już w czerwcu 1940 (przy tej ilości spraw...)
skazał go na 10 lat odsiadki. Czerwona sprawiedliwość we wrześniu tego samego roku podrapała się
ze zdziwieniem za uchem, zdumiona własną pobłażliwością. Co się odwlecze, to nie uciecze -
mówi mądrość ludowa. W ponownym procesie został skazany na śmierć i rozstrzelany.
Data przybycia Apresowa do Urumqi może być jednak ważna dla tej opowieści, bo niektórzy
twierdzą, że to on skłonił Hodżę Nijaza (Niyaza) do zmiany frontu, o której pisałem w
poprzednim odcinku. Tak przy okazji - "hodża" to tytuł grzecznościowy, używany w świecie
muzułmańskim wobec kogoś o wielkiej wiedzy koranicznej, a co za tym idzie - znawcy prawa
islamskiego.
Podobno zaskoczenie czytelnika gwarantuje poczytność. Idąc więc tym tropem decyduję się
na ogromny skok, bo aż do Skandynawii*). Pierwszą osobą, o której chciałbym wspomnieć,
jest Norweg Otto Torvik, którego religijność natchnęła myślą o pracy misyjnej wśród
muzułmanów. W tym celu udał się w 1931 roku właśnie do Xinjiangu (nie mam pojęcia, dlaczego
akurat tam, bo miał przecież po drodze wiele innych krajów muzułmańskich, położonych w
lepszym klimacie), rozejrzał się, a po powrocie do domu założył Den Norske Muhammedanermisjon,
przemianowane później na Kristen Muslimmisjon. Norweski misjonarz (ciekawe, że śluby
kapłańskie złożył dopiero w 1946 roku) nakręcił podczas swego pobytu w Kaszgarii film,
który można znaleźć w sieci. Drugim misjonarzem, który trafił do Wschodniego Turkiestanu
był Szwed John Törnquist. Przebywał tam dziesięć lat z ramienia Szwedzkiego Towarzystwa
Misyjnego (pierwszy raz przyjechał tam 27 lat przed Torvikiem), tam ożenił się z europejską
misjonarką, tam urodziła się i zmarła ich córeczka. On także nakręcił przynajmniej jeden
film obrazujący życie w nawracanym przez siebie kraju. Postanowiłem, że ten odcinek
będzie krótszy, a za to wskażę linki do tych filmów. Ponoć raz zobaczyć to jak sześć
razy usłyszeć albo jedenaście razy przeczytać.
Film pierwszy - Otto Torvik: Z Kaszmiru do Kaszgaru (From Kashmir to Kashgar) - czas
trwania 15:50. To filmowe zapiski z podróży ze Śrinagaru**); najpierw wyraźnie Indusem
przez (chyba) Ladakh, a później góry Karakorum do Xinjiangu. Kaszgaria pokazuje się
dopiero gdzieś w dwóch trzecich filmu.
Film drugi - John Törnquist: Wschodni Turkiestan (East Turkistan) - czas trwania 18:40.
Ten film jest raczej tylko dla pasjonatów, bo jego jakość techniczna pozostawia wiele
do życzenia. W stosunku do poprzedniego filmu jest w nim o wiele więcej krótkich,
poszatkowanych scenek.
*) Chyba najciekawszym Skandynawem, który przewinął się w tamtym czasie przez ujgurskie
stepy był Sven Hedin. Jeżeli wystarczy mi czasu spróbuję coś o nim osobno napisać.
**) Wiecie, że w Śrinagarze, tej Wenecji Kaszmiru, znajduje się grób Chrystusa? Tak
przynajmniej wierzą Ahmadyci, twierdząc, że grób Yuzasafa w świątyni Roza Bal to miejsce
spoczynku Yuz (Jezusa) Asafa (Zbieracza). [Ahmadyci to ruch reformatorski w islamie,
założony w Pendżabie przez Mirzę Ghulama Ahmada pod koniec XIX wieku. Jego twórca miał
ponoć objawienia, a w ich wyniku ogłosił się najpierw Mahdim (islamskim mesjaszem),
później ponownie przybyłym na ziemię Jezusem, a w końcu także inkarnacją Kriszny.
Ahmadyzm jest zakazany w większości państw islamskich, a jednak przyciągnął ponoć do
siebie 5 do nawet 12 milionów wyznawców na całym świecie. W Polsce ma być ich setka.]
O pewnym pytaniu retorycznym; 09.02.2015
哪里都是这些人谁说,这是了不起的话题? (Nali dou shi zhexie rén shuí shuo, zhe shi liaobuqi de huatí?). No właśnie.
O tym, co było wcześniej - ważna retrospekcja (#1/2); 10.02.2015
Pamiętacie jeszcze generała Ma Zhongyinga? Tak, tego z prowincji Gansu, który miał być
gubernatorem Xinjiangu z ramienia Kuomintangu pod warunkiem, że sobie ten kraj odbije z
rąk Jin Shurena? Nadszedł czas, żeby wychodząc od tej wojskowej postaci nakreślić zarys
tego, co działo się w prowincji (i nie tylko) w ciągu poprzedzającego wieku. Bez tej
wiedzy niewiele zrozumie się z brutalnej naparzanki, która jest zasadniczym tematem
tego cyklu. Zacząć wypada od tego, że generał nie ukrywał, że jego wielkimi idolami są
Dżyngis Chan, Napoleon, Hindenburg oraz Zuo Zongtang. Nie będę tu opisywał zasług jego
trzech pierwszych idoli i skupię się tylko na ostatnim, bo nie sądzę, żeby ta postać była
szczególnie w Polsce znana, a był to ktoś szczególny, wyjątkowo poważnie podchodzący
do postawionych przed nim zadań, choć, moim zdaniem, raczej mało sympatyczny w swej
systematyczności.
Mówi się wiele o tym, że w XIX wieku potęgi europejskie (a także Stany Zjednoczone)
zaczęły ingerować w politykę i wewnętrzne sprawy Chin, co przyniosło temu krajowi
wymierne i bardzo bolesne straty. To niezaprzeczalna prawda, jednak w ogromnym ciele
Imperium Chińskiego tkwiły ciernie, które powodowały kłopoty nawet bez pomocy zagranicznej.
Przede wszystkim od połowy XVII wieku rządziła dynastia mandżurska, która była postrzegana
przez Chińczyków jako obcy najeźdźca, a nie "swój" władca. Pochodzący z północy Mandżurowie,
faworyzowani przez nowych mandżurskich cesarzy byli raczej nielubiani przez Hanów.
Państwo było fatalnie zarządzane i rychło okazało się, że jest typowym kolosem na
glinianych nogach. Oto w 1842 zamorskie diabły pokonały armie cesarskie i zmusiły Chiny
do oddania w ich ręce Hong Kongu oraz do otwarcia kraju dla handlu z tymi rudowłosymi
dzikimi. Później poszło już górki, bo coraz więcej bezczelnych cudzoziemców zaczęło
wysyłać swoje okręty i wojska do Chin. Byli nawet tak bezczelni, że wkroczyli do Pekinu
i zrabowali cesarski pałac letni (1860).
Wszystko to razem zachwiało to autorytetem tronu, a gdy autorytet słabnie, zaczynają się
podnosić różne głowy, niepotrzebnie przez zbyt wyrozumiałą władzę pozostawione do tej pory
na karkach. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XIX wieku rozpoczęły w Chinach okres
całej serii rebelii antyrządowych, gorszących konfucjańskich urzędników. Mówi się, że
o ile w roku 1850 państwo liczyło sobie 400 milionów podanych, to czterdzieści lat
później już tylko 350 milionów. I trzeba podkreślić z całą mocą, że wykończenie mniej
więcej 50 milionów ludzi nie było spowodowane butnym i bezwzględnym zachowaniem się
zagranicznych imperialistów, tylko pacyfikacyjnymi działaniami armii chińskich względem
swoich własnych poddanych.
No to po kolei. Najpierw we wschodniej części kraju wybuchło powstanie Tajpingów (1851-1864).
Na jego czele stanął człowiek, który otarł się był o chrześcijańskich misjonarzy i, pod
wpływem tego, co usłyszał, sformułował ideę, jakoby był wysłańcem niebios, a jego młodszym
bratem był Jezus Chrystus. Ruch był bardzo egalitarny i purytański, ale dotyczyło to
tylko jego szeregowych członków, bo "góra" zafundowała sobie prawie od razu własne dwory
na wzór cesarski, z nałożnicami, faworytami, ceremoniałem, pomponami oznaczającymi rangi
dworskie i całym tym pociągającym blichtrem władzy, głoszącej założenie nowej dynastii i
konieczność obalenia starej. Równie prędko najwyższe szefostwo pożarło się między sobą na
amen, co doprowadziło do bratobójczych walk wewnętrznych.
Kiedy już władza centralna uporała się po czternastu latach z Tajpingami (w samej ich
stolicy, Nankinie, zabito w czasie szturmu około 100 tysięcy osób), mogła poważnie zabrać
się za trwające od dawna powstanie Nian (w sumie trwało 17 lat: 1851-1868). Ci z kolei
nie chcieli aż tak bardzo obalać (chociaż byli jawnie antymandżurscy i, gdyby się udało,
to czemu nie), tylko mieli nadzieję na to, że wojsko wygonią i nie będą płacić podatków,
bo był to ruch typowo chłopski, w którym swoją szansę zwąchali różni lokalni bandyci. Ten
ruch pojawił się w dwóch miejscach Chin, od razu na północy i na południu, ale dość
daleko od wybrzeży. Po kilku latach udało się krwawo zniszczyć obwarowane mateczniki
powstańców.
Później zdławiono powstanie ludu Miao (1854-1872) mieszkającego w Guizhou (na południu).
Miao zbuntowali się przeciw chińskiemu wyzyskowi (byli mniejszością narodową), bo nie
wytrzymywali już feudalnych obciążeń i wysokich podatków. Z nimi władza także obeszła się
wyjątkowo brutalnie, bo w pacyfikacjach wymordowano podobno 70% narodu (około 5 milionów
ludzi) i zapadła cisza, po niej na tym obszarze zapanował spokój, a niedobitki Miao uciekły
w góry, gdzie siedzą do dzisiaj. Mówi się, że pod tamtą nazwą "Miao" należy rozumieć różne
nie chińskie ludy, z których Miao byli grupą najliczniejszą.
W latach 1856-1873 miała miejsce muzułmańska rebelia w Yunnanie, znana na zachodzie jako
Powstanie Panthay*), a w Chinach jako Rebelia Du Wenxiu (od nazwiska wodza, bardziej znanego
poza Chinami jako Sułtan Sulejman**). W 1862 roku rozpoczęło się powstanie muzułmańskie
(Dunganów) w prowincjach Gansu, Shaanxi i Ningxia. A kilka lat później, niejako za plecami
tych ostatnich rebelię podniosła Dżungaria i Kaszgaria, gdzie najpierw zbuntowali się
Ujgurzy, dołączyli do nich na krótko Dunganie, a później wszyscy pokłócili się ze wszystkimi.
I w tym właśnie momencie nadszedł czas, żeby wspomnieć o Zuo Zongtangu, bo brał czynny
udział w tłumieniu wszystkich tych rebelii.
Zuo Zongtang był człowiekiem metodycznym, nie gonił za szybkim i nietrwałym sukcesem.
Swoje kampanie planował rzeczowo i z rozmysłem, co musiało trwać. Oskarżano go nawet o
bierność i kunktatorstwo, ale za każdym razem, gdy już wydawał rozkaz do rozpoczęcia operacji,
okazywało się, że rozbijał przeciwników w puch, a na odzyskanym terenie zaprowadzał trwały
spokój i porządek. Wykazywał się konfucjańską powściągliwością, bo dawał często szansę
przynajmniej części buntowników, by rozpoczęli nowe życie, zgodne z oczekiwaniem cesarza.
Z drugiej strony w celu zdławienia rebelii nie cofał się przed niczym, więc to jego decyzją
muzułmańska ludność Gansu zmniejszyła się w trakcie dławienia rebelii o 80-90%. A przecież
wykonywał tylko beznamiętnie swoją pracę, bo wcale nie wykazywał się jakąś szczególną
nienawiścią do Dunganów. Najlepiej świadczy o tym fakt, że z całym spokojem przyjął wojska
nawróconych buntowników generałów Ma Zhan-ao, Ma Anlianga, Ma Qianlinga oraz Ma Haiyana
(czytelnik zdążył się chyba przyzwyczaić, że w Gansu wielu ludzi nazywało się Ma; uwaga:
ci generałowie już więcej się tu nie pojawią, więc nie ma sensu starać się ich zapamiętać).
Kiedy wojska mandżurskie (to znaczy słuchające cesarza z mandżurskiej dynastii Qing; w
zasadzie oznacza to rządowe wojska chińskie tego czasu) rozpoczęły walkę z Dunganami w Gansu,
w Shaanxi i w Ningxia, wówczas w Kaszgarii wybuchła rewolta niejakiego Muhammada Yakuba Bega.
Chińczycy, ograniczeni swoim systemem fonetycznym, zwali go Agubo, ale najczęściej pisze się
o nim jako o Jakubie Begu. Ten dowódca był z pochodzenia Tadżykiem z Chanatu Kokandu (dzisiaj
Kokand leży we wschodnim Uzbekistanie, a dokładnie: w Dolinie Fergańskiej; Tadżycy to lud
irański, a nie turecki) i osiągnął tam pozycję dowódcy armii. Kiedy w Xinjiangu wybuchło
powstanie muzułmańskie wyruszył na pomoc władcy Kaszgaru, który uznawał się lennikiem
Kokandu. Podkreślam - muzułmański dowódca Jakub Beg wcale nie zamierzał (a jeśli zamierzał,
to szybko z tego zrezygnował) pomagać Dunganom (Huiom = wyznającym islam Chińczykom), tylko
chciał wykorzystać szansę zamętu istniejącego w cesarstwie, by stworzyć własne państwo swoim
muzułmańskim ziomkom pochodzenia tureckiego***). Tu warto poświęcić chwilę czasu na
podkreślenie różnic pomiędzy rewoltą Dunganów (Huiów), a powstaniem Jakuba Bega. Ci
pierwsi nie głosili konieczności obalenia dynastii, a jedynie chcieli sprawiedliwości
w ramach cesarstwa i odwołania skorumpowanych urzędników. Ci drudzy pragnęli całkowicie
niezależnego od Chin państwa islamskiego z obowiązującym prawem szariatu. Z początku nawet
działali w Xinjiangu wspólnie, ale wkrótce Ujgurzy stwierdzili, że lepiej będzie bez
obecności cudzoziemców, zwłaszcza wszelkiej maści Chińczyków, niezależnie od ich wyznania.
Dlatego zmasakrowali Dunganów w mieście Kuldża (w dolinie rzeki Ili), ale o tym później.
Jakub Beg prędko sam wziął władzę w swoje ręce, podporządkował sobie większość miast
Kaszgarii, a oprócz tego Urumqi i Kumul (Hami) w Dżungarii. Rychło zresztą ogłoszono tam
dżihad przeciw wszystkim Chińczykom i Huiom, jak leci. Ponieważ tych miast było w sumie
siedem, więc państwo zaczęto nieoczekiwanie nazywać w miejscowych językach "Siedem miast"
czyli Jettiszar (po ujgursku) lub Żetiszar (po kazachsku). Nie znalazłem wytłumaczenia,
co działo się w ósmym mieście (bo w Kaszgarii było razem osiem głównych miast). W 1867
roku Jakub Beg zaczął używać tytułu emira Kaszgaru, który podobno przyznał mu sam sułtan
turecki. (c.d.n.)
*) Słowo "panthay" jest ponoć angielską wymową birmańskiej nazwy Chińczyka wyznającego
islam (jak Dunganie lub lud Hui na północy Chin). Co ciekawe, w dzisiejszym Yunnanie to słowo
nikomu nic absolutnie nie mówi. Powstańcy występowali przeciwko opresyjnemu reżimowi Qingów,
twierdząc, że Hanowie i Huiowie są braćmi, a Mandżurowie - nie. Po klęsce powstania i
okropnych rzeziach (a właściwie: z ich powodu) wielu chińskich muzułmanów z południa uciekło
do Birmy, Tajlandii i Laosu, gdzie do dzisiaj są znaczącymi mniejszościami.
**) Dokładnie: Sulayman ibn Abd ar-Rahman. Kiedy wojska mandżurskie zdobyły Dali (stolicę
powstańców), sułtan był zbyt oszołomiony opium, żeby uciekać. Zabito go, odcięto mu głowę
i wysłano ją w naczyniu z miodem do Pekinu, żeby cesarz mógł napaść oczy hańbą buntownika.
***) Tamtejsze ludy tureckie to głównie: Kazachowie, Kirgizi, Uzbecy, Turkmeni i Ujgurzy.
Przypominam też, że nazwa "Ujgurzy" pojawiła się dopiero na początku XX wieku (oczywiście
Rosjanie twierdzą, że padła po raz pierwszy w 1921 na zjeździe ludów Azji Środkowej w
Taszkencie jako propozycja nazwania niechińskich muzułmanów Dżungarii i Kaszgarii). Do
tego czasu tureccy muzułmanie tamtych regionów określali się zwykle jako mieszkańcy
konkretnych oaz (ja tutejszy), a nie jako grupa etniczna. Tych z Kaszgaru nazywano
Kaszgarczykami, tych z Chotanu - Chotańczykami, tych z Jarkendu - Jarkendczykami, a tylko
tych, którzy wyjechali z Kotliny Tarymskiej do doliny rzeki Ili - nazywano "Taranchi",
co oznacza w tamtejszym języku po prostu "chłopi". A wszystkich razem najczęściej, po
prostu, "Turkami" lub "muzułmanami".
O tym, że zbliżamy się do końca retrospekcji (#2/2); 12.02.2015
Tymczasem w Pekinie Zuo Zongtang przekonał cesarza, że Dżungaria i Kaszgaria są ważne dla
cesarstwa, bo chronią dostępu do Mongolii, a ta z kolei - do Chin właściwych, zamieszkałych
przez Hanów, a już szczególnie do Pekinu (Beijing). Jego główny oponent proponował odpuścić
sobie te tereny nie służące do niczego i zamieszkałe przez ludy niechętne Chinom. Wybrano
jednak pierwszą opcję. Tak więc Zuo pojechał zniszczyć najpierw powstanie w Gansu i w
Shaanxi, a stamtąd postanowił ruszyć do Xinjiangu. Przypominam, że ta nazwa zaczęła
być używana dopiero po jego ostatecznym zwycięstwie w tamtych stronach, kiedy Pekin
ogłosił powstanie nowej prowincji składającej się z uprzednich Dżungarii i Kaszgarii
(1882/84). Siły pacyfikacyjne podległe Zuo Zongtangowi przetoczyły się (jak już pisałem
- po długich i drobiazgowych przygotowaniach logistycznych) przez Gansu, powstanie
zostało tam zdławione, część mieszkańców uciekła, a znaczna część została zabita, bo
Zuo był zwolennikiem "czystek etnicznych zbuntowanych Huiów", co w realnej praktyce
oznaczało ich eksterminację, przynajmniej do momentu zwycięstwa sił mandżurskich (na
wielki plus władzy mandżurskiej trzeba zapisać to, że Huiowie zamieszkali w prowincjach
nie objętych rewoltą żyli sobie zupełnie spokojnie i nikt od nich niczego nie chciał).
Po zwycięstwie Zuo postępował już całkowicie odmiennie, zyskując sobie nawet pewien
szacunek tych Huiów, którzy przeżyli. Nie przeszkadzało mu to jednak karać surowo
przywódców rebelii typowymi karami Dalekiego Wschodu: Zuo Zongtang którychś tam schwytanych
głównych buntowników kazał żywcem wykończyć metodą "plastrowania", cokolwiek by to znaczyło,
dla postrachu i bojaźni przed siłą władzy. Z Gansu wkroczył wprost do Xinjiangu.
Tymczasem Jakub Beg miotał się pomiędzy Rosją, a Wielką Brytanią, bo szukał sojusznika
dla swego emiratu. Anglicy zaczęli go intensywnie zbroić, gdyż odpowiadała im myśl zależnego
od nich państewka przyległego do Kaszmiru (przez góry Karakorum - proszę obejrzeć pierwszy
film, do którego link podany jest w szóstym odcinku tego cyklu) i brużdżącego wpływom Rosji.
W polityce wewnętrznej zdążono już wykończyć wszystkich dostępnych Hanów i Huiów (kilka
tysięcy tych ostatnich zdołało uciec na zachód do dzisiejszego Kazachstanu; ich potomkowie
żyją tam do dzisiaj). Handel zamarł i (podobno) zwykli Ujgurzy zaczęli być niezadowoleni
twierdząc, że "za Chińczyka było wszystko, a dzisiaj nie ma niczego". Co więcej, zaczęto
krytykować emira, ze nie jest dość islamski (poszło o rozumienie szariatu).
A teraz trzeba znowu spojrzeć na mapę Azji środkowej i odnaleźć tam jezioro Bałchasz. Po
południowej stronie jego zachodniego krańca wpływa doń rzeka Ili. Rzeka Ili ma dobrze ponad
1.400 kilometrów, więc jest dłuższa od Wisły, co nie znaczy wcale, że istnieje w świadomości
przeciętnego Europejczyka. Teraz zaczynamy płynąć nią pod prąd, w górę rzeki. Najpierw
płyniemy na południe i południowy wschód, później rzeka skręca gwałtownie na wschód, co
na mapie przypomina haczyk (podobno po ujgursku słowo "il" oznacza "haczyk"). Przepływamy
przez sztuczne jezioro Kapczagajskie, a później przecinamy granicę kazachsko-chińską. Przebyliśmy
815 kilometrów w Kazachstanie. Już w Chinach rzeka nadal płynie równoleżnikowo. Do jej źródeł
mamy jeszcze 624 kilometry. Nad rzeką leży miasto Kuldża (dzisiaj Yining), a kiedyś były nawet
dwa. Dwa, bo jedno to była Kuldża chińska, a paręnaście kilometrów dalej druga - Kuldża
Ujgurów z kotliny Tarymskiej, czyli Kuldża Taranchów. W czasie, kiedy wszyscy rżnęli bez
pardonu wszystkich Kuldża nie była bezpiecznym miejscem, więc i tam polała się krew chińskiego
garnizonu (mandżurski*) generał Ming Xü wolał wysadzić swój dwór w powietrze (1866) i zginąć
pod gruzami z całą rodziną niż wpaść w ręce Taranchów). I wówczas (1871) wkroczyły tam wojska
rosyjskie, utrzymując z miedzianym czołem, że po pięciu latach od rzezi chodzi im jedynie o
zapobieżenie masakrom. Niektórzy mówią, że to emir Jakub Beg zgodził się oddać Rosji dolinę
Ili w zamian za pomoc. Kiedy oddziały Zuo Zongtanga znalazły się w okolicy, to zatrzymały
się, a on sam, wzór urzędnika najwyższej rangi, zapytał cesarza, czy ma dolinę odbijać,
czy nie? Bo z wojskowego punktu widzenia - napisał - może to z łatwością zrobić i jest
całkowicie pewien, że odniesie zwycięstwo, ale nie wie, czy to zgodne z wielką polityką.
Cesarz zabronił walki z Rosją i dolina została dopiero kilka lat później oddana Chinom
na podstawie Traktatu w Sankt Petersburgu (1881). Prawda, że za odszkodowaniem "za koszty
okupacji**)" w wysokości 9 milionów "metalowych rubli" (prawdopodobnie chodziło o ruble
srebrne). Niektórzy politycy rosyjscy protestowali przeciw oddawaniu jakiejkolwiek piędzi
ziemi, na której stopę choćby na sekundę postawił Rosjanin, jednak przeważyło to, że w
najbliższej okolicy wciąż stacjonowały wojska Zuo Zongtanga, uzbrojone w najnowocześniejszą
broń europejską (on rzeczywiście wyjątkowo dobrze i przemyślnie przygotowywał swoje akcje
militarne), a carat podbijał właśnie inne państwa***) Azji centralnej i pewnie uważał, że
warto mieć w sąsiedztwie nieskonfliktowane Chiny kosztem tak niewielkiego ustępstwa. A
może poszło o te 9 milionów rubli? W końcu w 1867 roku Rosja sprzedała Stanom Zjednoczonym
Alaskę za równowartość 11,3 milionów rubli, a proszę spróbować porównać wielkość Alaski i
doliny Ili. Ujgurzy znad Ili, pamiętając, co kilka lat wcześniej zrobili Huiom w Kuldży,
uciekli do Rosji. Nie wiem, czy niedobitki Huiów, już tam obecne, szczególnie się ucieszyły.
W międzyczasie siły Zuo Zongtanga ujarzmiły cały Xinjiang. Jakub Beg marnie skończył w 1877
roku****), chociaż nie ma dokładnej pewności, w jak sposób. Jedni mówią, że dostał zawału po
złych wieściach z frontu. Drudzy, że otruł go podstępny sługus-zdrajca, pewnie za chińskie
srebrniki. Trzeci, że zabili go właśni ludzie, rozczarowani rozziewem pomiędzy tym, co im
emir obiecywał, a tym, co na nich faktycznie spadło. W trakcie walk zginęła większa część
jego rodziny (część synów, w tym wszyscy dorośli, cztery żony i większość córek). W ręce
Zuo Zongtanga wpadli najmłodsi synowie, bodaj dwie córki i wnuki Jakuba Bega po którymś
z najstarszych synów. O córkach historia milczy - zapewne skończyły jako materace żołnierzy,
bo za nadstawianie karku coś się ludziom od życia należy. Natomiast los chłopców (bo wszyscy
byli nieletni) pokazuje dobitnie charakter ówczesnego państwa chińskiego. Oto postawiono
ich przed sądem, który miał sprawę zbadać i wydać werdykt, czy byli współwinni antycesarskim
mataczeniom ojca, czy nie. Niby porządnie i praworządnie. Jednak nie zdradziłem jeszcze
pewnego małego ALE, które wiele zmienia. Jeszcze zanim proces się rozpoczął, było już
wiadome odpowiednie postępowanie przewidziane na każdy przypadek. Gdyby chłopcy okazali
się winni zarzucanego czynu, mieli zostać zgładzeni. A gdyby jednak sąd nie dopatrzył się
ich winy, wówczas mieli zostać wykastrowani i wysłani do pekińskiego Pałacu Cesarskiego,
by wzmocnić szeregi tamtejszych eunuchów (w apogeum rozwoju liczba tych mężczyzn inaczej
dochodziła do 70.000).
A później zapanował na kilkadziesiąt lat względny spokój i możemy już wracać do zasadniczego
wątku opowieści - do działań nowego gubernatora Xinjiangu, pana Sheng Shicaia w pierwszej
połowie lat trzydziestych XX wieku w republikańskich już Chinach.
*) Aż do czasów Zuo Zongtanga jedynie Mandżurowie otrzymywali państwowe stanowiska w Dżungarii
i Kaszgarii.
**) Nie wiem jak czytelnikom, ale piszącemu te słowa "odszkodowanie za koszty okupacji" należne
okupantowi wydają się czymś wyjątkowo bezczelnym. Warto odnotować, że były też w Rosji plany,
żeby Kaszgar (po chińsku: Kashi) i parę innych małych miast Kaszgarii przyłączyć do swojego
imperium.
***) Proszę pamiętać, że w myśl Traktatu w Aigunie (1858) Rosja właśnie zaanektowała chińskie
ziemie na północ od Amuru, a tzw. Pierwsza Konwencja Pekińska (1860) oddała w jej ręce wybrzeże
Pacyfiku na południe od Amuru i na wschód od Ussuri aż do Władywostoku. Część wschodniego dzisiaj
Kazachstanu (tzw. Terytorium Północno-Zachodnie) Rosja odebrała Chinom na podstawie Traktatu
Czuguczackiego (1864). Do tego czasu obydwa państwa uważały, że te ziemie należą do nich. No
a poza tym tereny gdzieś tak mniej więcej na południe od Jeziora Aralskiego aż do wybrzeża
Oceanu Indyjskiego w dzisiejszym zachodnim Pakistanie (Chiwa, Buchara, Kokand, Afganistan,
Beludżystan) były w latach 1860-1880 we władaniu różnych niezależnych od nikogo emirów i dwa
państwa (Rosja i Anglia) miały na nie wielką chrapkę, konkurując ze sobą.
****) Nie ma to żadnego związku z tą historią, ale w latach 1876-77 w Dżungarii przebywał
Nikołaj Przewalski (ten od konia), który zbadał i opisał jezioro Łob-nor (Lop Nur, Luobu Po),
tajemnicze dla geografów do chwili jego odkryć. Był drugim (po Marco Polo) Europejczykiem,
który się w tamte strony zapuścił. Dzisiaj mieści się na tam poligon atomowy.
O tym, że Xinjiang mógł być radziecki; 13.02.2015
Sheng Shicai został więc gubernatorem Xinjiangu i postanowił zrobić wszystko, żeby na
tym stołku utrzymać się jak najdłużej. Ponieważ ścieżka ku bolszewikom została już
przetarta przez jego poprzednika - on też nią podążył, bijąc go swoim zaangażowaniem na
głowę. Oto bowiem doszło do od dawna wyczekiwanej przez czytelników Drugiej bitwy pod
Urumqi (1934). Zjednoczone siły wojsk generała Zhang Peiyuana oraz generała Ma Zhongyinga
jeszcze pod koniec 1933 roku zajęły drogę z Tachengu do Wulumuqi (tak - to jest ten sam
Tacheng, który po rosyjsku nazywa się Czuguczak i w którym podpisano w 1864 roku traktat
czuguczacki; dzisiaj to miasteczko o nazwie nie do wymówienia: Qoqek).
Gubernator wysłał przeciw nim swoje wojsko i głównodowodzącego pułkownika Pappenguta,
który wówczas jeszcze żył (został rozstrzelany dopiero w grudniu 1933). Biali Rosjanie
ponieśli klęskę, nieszczęsny pułkownik został haniebnie aresztowany w Urumqi, a wojska
przeciwników pod dowództwem generała Zhanga podeszły pod miasto. W tej sytuacji przebiegły
gubernator poprosił bolszewików całkiem otwarcie o bratnią pomoc. Jak wiadomo, Moskwa nie
rychliwa, ale sprawiedliwa. W 1934 roku na teren prowincji wkroczyły dwa oddziały radzieckie.
Jeden nazywał się "Ałtajski" (od gór Ałtaj), a drugi "Tarbagatajski" (od nieznanego u nas
pasma górskiego Tarbagataj, leżącego na pograniczu Kazachstanu i Chin). Należy powiedzieć
z całą mocą, że nie były to oddziały wojskowe, tylko siły NKWD w liczbie 7.000 ludzi
uzbrojonych przezornie w czołgi, samoloty i artylerię. W porównaniu do Ujgurów wojujących
na konikach czy wielbłądach była to największa siła zbrojna okolicy. Oddziały te określono
w Ojczyźnie Pokoju i Postępu jako "ochotników ałtajskich", a ich żołnierze nie mieli na
mundurach żadnych, najmniejszych nawet dystynkcji umożliwiających identyfikację państwowości
formacji (stopnie wojskowe przywrócono w Rosji dopiero, jeśli się nie mylę, w 1941 albo 1942
roku, ale przecież jakoś się poszczególne oddziały musiały rozpoznawać). Co ciekawe sami
Rosjanie starają się chyba wyprzeć ze swej świadomości ten nieudany, w sumie, incydent.
Mam bowiem w domu na półce książkę, którą kupiłem przed laty w chwili jakiejś słabości
umysłowej - "Historia polityczna Dalekiego Wschodu od końca XVI w. do 1945 r." - opracowali:
A. Narocznicki, A. Guber, M. Sładkowski*), I. Burlingas, G. Jefimow, A. Dubiński; pod
redakcją J. Żukow (przewodniczący), M. Sładkowski, A. Dubiński, PWN, Warszawa 1981 (nasza
władza jakoś skłoniła tam do podpisania się jako redaktor naukowy profesora M. J. Künstlera).
Opisuje ona politykę rosyjską i radziecką w Azji od XVI wieku i czyni to z fałszywą miną
powagi historycznej, samej prawdy internacjonalistycznej i odpowiedzialności klasowej. Na
dosłownie każdej stronie jest morze przypisów odsyłających do najpoważniejszych źródeł
historycznych ZSRS, za każdym razem z podaniem strony pochodzenia cytatu, informacji lub
myśli. Dokładniej już się nie da! No i to praźródło sowieckiej wiedzy o tamtejszej polityce
nawet się nie zająknie najmniejszą nawet wzmianką o całej interwencji w Xinjiangu, ani o
próbie jego podporządkowania. Może Człowiek Radziecki wstydzi się swoich niepowodzeń?
Od chwili zaproszenia sąsiadów w celu pomocy wojska Shenga przestały cofać się z jednej
strony przed chińskimi oddziałami generała Zhang Peiyuana, a z drugiej przed muzułmańską
armią generała Ma Zhongyinga. Dowódcy bolszewiccy postanowili przemieszać swoich żołnierzy
z oddziałami Białych Rosjan (sam przecierałem oczy, ale tak z całą powagą twierdzi dostępne
źródło) i, tak wzmocnieni, ruszyli do zaprowadzania porządku. Prędko pobili wojska chińskie,
a sam generał Zhang popełnił samobójstwo. Gorzej natomiast szło im z wojskami muzułmańskimi.
Najpierw miała miejsce zimowa bitwa nad rzeką Tutung**). Rosjanie chcieli
oskrzydlić wojska Dunganów, ale walki prędko zamieniły się w pozycyjne, przy czym
Rosjanie stanęli na takich stanowiskach, że mogli panować nad podejściem, grzejąc z
karabinów maszynowych do wszystkiego, co się wychyliło zza zamarzniętych skał. Nie
docenili jednak chińskiej przemyślności. Chińscy muzułmanie nie zamierzali bowiem ślepo
atakować naprzód i dać się wystrzelać niczym kaczki, tylko wydzielili oddział, przebrali
go w owcze skóry włosem na wierzch i wysłali jakąś ścieżką dookoła przez śniegi. Wycieczka
podeszła do pozycji rosyjskich karabinów maszynowych i zarżnęła zaskoczony pododdział
bolszewicki zakrzywioną bronią białą. Bitwa trwała jednak kilka dni i Huiowie postanowili
się wycofać, kiedy Rosjanie użyli iperytu. W tym momencie generał Jiang Jieshi (Czang Kajszek)
chciał ponoć wysłać kuomintangowski korpus ekspedycyjny do Xinjiangu, żeby zaprowadzić
porządek i zahamować wpływy Rosji Radzieckiej, ale przeważyła trzeźwa ocena możliwości -
prowincja była, z perspektywy Nankinu, za górami, za lasami. Generał i w jednej osobie
gubernator Sheng bardzo na to liczył.
A później doszło do bitwy pod Dabancheng***) (达坂城 Davanching po ujgursku).
36 Dywizja wycofywała się, ścigana przez połączone siły bolszewicko - białorosyjsko - chińsko
(wierne gubernatorowi Shengowi) - mongolskie. Kolumna rosyjskich pojazdów opancerzonych w
pewnej chwili wysforowała się naprzód i sama, z kolei, wpadła w zasadzkę. Oddział generała
Ma Zhongyinga pokonał bolszewickie załogi w walce wręcz i zniszczył prawie wszystkie pojazdy,
spychając je w przepaść. Pomimo tego wojska Huiów wycofywały się nadal (deptały im po
piętach oddziały Białych Rosjan) i to wcale nie do Gansu, tylko w kierunku Kaszgaru.
W "międzyczasie" generał Ma Zhongying wydzielił ośmiusetosobowy oddział i wysłał go naprzód,
pod dowództwem generała Ma Fuyuana w celu zniszczenia grupy Hodży Nijaza (teraz alianta bolszewików).
Ten generał połączył swoje siły z przebywającą bardziej na południu armią generała Ma Zhancanga i
wspólnie rozbili połączone wojsko Hodży (ujgurskie oddziały jeszcze z Kumul) oraz oddziały
ujgursko-kirgiskie emira Abdullaha Bughry w bitwie pod Kaszgarem. Dokładnie rzecz biorąc było
tak, że kiedy generał Ma Zhancang wkroczył do Kaszgaru robiąc porządek, miasto otoczyli i
oblegali Hodża Nijaz i bracia Bughra, a generał Ma Fuyuan nadszedł na odsiecz rodakowi,
rozbijając tych ostatnich. Ta bitwa przesądziła o tym, że ostatecznie upadła Turecka
Islamska Republika Wschodniego Turkiestanu. Dwaj bracia Bughra zginęli, a Hodża Nijaz
zdołał uciec. Miasto spłynęło krwią, bo zabito kilka tysięcy Ujgurów (nie wiadomo dokładnie
ilu, ale ocenia się, że od 2 do 8 tysięcy) jako prosty odwet za to, że w poprzednim roku
bojownicy ujgurscy nie dotrzymali słowa wobec wojsk dungańskich wycofujących się na parol
z Jarkendu i zabiły tam kilkuset żołnierzy. Pewnym zgrzytem było to, że w szale krwawego
zniszczenia zabito także kilku pracowników konsulatu brytyjskiego w Kaszgarze.
Po pewnym czasie do miasta doszły oddziały generała Ma Zhongyinga. Bolszewicy ścigali go
gdzieś tak przez pół drogi, a później odpuścili sobie tę pogoń i zawrócili do Dżungarii.
Generał rozpoczął budowę linii obrony przed przewidywaną nawałą z północy i zlecił te
prace (oraz walki z lokalnymi oddziałkami wrogów) generałowi Ma Hushanowi. Ten okazał
się bardzo zdolnym organizatorem i wodzem, stając się aż do 1937 faktycznym władcą Kaszgarii.
W tym momencie dochodzimy do niewyjaśnionej zagadki historii tamtego terenu. Oto generał
Ma Zhongying, zniechęcony brakiem wsparcia ze stron armii brytyjskiej (prosił o nią konsula
w Kaszgarze) ogłosił, że jego oddział przegrupowuje się do Chotanu (Hotanu), leżącego na
wschód od Kaszgaru. Wojsko wyruszyło, ale sam generał z nieznanych przyczyn pojechał w
przeciwnym kierunku, przekroczył granicę ze Związkiem Radzieckim i od tej chwili wszelki
ślad po nim zaginął. Dalsze informacje są raczej plotkami, niż rzetelnymi wiadomościami.
Najczęściej mówi się, że Ma został rozstrzelany w Rosji (już to prędzej, już to później;
już to w Azji, już to w Moskwie). Ktoś widział go ponoć kilka lat później w Tiencinie. Miał
podobno zawrzeć układ z bolszewikami, że jego wojsko będzie walczyć z Japończykami (do
czego nie doszło). Miał też podobno wstąpić do Armii Czerwonej jako doradca do spraw chińskich****).
Pod względem wojskowym sytuacja w Xinjiangu na kilka lat wyraźnie się uspokoiła. Jednak w
polityce wewnętrznej zachodziły wielkie zmiany. Ostatnie słowo w każdej sprawie miał konsul
radziecki (rozumiem, że Garagin A. Apresow). Po prowincji rozjechali się geolodzy rosyjscy
w celu ustalenia położenia różnych złóż (tam są ogromne pokłady niklu, wolframu, cyny, uranu,
ropy naftowej i wielu innych ważnych dla przemysłu kopalin). Rozpoczęto za pół darmo dostawy
tego, co wydobyto, do ZSRS. Żeby to ułatwić Rosjanie wybudowali drogę łączącą Urumqi ze
swoim terytorium. W Xinjiangu zbudowali fabrykę samolotów, które miały wzmocnić siły wojskowe
tej części Chin, która współpracowała z Moskwą*****). A gubernator Sheng zapragnął teraz
posiadać legitymację NKWDzisty, skoro został już był oficjalnym członkiem Komunistycznej
Partii Związku Radzieckiego w trakcie swojej wizyty (w sekrecie) w Moskwie w sierpniu 1938.
Tu jednak sprzeciwił się temu zamysłowi sam Stalin. Mówi się, że prowincja już tylko z
nazwy była chińska, a faktycznie stawała się coraz wyraźniej częścią ZSRS. Podobno Sheng
Shicai posunął się wówczas do wysłania wiernopoddańczego listu do Stalina, w którym
proponował przyłączenie Xinjiangu do państwa sowieckiego jako Sińdziańską Socjalistyczną
Republikę Radziecką z nim, generałem Shengiem, jako dożywotnim jej szefem (nie wiem, czy
jako pierwszym sekretarzem, czy też na jakimś innym stanowisku). Odpowiedzi ponoć nie doczekał.
W kwestiach narodowościowych nic się nie zmieniło. Generał Sheng nadal zwalczał resztki
ujgurskich powstańców, zaś na płaszczyźnie wartości ostatni z pozostałych przy życiu braci Bughra
oraz Masud Sabri (ujgurski członek grupy pan-tureckiej, zwolennik ugody z Kuomintangiem) odrzucali
z całą mocą nazwę "Ujgurzy" (bo uważali ją za narzuconą przez sowietów w Taszkencie), domagając
się, by ich naród nazywać "Turkami". W dodatku to nie było ich ostatnie słowo w polityce.
W 1935, już po odparciu wojsk muzułmańskich przybyłych z Gansu część wojsk bolszewickich
wycofano do Kazachstanu. Do Urumqi przyleciał wówczas szef Sowieckiego Banku Centralnego,
niejaki Aleksander Swanidze, który prywatnie był szwagrem Stalina. Badał on możliwości
ekonomicznego zaangażowania ZSRS w Xinjiangu oraz udzielił generałowi Shengowi pięcioletniej
pożyczki w wysokości pięciu milionów rubli w złocie. Gubernator nie widział żadnej potrzeby
konsultacji tego faktu z Centralnym Bankiem Chin.
W 1937 wybuchła wojna chińsko-japońska (to Japonia była agresorem), co jeszcze bardziej
skomplikowało i tak już nierozwiązywalną sytuację na Dalekim Wschodzie. W tym samym roku
wybuchło też kolejne powstanie muzułmańskie w Xinjiangu. Mniej więcej w tym samym czasie
gubernator Sheng, owładnięty duchem radzieckim, rozpoczął czystkę wśród swoich ludzi, starając
się osaczyć wszystkich trockistów, bo NKWDzista ma czyste serce i nie cofa się przed niczym,
co może przynieść dobro Ojczyźnie Światowego Proletariatu. W 1937 roku został rozstrzelany
generał Ma Shaowu - jako faszysta i trockista. Kryptotrockistą i japońskim szpiegiem okazał
się, zapewne ku swemu wielkiemu zdumieniu, Hadżi Nijaz. Po 1934 roku został on odsunięty
przez ludzi radzieckich od swoich oddziałów i praktycznie zamknięty w Urumqi jako bezsilny
statysta. Jego prośba o spotkanie ze Stalinem (gdzie chciał podobno zaproponować siebie
jako głowę autonomii ujgurskiej) została odrzucona. Jako trockista został uwięziony i
rozstrzelany w 1938 z polecenia Moskwy, choć mówi się także, że przesiedział za kratami
w Wulumuqi do 1943 roku i rozstrzelany został na polecenie Czang Kajszeka. Także dla niego
sympatia dla biedniaków okazała się zabójcza.
*) Pisałem już o nim tutaj.
**) Na mapach nie sposób odnaleźć takiej rzeki, bo po chińsku to Toutonhe (头屯河), czyli: Rzeka Touton.
***) Na skutek sporej migracji ludności i związanego z tym przemieszania genów kobiety z tamtych
stron były uważane za prawdziwe piękności. Zachowała się piosenka ludowa śpiewana przez
najwyraźniej niewysokich żołnierzy ujgurskich tamtych lat, sławiących piękno dziewczyny o
imieniu Qambarxan. Treść (w moim nieudolnym tłumaczeniu z angielskiego): "Ziemia Davanching
jest nieurodzajna, / ale arbuz jest słodki. / Moja ukochana jest w Davanching, / Qambarxan
jest tak słodka. / Włosy Qambarxan są tak długie, / że dotykają ziemi. / Proszę spytać
ukochaną Qambarxan, / czy chce męża. / Moje małe perły rozsypały się po ziemi. / Proszę,
pomóż mi je zebrać. / Chciałbym cię pocałować, ale nie mogę cię dosięgnąć. / Proszę, pochyl
głowę w dół. / Można jeździć konno, / wokół góry lodowe. / Dobra dusza jest torturowana / przez
złego człowieka. / Trudno [ją] ujrzeć, / choć nieważne, jak bardzo patrzę. / Separacja z
Qambarxan / jest bardzo trudna do zniesienia".
****) Wiemy już, że Rosja Radziecka starała się wówczas podporządkować sobie Xinjiang.
A na południe od Gansu znajdowała się duża armia komunistów chińskich. Myślicie, że to
byli ludzie Mao Zedonga? Otóż mylicie się całkowicie. Kiedy komuniści ruszyli w październiku
1934 roku w trwający rok Wielki Marsz z Jiangxi do Yenanu w prowincji Shaanxi (i tu, z
krótką przerwą, faktycznie dowodził Mao Zedong) napotkali po drodze drugą grupę komunistyczną
pod dowództwem Zhanga Guotao. Zhang domagał się, by Mao mu się podporządkował (jego grupa
była prawie trzy razy liczniejsza, niż grupa Mao). Ostatecznie każdy poszedł w swoją
stronę: Mao do Yenanu, a Zhang na zachód. Doradca Rosjan, były generał Ma Zhongying miał
rzekomo prowadzić rozmowy ze swoimi znajomymi i krewnymi z kliki Ma (rządzącej w Gansu),
by umożliwili przejście armii komunistów do Xinjiangu w celu wzmocnienia władzy radzieckiej.
Chyba to jednak bajki, bo militarystyczna rodzina Ma, rządząca w Gansu, zniszczyła wojsko
Zhanga Guotao i nikt z tej grupy nie dotarł do Xinjiangu. Okazało się, że Mao miał rację.
*****) A która współpracowała? Pytanie jest proste, ale odpowiedź dość skomplikowana. ZSRS
stale utrzymywał oficjalne stosunki z Kuomintangiem (czyli z Czang Kajszekiem), uznając jego
rząd za oficjalny rząd Chin (zresztą warto wspomnieć o tym, że Kuomintang został stworzony
na obraz i podobieństwo kadrowej partii bolszewickiej z poparciem i pomocą samych bolszewików
i dopiero po śmierci Sun Jatsena generalissimus Czang Kajszek dokonał znacznej wolty
światopoglądowej). Z drugiej strony Moskwa popierała Mao Zedonga (nie wierząc w jego
szczerość marksistowską, w czym akurat się nie pomyliła), wysyłając tam broń i agentów
Kominternu. Broń Rosja wysyłała do Kuomintangu, a także przynajmniej do jednego z
militarystów na północy (tak zwanego w literaturze anglojęzycznej 'warlorda') - Feng
Yuxianga, bo chciała, najwyraźniej, grać na wielu fortepianach, mając możliwość wyboru
w wypadku zupełnie nieprzewidzianych zwrotów akcji na Dalekim Wschodzie.
O tym, że zaczyna być widać nieuchronny koniec; 14.02.2015
W 1935 czterystu studentów ujgurskich uwierzyło w świetlaną przyszłość i pojechało uczyć
się u źródeł, czyli w Taszkencie. Kiedy jednak dwa lata później w Kaszgarii wybuchło
kolejne powstanie muzułmańskie studenci ci przekonali się boleśnie na własnej skórze,
że wiara w dobrą wolę Rosjan może w jednej chwili, bez żadnego ruchu ze strony studentów,
okazać się absolutnie bezpodstawna. Bo też wszyscy zostali aresztowani tej samej nocy i
przykładnie rozstrzelani bez sądu, bo przecież sprawa była jasna (jak wiadomo, z daleka
widać lepiej, a Kreml mylić się nie mógł). Moskwa na wszelki wypadek odwołała swoich
dyplomatów z prowincji, których także rozstrzelała (nie tylko Garegina A. Apresowa),
zapewne negatywnie oceniając ich pracę, skoro doszło do wybuchu niezadowolenia local people.
Stacjonujący w Kaszgarze generał Mahmut Muhiti (Mahmud Shi-chang) był w swoim czasie
ministrem obrony Pierwszej Republiki Wschodniego Turkiestanu, a teraz dowodził 6-tej
Dywizji Ujgurskiej, podległej gubernatorowi Shengowi. Kłopot był w tym, że generał
Muhiti nie cierpiał panoszenia się bolszewików i formował tajną grupę swoich zwolenników,
a gubernator Sheng nie dowierzał generałowi i zapragnął go wyeliminować. Poza tym obawiał
się, że Generał Muhiti dogada się i sprzymierzy z dungańskim generałem Ma Hushanem, które
stacjonował teraz w Chotanie (Hotan), a więc prawie po sąsiedzku. Na wszelki wypadek
postanowił zaprosić podejrzanego do Urumqi na obchody (12 kwietnia) czwartej rocznicy
obalenia gubernatora Jin Shurena. General Muhiti nie miał jednak najmniejszego zamiaru
tam jechać, bo czuł, że byłaby to jego ostatnia podróż w życiu. Dlatego powiadomił generała
Ma Hushana, że pragnie przybyć do Chotanu na ważkie rozmowy o przyszłości. W celu
uhonorowania tak ważnego gościa dungański generał odwołał do Chotanu oddziały pilnujące
przełęczy przez góry Karakorum w celu odbycia wielkiej parady na cześć honorowego gościa.
Na to tylko czekał generał Muhiti - z garstką ludzi i znacznym zapasem złota czmychnął
przez góry do Śrinagaru w Kaszmirze, a stamtąd do Indii. (Jego dalsze losy są nieciekawe.
Po pielgrzymce do Mekki udał się do Tokio, gdzie zadeklarował chęć walki u boku Japończyków
o wyzwolenie swojej ojczyzny. Brał udział w wojnie chińsko-japońskiej po stronie Japonii,
a jesienią 1945 w Xi Anie [to tam, gdzie później odkopano słynną terakotową armię
Pierwszego Cesarza] trafił go szlag na wieść o kapitulacji Japonii).
Właściwe powstanie rozpoczęli oficerowie generała Muhiti: Kichik Akhund oraz Abdul
Niyaz (nie mający nic wspólnego z Hodżą Nijazem). Ich grupa (około 1.500) ludzi zajęła
trzy małe miasta w Kaszgarii i zabiła tam ludzi o sympatiach sowieckich oraz tych doradców
bolszewików, którzy nie zdołali uciec na czas. Powstańcy napotkali od razu opór w łonie
6-tej Dywizji, gdzie część oficerów skończyła Akademię Wojskową w Taszkencie (wszystkie
drogi prowadzą tam do Taszkentu) i nie chciała słyszeć o jakichkolwiek działaniach przeciw
Ludziom Radzieckim. Przenieśli się więc do Aksu, a w tym czasie Kaszgar zajął bez strzału
generał Ma Hushan. Pomimo tego rebeliantom udało się pobić wojska gubernatora pod Karashar
(dzisiaj miasto Yanqi) w lipcu 1937. W sierpniu nadciągnęły siły radzieckie wzmocnione
Białymi Rosjanami, które pod Aksu rozbiły w puch muzułmańskich powstańców tak, że zaledwie
200 z nich przedostało się do z powrotem Kaszgaru.
Tymczasem gubernatorowi Shengowi udało się przekupić generała Ma Sheng-gui, dowódcę 2-giej
Brygady w armii generała Ma Hushana i ten zbuntował się i ruszył na oddziały swego byłego
dowódcy. Ma Hushan zaczął się wycofywać, a na początku września 1937 nerwy go zawiodły,
porzucił swoją armię i uciekł do Indii zabierając ze sobą "tysiące uncji złota". Ciekawie
zareagowali Brytyjczycy. Najpierw skrupulatnie zabrali z tej kupki to, co uważali za
spłatę zniszczeń w konsulacie w Kaszgarze (podczas upadku Pierwszej Republiki Wschodniego
Turkiestanu), a całą resztę odesłali... gubernatorowi Sheng Shicaiowi, bo Ordnung muss sein.
Generał Ma Hushan przez Kalkutę okrężną drogą morską znalazł się w 1938 z powrotem w Chinach,
gdzie przyłączył się do dungańskich wojsk walczących z Japończykami. Po powstaniu Chińskiej
Republiki Ludowej (1949) był jednym z przywódców Islamskiego Powstania prowadzonego według
pomysłu Kuomintangu przeciw chińskim komunistom. Został schwytany w 1954 roku i rozstrzelany
w Lanzhou, stolicy prowincji Gansu.
Można powiedzieć, że do 1942 roku w Xinjiangu jakby się uspokoiło. Wówczas, w obliczu groźby
upadku ZSRS pod uderzeniami Wehrmachtu, gubernator Sheng Shicai postanowił zmienić front i
pozbyć się nic niewartego bolszewickiego sojusznika z prowincji. Korzystając z tego, że bolszewicy
nie mieli dość siły, żeby zareagować militarnie, wydalił większość radzieckich doradców z prowincji,
a rodzimych komunistów aresztował i wykończył. Pośród nich najbardziej znanym był Mao Zemin
(brat Mao Zedonga). Gubernator nawiązał teraz bliższe stosunki z Kuomintangiem. Wszystko było
dobrze, kiedy sytuacja polityczna znowu się zmieniła i gubernator zapragnął stać się
bardziej niezależny, więc poczuł, że czas zmienić front. Był już na tyle oblatany w
dialektyce, że po zwycięstwie Armii Czerwonej pod Stalingradem jakby nigdy nic wezwał
Stalina do przysłania posiłków do Xinjiangu w celu udaremnienia wzmocnienia wpływów Kuomintangu,
który - w końcu - sam ostatnio forował. Co ciekawe, Stalin okazał się w dialektyce mniej
biegły (może dlatego, że tym razem miała służyć komuś innemu, a nie wielkoruskim pomysłom)
i małostkowo odrzucił tę prośbę. Co więcej, wykazał się swoim specyficznym humorem i wysłał
generalissimusowi Czang Kajszekowi list sprzed paru lat, w którym gubernator Sheng Shicai
prosi Stalina o przyłączenie prowincji do ZSRS. A może chodziło o ten ostatni list, w którym
Sheng domagał się "tylko" pomocy ZSRS przeciw Kuomintangowi? Tu nie do końca wiem, o który
list chodziło.
Gubernator stracił sen i cały czas kazał trzymać przed swoją rezydencją gotowe do strzału
karabiny maszynowe, bo nie był pewny dnia ani godziny. Wreszcie generalissimus Czang Kajszek
kazał mu opuścić Urumqi, przyjechać do Chongqingu i zostać w rządzie nacjonalistów Ministrem
do spraw Rolnictwa i Leśnictwa. Zdaje się, że w tym wszystkim przeważyło to, że w ostatecznym
rozrachunku bolszewicy zostali z Xinjiangu wyrzuceni, a to zadowalało Czang Kajszeka. Cóż było
robić? Były gubernator załadował swoje osobiste rzeczy na 50 ciężarówek i ruszył w drogę. Zmarł
w 1970 roku na Tajwanie.
Proszę jednak nie sądzić, że na tym można poprzestać. Dalej też są ciekawe zdarzenia. Dlaczego
Sven Hedin tyle jeździł po Azji centralnej, Persji i Chinach? I co to jest jardang,
który pan Hedin opisał jako pierwszy? Co nastąpiło po 1942 a przed zajęciem prowincji przez
komunistów Mao Zedonga w 1949 roku? Czy w opisywanych przeze mnie latach ktoś pamiętał jeszcze
wyczyny barona von Ungern-Sternberga w Mongolii? Jak wyglądała internacjonalistyczna pomoc
Moskwy dla Chin w latach czterdziestych? O czym nadawał w tamtych latach z Yenanu do Moskwy
towarzysz Piotr Władymirow (Sung Ping)? Czym skończyły się rządy kliki Ma w prowincji Gansu?
Jak wyglądały rozmowy Kuomintangu z bolszewikami na temat Xinjiangu? O co chodziło przy
powstaniu Drugiej Republiki Wschodniego Turkiestanu? Jak to się stało, że sprawny samolot
pełen postępowych działaczy ujgurskich, lecących na rozmowy do Pekinu rozbił się i nikt nie
przeżył katastrofy? Kto z dotychczasowych bohaterów zginął podczas wojny, kto uciekł do Indii,
a kto trafił ostatecznie na Tajwan? Dlaczego niektórzy muzułmańscy działacze ujgurscy chcieli
coś załatwiać nawet po wojnie na Tajwanie, a nie w Pekinie? Jak to się stało, że Mao Zedong,
któremu Moskwa nie wierzyła ani trochę, został w końcu jedyną nadzieją komunizmu w Chinach?
Dlaczego decyzje Kominternu w sprawie Chin okazały się całkowicie nietrafione? Czemu
generalissimus Czang Kajszek przegrał wojnę domową z komunistami pomimo sporej pomocy
amerykańskiej? Co specyficznego jest w marksizmie na sposób maoistowski? Czemu Xinjiang
nie stał się szczęśliwą częścią Kraju Rad? Dlaczego niektórzy muzułmanie walczyli z ChRL
aż do 1958 roku? Jak skończyli? Co teraz dzieje się w Kaszgarii i Dżungarii? Czy Ujgurzy
zaakceptowali władze chińskie? Jak wygląda chiński program kosmiczny (silnie związany
z Xinjiangiem)? Dlaczego policja w Szanghaju odwraca dzisiaj oczy, żeby przypadkiem nie
zobaczyć trójki Ujgurów stojących na głównej ulicy miasta nad otwartą walizką, w której
leży odcięta, pazurna łapa tygrysia (sam widziałem)?
Przyznacie, że pozostało trochę otwartych i dość zasadniczych pytań. Dlatego planowałem
mniej więcej drugie tyle tekstów, żeby temat wyczerpać. A jednak doszedłem do wniosku, że
spory wysiłek (bo wcale nie piszę tych tekstów od niechcenia, jedną ręką dłubiąc w nosie,
a drugą drapiąc się po spasionym tyłku) nie daje spodziewanego odzewu. Jak pewnie
zauważyliście na początku tego cyklu - zastanawiałem się, czy temat interesuje więcej
niż 3-4 osoby oprócz mnie. No i pomimo początkowego zgiełku oburzenia okazało się, że
moje obawy potwierdziły się. Kto nie wierzy, niech sprawdzi sobie wpisy pod kolejnymi
dziewięcioma tekstami. Ich ilość świadczy o znikomym zainteresowaniu. Jak łatwo się
domyślić - świat się z tego powodu nie zawali, a ja resztę opowiem mojej małżonce podczas
spaceru w lesie, czy nad morzem i też poczuję się spełniony, bo nikt nie potrafi słuchać
tak jak ona, zadając przy tym podstępnie trafne pytania, które często zmuszają mnie do
dodatkowych studiów, kiedy zapominam języka w gębie. Sądzę, że mało komu będzie brakować
wiadomości o tym, co działo się wiele lat temu wśród dzikich na drugim końcu świata - w
takim zakątku, że mało kto w ogóle wie, gdzie to jest. Ogłaszam zakończenie cyklu. Nawet
nie próbujcie mnie przekonywać. W końcu, cytując charakterystyczną złotą myśl Wielkiego
Sternika, wiadomo, że: "im więcej się czyta, tym się staje głupszym".
KONIEC CYKLU O XINJIANGU
O tym, że wyczerpały się złoża cyny; 15.02.2015
Jest w Chinach takie miasto, które nazywa się 无锡 Wuxi (czyta się: łusi, gdzie
"si" wymawia się jak w naszej "sikorze"). Miasto ma około 1,2 miliona mieszkańców,
a cała prefektura dobrze ponad cztery miliony. Ważne dla tego tekstu jest to, że kiedyś
nazywało się 有锡 Youxi. Kiedy trochę się poszuka w sieci, to łatwo się znajdzie, że
druga nazwa znaczy: "Mające cynę" (ewentualnie "Tam jest cyna"), bo były tam spore
kopalnie tego metalu. Niestety, już w czasach dynastii Han (206 p.n.e. - 220 n.e.)
złoża się wyczerpały do cna, więc praktyczni Chińczycy zmienili nazwę miasta na bardziej
adekwatną: "Nie mające cyny" ("Tam nie ma cyny"). Wuxi leży w prowincji Jiangsu,
czyli niedaleko Szanghaju, chociaż dla tej opowieści nie ma to żadnego znaczenia.
Kiedy wchodzi się w Chinach do toalety, a ta ma kabinę z drzwiami z zamkiem (co nie
musi wcale być oczywiste, bo równie dobrze wypróżniający się mogą się obserwować nawzajem
i prowadzić spokojne pogawędki oko w oko w pozycji przykucniętej) to po przekręceniu
blokady na zewnątrz pokażą się dwa znaki: 有人 "you ren", czyli dosłownie
"Mający człowieka" ("Tam jest człowiek").
Teraz nadszedł czas, by poddać dekryptażowi prawdziwego smoka, najeżonego kreskami:
无產 階級 (wuchan jieji). Uzbrojeni w wiedzę z poprzednich
akapitów możemy się słusznie domyślać, że to wyrażenie opisuje coś, czego nie ma, bo
na początku dumnie widnieje sylaba "wu". "Chan" czyta się "czan", podczas
gdy "jieji" - "dziedzi", chociaż równie spokojnie można spotkać się ze stwierdzeniem,
że "cieci" (wszystko miękko, jak w "goście" i "tamci"). Postanowiłem nie katować czytelników
drobiazgowym opisem tego, jak odnajduje się znaki w chińskim słowniku tylko podać od
razu gotowe rozwiązanie. "Chan" to "własność", a "jieji" to "klasa". Nie
taka w szkole, tylko grupa społeczna, pojęcie ukochane przez różnej maści marksistów.
No to składamy do kupy: "wuchan" to tyle, co "nie posiadająca własności", więc
całość, czyli "wuchan jieji" oznacza "klasę nie mającą własności". Zagadka tym
samym rozwiązana.
Zaraz, zaraz. Jak to: rozwiązana? A co to jest ta klasa niemająca własności? Nie
domyśliliście się jeszcze? Oczywiście, że to jest chińska nazwa "proletariatu". Bo
też terminologia jakiejkolwiek myśli wykutej poza Chinami musiała być w jakiś sposób
wprowadzona do chińskiego obszaru kultury słowa. Wobec tego problemu stawały już i
buddyzm i chrześcijaństwo, a w XIX wieku stanęli socjaliści i marksiści. Marksowski "proletariat"
był, w założeniu myśli europejskiej, grupą robotników fabrycznych żyjących w urągających
człowieczeństwu warunkach industrializacji. Zastosowany termin chiński ("klasa niemająca
własności") sugerował coś zupełnie innego: biedotę mogącą żyć zarówno w mieście, jak i
na wsi. Ponieważ w Chinach prawie wszyscy żyli na wsi, więc trudno się dziwić, że chińscy
marksiści "proletariatu" szukali na swoim podwórku w biednym "chłopstwie" wśród rolników
i bezrolnych. Tak samo kalkulował Mao Zedong, który uważał, że Chiny mają swoją specyfikę,
zaś różne głupki z Kominternu, które Chin na oczy nie widziały, nie powinny w Moskwie
mędrkować, tylko słuchać w tym względzie towarzyszy chińskich. Tymczasem ci towarzysze z
centrali upierali się, by stawiać na siłę proletariatu chińskiego, którego w tamtych
czasach trzeba było ze świecą szukać i który istniał jedynie w kilku największych,
zindustrializowanych miastach kraju. A później komuniści rosyjscy przecierali ze
zdumieniem oczy, nie rozumiejąc, jakże to towarzysze chińscy ośmielają się podnosić rękę
na marksistowskie święte świętych.
O tym, co może być potwarzą; 17.02.2015
Nazwisko Aleksander Głowacki czyta się u nas Bolesław Prus. A u Rosjan taki kamuflaż
to sprawa tak banalna, że najczęściej w ogóle o nim nie wspominają, zwłaszcza jeśli
zainteresowany przekraczał granicę swojej Ojczyzny Postępu i Pokoju, wysłany w Bardzo
Ważnych Sprawach Proletariatu. Bo weźmy takiego Piotra Parfionowicza Własowa, który
znany jest jako P.P. Władymirow. Od 1942 do 1945 przebywał w Chinach, a konkretnie w
mieście Yanan. Czyli tam, gdzie w 1935 roku, po znanym na całym świecie bohaterskim
Długim Marszu (październik 1934 - październik 1935, trasa o długości 12.000 kilometrów)
umościł sobie gniazdko Mao Zedong wraz ze swymi komunistami. Dla Chińczyków nazwisko
Władymirow też okazało się zbyt trudne do wymówienia, więc, zgodnie ze swoją logiką,
że wszystko, co chińskie, jest najlepsze, ochrzcili go Song Pingiem i tego się przez te
lata trzymali. Tak na marginesie - towarzysz Władymirow był w latach 1948-1951 Konsulem
Generalnym ZSRR w Szanghaju, a w 1952 roku został wyznaczony na stanowisko ambasadora w
Birmie, jednak nie zdołał go oficjalnie objąć, przedwcześnie umierając rok później jako
niestary jeszcze (48 lat) człowiek.
Swego czasu pojechałem z rodziną z Szanghaju na krótki odpoczynek do znajomej Francuzicy,
która mieszkała wówczas w Hong Kongu. Ona właściwie mieszkała nie w centrum, ale pod Hong
Kongiem, na południu wyspy, więc było jasne, że będziemy musieli wziąć taksówkę. Dlatego,
nauczony już życia na Dalekim Wschodzie, spędziłem sporo czasu, żeby nauczyć się pisania
adresu na pamięć i móc go skopiować w dowolnym momencie (raptem dwa znaki; prawda, że
mogłem mieć ten napis gotowy na kartce, ale wtedy miałem rozdętą godność i wiarę we
własne zdolności). Okazało się, że miałem całkowitą rację. Po wtarabanieniu się do
samochodu skonstatowaliśmy, że kierowca nie mówi po angielsku. Nic to! Zacząłem powtarzać
adres: Sze Ko, patrz mi na usta: Sze Ko! Krótkie spojrzenie w zbaraniałe
oczy taksówkarza uświadomiło mi, że muszę mieć złą wymowę. Pokazałem na migi, że
chciałbym to samo zapisać, na co kierowca podał mi, z pewnym ociąganiem, kartkę i długopis.
On zwyczajnie nie wierzył, żebym potrafił napisać cokolwiek zrozumiałego (że też akurat
jemu musiał się trafić cholerny dziki jako pasażer). Skupiłem się i wykaligrafowałem
wyuczone na pamięć dwa znaki najładniej, jak tylko potrafiłem. Kierowca podejrzliwie
wziął ode mnie kartkę, rzucił okiem i rozpromienił się. Aaa! - zawołał - Szek O!
I pojechaliśmy.
Bo też właściwe rozdzielenie sylab (oprócz chyba sześciu tonów) jest tam sprawą zasadniczą
dla zrozumiałości wypowiedzi. Tak więc nie sze-ko, tylko szek-o. Ten sam
problem tkwi w Yananie. Najpierw trzeba podkreślić, że pierwsze "a" czyta się jak "e".
Nie pytajcie dlaczego, bo to nie kurs wymowy języka chińskiego zapisanego alfabetem
pomocniczym (Song też czyta się "sung" i dobrze). Teraz czas na popastwienie
się nad popularnym u nas imieniem Janusz. Jak byście podzielili je na sylaby? Zapewne
Ja-nusz. No to spróbujcie małej rewolucji i wymówcie to Jan-usz. I taki sam podział
jest w Yananie, bo nazwę tego miasta wymawia się "Jen-an", co często jest podkreślone
w zapisie: Yan'an.
Starsi może pamiętają takiego radzieckiego sztangistę wagi ciężkiej, który nazywał
się Jurij Piotrowicz Własow. Kiedy został pokonany przez kolejne odkrycie tamtejszego
sportu, Leonida Iwanowicza Żabotynskiego (który, według współczesnych kryteriów, okazuje
się być Ukraińcem), zajął się pisaniem książek. To spod jego pióra wyszła pozycja
przypisywana teoretycznie jego ojcu, bo na podstawie zapisków z pobytu w Yan'anie.
Można jednak wątpić, żeby człowiek siedzący tam, gdzie już wrony zawracały, odcięty
od reszty świata i pilnie donoszący Kominternowi na Mao Zedonga rzeczywiście zapisywał
sobie tak kunsztowne oceny sytuacji politycznej ze szczególnym uwzględnieniem poglądów
swojej radzieckiej władzy oraz czynników kominternowskich. Nawet w rosyjskojęzycznej
sieci łatwo natknąć się na opinie, że książka powstała na wyraźne zamówienie Kremla
w chwili pogorszenia się stosunków sowiecko-chińskich, a autorowi (synowi wysłannika
do Chin) udostępniono także inne archiwa, z których czerpał całymi garściami. Nie można
bowiem zaprzeczyć, że te opracowane przez syna wspomnienia to jeden ciąg oskarżeń wobec
Mao Zedonga, któremu autor zarzuca zły stosunek do tak zwanej grupy moskiewskiej (a
w szczególności do byłego już, nasłanego z Moskwy I sekretarza KPCh, Wang Minga),
wodzowskie skłonności, interesowność polityczną, podstępność objawiającą się w
powątpiewaniu w ostateczność słów Józefa W. Stalina i nieznajomość prawdziwego marksizmu,
którego krynica biła dla autora w Moskwie. Dlatego nie jestem pewien, czy można poważnie
traktować wszystkie informacje zawarte w tej książce. Pamiętnik [?] został wydany po polsku:
Piotr Władymirow, Dziennik z rejonu specjalnego Chin z lat 1942-1945, KiW, Warszawa 1977.
A gdyby ktoś chciał zapoznać się z nim w oryginale, to propaganda bolszewicka jest łatwo
dostępna w sieci i wystarczy kliknąć tutaj, chociaż sam bym odradzał.
Po tym krótkim wstępie mogę przejść do tematu zasadniczego. Oto Władymirow-Własow wspomina
zupełnie od niechcenia o tym, że dowiedział się ponoć od naocznych świadków - uczestników
tego chińskiego treku, jakoby podczas Długiego Marszu tylko szeregowi komuniści pokonywali
trasę na własnych nogach. Tymczasem kadra miała być niesiona w lektykach, spokojnie
przysypiając (bo nocami na postojach oddawała się pasjami ważkim dyskusjom ideologicznym
i politycznym). No i ciekaw jestem niezmiernie, czy to prawda, czy też Rosjanie, nie
lubiąc już Mao Zedonga postanowili przypiąć w ten sposób jego postaci łatkę sybaryty.