|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #5); 21.04.2015
Skoro już wiemy, jak wygląda organizm Chińczyka i że mu tam cały czas cyrkuluje
qi, aż trzeszczy w potrójnym podgrzewaczu, to teraz pewnie ze spokojem
przyjmiemy, że leczenie na Dalekim Wschodzie wcale nie jest proste. Bogactwo szkół
medycznych (chciałem powiedzieć: ich mnogość, a nie wartość wyposażenia) może
przyprawić o zawrót głowy, ale niech sobie przyprawia osoby zdrowe, kiedy dla
chorego taka sytuacja staje się powodem do zmartwienia i konieczności nagłego wyboru.
Zacznijmy od tego, że liczebność narodu od zawsze sugerowała, że problem jednostki
(choć pewnie nawet najważniejszy dla niej samej) jest, w skali ogólnej, zupełną
błahostką. Po prostu od samego początku państwowości wśród rządzących dominowało
domniemanie, że ludu jest niczym gwiazd na niebie, niczym piasku na pustyni, którego
nigdy nie zabraknie, więc zupełnie nie trzeba się nim przejmować. Dlatego też sprawy
medyczne od zawsze pozostawały problemem społeczeństwa, a nie władzy. Mówiąc wprost:
przez tysiąclecia z zapałem działano według okrutnej prawdy, że jeśli kogoś stać było
na opłacenie usług lekarza, to tym lepiej dla niego. A jeśli nie - cóż, każdy musi
kiedyś umrzeć. Nie powinno więc dziwić, że naród chiński był dość zdrowy, bo wszystko,
co było słabsze, umierało w dzieciństwie niczym jętki nad stawem. Poza tym - nawet w
czasach najnowszych nikt nie kontrolował urodzin, więc w wyłącznej gestii rodziny
była decyzja, które dzieci będą mogły żyć, a które się usunie, choćby się nawet
narodziły. (Znacznie ode mnie starsza koleżanka, która urodziła się przed drugą
wojną w Chinach [konkretnie w Shandongu] opowiadała mi straszne historie o tym, jak
to rankiem otwierało się w jej domu wrota na ulicę, a tam właśnie czmychały psy
trzymające w pyskach trupy noworodków płci żeńskiej, których to noworodków rodzice
nie chcieli, więc je zaraz po urodzeniu wystawiali poza chałupę).
Tak, czy inaczej - do rzeczy, bo już czas. Kiedy powstały Chiny Ludowe, do nowych
władz dotarło prędko istnienie dwóch ważkich problemów (oczywiście obok drugich
problemów, tyle że z innej półki). Pierwszym była niewydolność, a właściwie brak
systemu opieki medycznej. Drugim zaś pytanie, czy należy podjąć jakieś kroki dążące
do regulacji urodzin, a to ze strachu, czy rozwijające się Chiny, i tak najludniejszy
kraj na świecie, zdołają zapewnić rozwój przy niekontrolowanym wzroście populacji.
Brak lekarzy był istotnym hamulcem rozwoju systemu opieki. O ile w mieście to jeszcze
jakoś tam działało, o tyle na wsi miał miejsce istny horror, bo stan zdrowia wieśniaków
pozostawiał wiele do życzenia, a zajmowali się nimi co najwyżej znachorzy, którzy tylu
ludziom pomagali, ilu zaszkodzili.
Spróbujmy po amatorsku policzyć potrzeby. Dzisiaj w Unii Europejskiej przypada
podobno średnio 3,4 lekarza na 10.000 mieszkańców (na samym dole drabiny jest Polska
ze wskaźnikiem 2,2, a na czubku... Grecja, osiągająca ponad 6). Oczywiście Unia to
nie Chiny, a dzisiaj to nie 60 lat temu. Dlatego całkowicie arbitralnie przyjmuję,
że niezłym wskaźnikiem dla Chin z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku byłaby jedna
trzecia tego, co dzisiaj w Europie (czyli 0,33*3,4 = 1,12 lekarza na 10.000 osób).
Mówiłem już, że wtedy Chiny liczyły około 500 milionów ludzi, a zaledwie 15%
mieszkało w miastach. Czyli, że wieśniaków było gdzieś tak 0,85*500 = 425 milionów.
A więc to założone przeze mnie całkowicie minimalne zapotrzebowanie na lekarzy
(tylko dla potrzeb wsi!) wynosiło 425.000.000*1,12/10.000, czyli 47.685 osób. No
i powiedzcie, jak tu rzucić natychmiast na rynek czterdzieści osiem tysięcy lekarzy,
jeśli wykształcenie jednego trwa 5-6 lat, a nabranie doświadczenia też kilka lat,
nie mówiąc o późniejszych specjalizacjach. A pielęgniarki? Toż ich też musiało brakować,
tak lekko licząc, ze sto tysięcy na początek. Tymczasem wieś miała produkować dla
rozwoju komunizmu, bijąc kolejne rekordy wydajności. Zaś znojna praca wymagała silnych,
zdrowych ludzi. Znaczyło to tyle, że stan zdrowia wieśniaków stawał się powoli
problemem władzy. Problemem, przed którym nie było już ucieczki. Tym bardziej, że
dokonując eksperymentów na żywym organizmie władza zarówno nadszarpnęła swój autorytet
podczas Wielkiego Skoku, jak też zauważyła w końcu, że o wieś trzeba dbać w swoim
własnym interesie. Dość długo odkładano problem lekarzy wiejskich, a gdy wreszcie
ogłoszono rozwiązanie, okazało się ono bardzo specyficzne.
Właściwie można sądzić, że doszedł tu do głosu chiński pragmatyzm, nieco nawet
dziwiący w czasach, gdy organizowano jedną schizofreniczną kampanię za drugą. Skoro
nie można mieć lekarzy natychmiast, więc trzeba znaleźć jakiś ich ersatz. Wieś
ucieszy się nawet z felczera, czy pielęgniarki, bo ich obecność poprawi statystykę
opieki medycznej o setki procent, skoro porównywać się będzie do liczb bliskich zeru.
Tymczasem wszystko wygląda na to, że była to kolejna decyzja polityczna, ściśle
związana z frakcyjnymi walkami o władzę w łonie najwyższego kierownictwa partii.
Przypominam, że Przewodniczący gardził ludźmi wykształconymi i uważał, że kilka
miesięcy przyuczania do zawodu też na początek wystarczy aż nadto. Wreszcie - trzeba
zwrócić uwagę na to, w jakim czasie zajęto się w końcu podnoszeniem poziomu
zdrowotności wsi. Pierwsze jaskółki na ten temat pokazały się dopiero po przemówieniu
Mao Zedonga w 1965 roku (czyli szesnaście lat po powstaniu ChRL), zaś akcja ruszyła
na dobre dopiero w 1968 roku, czyli w czasie, kiedy w miastach szalała w najlepsze
Rewolucja Kulturalna. Ogłoszono wówczas powstanie tak zwanego "Systemu medycznego
kooperatyw wiejskich", który zakładał finansowy udział komun wiejskich w organizowaniu
miejscowej służby zdrowia. Wydaje się, że taka myśl mogła powstać tylko wówczas,
kiedy ministerstwa były już albo rozgonione, albo opanowane przez hunwejbinów, a
dotychczasowe władze ministerialne (i pracownicy ministerstw), będące pod wpływem
zachodniego podejścia do kształcenia lekarzy w najlepszym razie składały co chwilę
samokrytykę przed czerwonymi gówniarzami, a w nieco gorszym reedukowały się przez
pracę fizyczną na wsi, ciesząc się, że wciąż żyją rozwożąc obornik.
W ten sposób doszedłem w końcu do celu całego tego cyklu (jedenastu tekstów o
najnowszej historii Chin i czterech poprzednich, wprowadzających w zagadnienia medyczne).
Ten nowy system wyprodukował bowiem tak zwanych bosonogich lekarzy, którzy z założenia
mieli praktykować na wsi. "Praktykować" to może jednak zbyt wielkie słowa, co stanie
się bardziej zrozumiałym, gdy przejdę do opisu szkolenia, wyposażenia i, last but not
least, uposażenia bosonogich lekarzy. Co najgorsze, nie chce mi się już zbytnio
rozwijać tego tematu, więc obiecuję solennie, że go możliwie prędko zakończę.
O narzeczonej z Birmingham; 22.04.2015
W Wilnie, na ulicy Wielka Pohulanka, pod 16 mieszkał przed wojną niejaki pan Piekielny.
A w Birmingham można spotkać narzeczoną, o ile tylko jest się Chińczykiem. I nie jest
to żart, tylko smutna konstatacja. Wpadł mi bowiem w ręce 570 numer gazety "Chinese
Business Gazette, European edition" z 14 lutego 2014 roku (przyznaję, że trochę
to trwało, ale lepiej późno, niż wcale - zresztą rok i dwa miesiące to tempo ciągle
jeszcze nie najgorsze). Gazeta jest wydawana w Londynie i przeznaczona, jak sama
nazwa wskazuje, dla Chińczyków przebywających w Europie.
Statystyki, które wpadły mi także w ręce twierdzą, że w 2010 roku w samym Londynie
przebywało około 30.000 prostytutek, z których mniej więcej 9.000 to kobiety ze
wschodniej Europy, a ponad 6.000 - z Chin. Ta ostatnia liczba jest zastanawiająca,
zważywszy odległość z Azji do Wlk. Brytanii. No i gazeta ułatwia chińskiemu
businessmanowi znalezienie kobiety. Z tym, że wcale nie wprost, bo to zapewne byłoby
łamanie prawa. Nie, jej łamy oferują bogate informacje, wielce przydatne, jeśli
tylko zmęczony przebywaniem w Zjednoczonym Królestwie wędrowiec zapragnie
profesjonalnego masażu. Masaż - to słowo przykrywka ma wszędzie określone konotacje
i wiele wyjaśnia, bez konieczności oglądania się na Zjednoczone Królestwo, czy nawet
Chińczyków w Europie. W tym miejscu wszystko staje się jasne i obrzydliwe, bo podobno
większość z tych kobiet wpada nieuchronnie w ręce sutenerów i ich praca, nawet
jeżeli decydowały się świadomie na prostytucję (co ponoć też wcale nie jest regułą),
zaczyna przypominać niewolnictwo. Na stronie 10 tejże gazety można zatem znaleźć
pełno ogłoszeń, które są małymi arcydziełami chińskiej hipokryzji wykorzystującej
europejską niezdolność do podejmowania zdecydowanych działań. Może zresztą ten
business jest tak świetny, że zawsze zdoła się opłacić stróżom prawa?
Pracodawcy są tak oszczędni, że nie ogłaszają żadnych reklam swoich salonów masaży,
a jedynie zamieszczają ogłoszenia o naborze do pracy. Wygląda to, na przykład,
tak: 位于伯明翰, ... Street 火車步行一分鐘,
高級公寓,舒適溫馨,
青春靚女,服務一流。華人客源穩定,收入高,
長期招聘聘按摩小姐。全/兼職均可。
W wolnym tłumaczeniu (mój chiński jest gorszy niż zły i zawsze muszę posiłkować się
tłumaczem) oznacza to, że: [W Birmingham, na ulicy..., minuta drogi od dworca,
luksusowe apartamenty, przytulnie, młode piękności, obsługa najwyższej klasy.
Stabilna [praca] z chińskimi turystami, wysokie dochody, długoterminowe zatrudnienie,
zatrudnimy masażystkę. Możliwa praca na cały etat / część etatu. Dzwonić pod ...].
Może jestem zbyt podejrzliwy, a moja starzejąca się wyobraźnia podsuwa mi pochopnie
obrazy wyuzdania, które wcale nie ma miejsca? Może i tak. Jednak zastanawiające jest
zdjęcie dołączone do tego ogłoszenia. To młoda, atrakcyjna Azjatka w bardzo wydekoltowanej
sukni, której ramiączka są opuszczone i dziewczyna musi przytrzymywać ją na biuście,
żeby się nie obnażyć. A całość jakby w jakimś barze, a nie sali do masażu. Przyznacie,
że jak na dziewczynę ograniczającą się do samego masażu dość szczególne.
Dopisane 23.04.2015. Nie dawało mi spokoju zdjęcie, którym okraszone było to ogłoszenie.
Wreszcie skorzystałem z usługi googla pozwalającej na wyszukiwanie obrazem. I co się
okazało? Że to pani Mikie Hara, japońska aktorka modego pokolenia, chętnie odsłaniająca
swe ciało (znana z hasła: "No Mikie, no life"). A jej popularność na Dalekim Wschodzie
nie może budzić żadnych zastrzeżeń. Właściciele salonu masażu chcieli, żeby kojarzył
się on gościom z japońską aktorką. Ciekawe, czy mieli z nią podpisaną jakąś umowę.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #6); 24.04.2015
Zacznijmy od podsumowania tematu: bosonodzy lekarze byli, przynajmniej na początku
swojej kariery, nieukami, ale od kilku tysięcy lat byli pierwszym dowodem na to, że
władza zainteresowała się zdrowiem chłopów. Wywodzili się zwykle ze wsi (nie wiem,
jak ich rekrutowano - czy można było się dobrowolnie samemu zgłosić, czy to raczej
komuna typowała, kogo wysłać do miasta po naukę). Wysyłano ich do szpitala powiatowego,
gdzie przechodzili trening w ciągu kilku miesięcy, a w najlepszym (dla chorych) razie
przez 1,5 roku. Podkreślam, że najczęściej w chwili przybycia do szpitala nie mieli
zielonego pojęcia o medycynie, czy choćby biologii. Nauka w szpitalu powiatowym
koncentrowała się na najprostszych przypadkach obrażeń, typowych chorobach regionu
oraz sposobach prewencji przeciw epidemiom. Dużą wagę przywiązywano też do krzewienia
higieny oraz znajomości antykoncepcji. Uczono posługiwania się najtańszymi narzędziami
medycznymi, więc nic dziwnego, że nacisk kładziono na akupunkturę i zielarstwo.
Po zakończeniu kursu bosonodzy lekarze trafiali na wieś. Skąd taka dziwna nazwa?
Chodziło o podlizanie się wsi, która była uboga i podejrzliwa. A na samym południu
Chin chłop często szedł pracować w polu (czyli na zalanym wodą ryżowisku) boso i
z taką pracą u podstaw mieli się ci niedouczeni "lekarze" kojarzyć.
Na wieś trafiali także prawdziwi lekarze. Jako wykształceni w pełnym cyklu wieloletniej
nauki specjaliści stawali się politycznie podejrzani i władza uznawała, że powinni
reedukować się poprzez powrót do korzeni, czyli przez pracę w spartańskich warunkach
chińskiej wiochy. Ich przymusowy pobyt trwał najczęściej od 6 do 12 miesięcy.
Podczas takiego zesłania mieli zajmować się chorobami chłopów oraz douczać swoich
bosonogich kolegów.
Ci ostatni byli, praktycznie rzecz biorąc, zawieszeni w próżni. Niby byli lekarzami,
więc ludźmi wykształconymi (jakie czasy, takie wykształcenie), ale ich wynagrodzenie
płaciły komuny wiejskie (obciążano tym chłopów, potrącając im od 0,5 do 2% ich
rocznego dochodu). W dodatku ich pobory obliczano według stawek przewidzianych dla
chłopów, co w najlepszym przypadku dawało połowę tego, co dostawał prawdziwy lekarz.
A po to, żeby chłop uważał bosonogiego lekarza za swojego człowieka, to ów "lekarz"
miał też obowiązek fizycznej pracy w polu lub przy gnojowicy przez 50% swego czasu.
Takie chińskie dwa w jednym. Kiedy nikt się na nic nie skarżył, bosonogi lekarz
zasuwał w polu, jak każdy. A kiedy ktoś poczuł się źle, wówczas bosonogi lekarz
szedł z nim do chałupy, badał, starał się postawić diagnozę i leczył wedle sił.
Zwykle wyposażony był w najbardziej podstawowe leki typu zachodniego oraz, równolegle,
typu chińskiego (to skutek sugestii samego Przewodniczącego, żeby starać się łączyć
dwie różne szkoły leczenia). Zioła, jak już wspomniałem, załatwiał sobie sam - albo
zbierał w okolicy, albo hodował pod oknem. Akupunktura i przyżeganie były potężnym
narzędziem, w dodatku dobrze postrzeganym przez chłopstwo, któremu było to familiarne.
Kończąc kurs zawodowy każdy z bosonogich lekarzy otrzymywał na nową drogę życia
specjalny poradnik, istną biblię lekarza - wielostronicowy "Podręcznik medycyny".
Ta książka miała mu pomagać w trudniejszych przypadkach. Gdy taki wioskowy lekarz uznał
że ktoś jest poważnie chory - odwożono pacjenta do dalekiego miasta powiatowego; w
prostszych sprawach miał sobie radzić sam.
Władza z dumą twierdziła, że ten system działa i że obsługuje ponad 90% wszystkich
komun ludowych w kraju. W późniejszych czasach, kiedy wróciła jaka taka normalność,
jedna piąta z tych bosonogich lekarzy zapisała się na dodatkowe studia i, wykorzystując
zdobyte na chłopach doświadczenie, uzupełniła wiedzę teoretyczną, zostając regularnymi,
dyplomowanymi lekarzami pełną gębą. W 1981 roku rozwiązano komuny wiejskie, co
spowodowało koniec opłacania bosonogich lekarzy. Dano im do wyboru: podejście do
egzaminu zawodowego (jeśli się go zdało, można było tytułować się lekarzem wiejskim i
leczyć tam ludzi za pieniądze), albo zostać pomocą medyczną przy jakimś ośrodku lub
innym wiejskim lekarzu. Jeśli egzaminu się nie zdało, to wówczas pozostawała tylko
droga pomocnika lekarza. Dzisiaj ponoć ponad 65% lekarzy wiejskich wywodzi się z
bosonogich lekarzy.
Pomimo wszystkich moich kąśliwych uwag trudno zaprzeczyć, że wieś chińska doznała
istnienia służby medycznej (choćby i marnej) po raz pierwszy od początku świata.
Światowa Organizacja Zdrowia przyglądała się bacznie temu pomysłowi i doceniła rolę
bosonogich lekarzy jako "uwieńczonego sukcesem przykładu poradzenia sobie z niedoborem
kadr medycznych na obszarach wiejskich" oraz jako dowodu na to, że niewielkim
nakładem można doprowadzić do uwolnienia biednych krajów od niektórych trapiących je
chorób. Kraje trzeciego świata rozpoczęły prace nad dostosowywaniem tego pomysłu do
swoich potrzeb. Nieco później pojawiła się także idea organizowania pomocy prawnej
dla najbiedniejszych poprzez bosonogich prawników, która to nazwa niewątpliwie była
inspirowana wiejskimi lekarzami w Chinach. To już jednak zupełnie inna historia.
============================================
A teraz, jako ciekawostkę chciałbym pokazać z grubsza treść tego sławetnego
"Podręcznika bosonogich lekarzy". Jest on, jak prawie wszystko w dzisiejszych
czasach, obecny w sieci w tłumaczeniu (z 1974) na angielski [chwilowe kłopoty
zostały wyeliminowane dzięki radzie Tetryka; dziękuję], a dokładnie rzecz biorąc
są to skany tłumaczenia i publikacji przez John E. Fogarty International Center
for Advanced Study in the Health Sciences, National Institute of Health, Bethesda,
MD 20205, USA (kopie papierowe kosztują ponoć jedne dziewięć dolarów; na stronie
widnieje informacja, że jest to tłumaczenie z podręcznika z ChRL z roku 1970. A
kupić na własność można sobie spokojnie tu: Meta Publications, Marblemount, WA
98267, USA. Rozumiem, że cena mogła się przez lata zmienić i z pewnością nie
zawiera kosztów przesyłki).
Podręcznik liczy sobie razem 972 strony (z tego 957 to tłumaczenie chińskiego
oryginału, a reszta to amerykańskie dodatki). Podział treści jest następujący
(cyfry na początku to numery stron), w nawiasach kwadratowych podałem, o czym
mniej więcej dany rozdział mówi:
- 1-4 (4 strony; 0,4% całości): Uwagi do tłumaczenia angielskiego
- 5-7 (3 strony; 0,3% całości): Spis treści
- 8-9 (2 strony; 0,2% całości): Przedmowa do wydania amerykańskiego
- 10-12 (3 strony; 0,3% całości) : Amerykańskie uwagi do oznaczania przyrządów
do akupunktury
- 13-15 (3 strony; 0,3% całości): Amerykańskie uwagi dotyczące przygotowania podręcznika
- 16-48 (33 strony; 3,4% całości): Rozdział I - Zrozumienie ciała człowieka
- 49-63 (15 stron; 1,5% całości): Rozdział II - Higiena [Opisuje takie
zagadnienia, jak: zabezpieczanie źródeł wody, dezynfekcja wody pitnej, urządzenie i
dezynfekcja kloak, higiena żywności, zabezpieczenia przed zakażeniami w pracy (głównie
na wsi), zabezpieczenie przed zarazami i chorobami zakaźnymi, zwalczanie: much, komarów,
szczurów, wszy, pcheł, pluskiew, koników polnych, ślimaków, wołków zbożowych, higiena
ciała i odzieży.]
- 64-89 (26 stron; 2,7% całości): Rozdział III - Wprowadzenie do technik
diagnostycznych
- 90-185 (96 stron; 9,9% całości): Rozdział IV - Techniki terapeutyczne
[Opisuje takie zagadnienia, jak: leczenie ziołami, leczenie ludowe, masaż ze
wskazaniem charakterystycznych punktów na ciele, przyżeganie, akupunktura ze wskazaniem
charakterystycznych punktów na ciele, akupunktura płatka ucha (wpływ na inne organy
ciała), badanie temperatury, pulsu i oddychania, pomiar ciśnienia krwi, kompresy,
testy alergiczne, techniki iniekcji, anestezja, zmiana opatrunków, karmienie przez nos,
płukanie żołądka, enemy, cewnikowanie, sztuczne oddychanie, dezynfekcja i sterylizacja
narzędzi, szczepienia, ale też takie mało terapeutyczne zabiegi jak wazektomia
(strona 171).]
- 186-192 (7 stron; 0,7% całości): Rozdział V - Planowanie i kontrola
urodzin [Opisuje takie zagadnienia, jak: jak w nazwie, przyjmowanie porodu.]
- 193-564 (372 strony; 38,3% całości): Rozdział VI - Diagnozowanie i
leczenie najczęściej spotykanych chorób [Podaje imponującą listę wielu chorób
występujących w Chinach wraz z objawami, sposobem leczenia (zioła, akupunktura,
przyżeganie, rzadziej medycyna zachodnia). Wśród tych popularnych chorób są też
takie dla nas nieco egzotyczne (ukąszenie węży) ale też podano sposoby zwalczania
parazytów, czy postępowania w przypadkach dyslokacji, choć spraw czysto chirurgicznych
było tam raczej niewiele. Jako ciekawostkę dla pań mogę dodać, że podano także (strona 434)
receptę na cellulitis.]
- 565-972 (408 stron; 42,0% całości): Rozdział VII - Rośliny medycyny
chińskiej [Razem 522 rośliny, z podaniem ich rysunku, opisu, działania i listy
chorób, na które działają.]
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #7); 26.04.2015
W poprzednim odcinku można było zaznajomić się z zarysem "Podręcznika bosonogich
lekarzy". Teraz pora na zaprezentowanie choć części tego, co ów podręcznik oferował.
I tu zaczynają się moje obawy natury etycznej i prawnej. Nie chciałbym bowiem naruszyć
jakichś praw autora, tłumacza na angielski, czy wreszcie wydawnictwa. Dlatego
zdecydowałem się na pokazanie jedynie kilku cytatów, które razem nie stanowią
nawet 1 promila całego dzieła, więc, mam nadzieję, nie czyni mnie to przestępcą,
a przeciwnie - propagatorem tego wydania.
Obawy, że rodaczki zaczną masowo rzucać się na przytoczone recepty na dalekowschodnie
środki antykoncepcyjne lub nawet, horribile dictu, środki na całkowitą i permanentną
sterylizację odrzucam z założenia, bo niewiele z przepisanych roślin jest u nas
dostępnych, większość nazw jest i tak po łacinie, a w ostateczności użyteczność tych
dekoktów jest poddawana w wątpliwość przez sam Podręcznik (gdyby było inaczej Chiny
nie byłyby krajem o przeraźliwie wysokim wskaźniku aborcji).
No to teraz można już z czystym sumieniem cytować Rozdział V, który nosi tytuł zawsze
ciekawiący ludzi: Kontrola i planowanie urodzin. No i nie mylisz się, czytelniku,
w swych domysłach - także w Chinach najpopularniejszym środkiem antykoncepcyjnym
jest prezerwatywa. Podręcznik opisuje jej użycie dość dokładnie: "Środek antykoncepcyjny
używany przez mężczyzn. Jest łatwy w użyciu; notuje się dobre rezultaty. Wybór rodzaju
zależy od wymiaru wzbudzonego penisa. Przed stosunkiem seksualnym prezerwatywa powinna
zostać nadmuchana w celu wykrycia nieszczelności. Następnie powietrze z czubka
prezerwatywy powinno zostać usunięte przed założeniem jej na penis. Po wytrysku,
a przed tym, gdy penis stanie się całkowicie wiotki, prezerwatywa powinna zostać
usunięta przez pociągnięcie za otwarty koniec w celu zapobiegnięcia pozostania w
pochwie. Po użyciu należy prezerwatywę umyć i wyczyścić. Wysuszyć i sprawdzić, czy
nie popękała. Poprószyć talkiem, zwinąć i odłożyć w celu kolejnego użycia". Widzę
nawet oczyma wyobraźni parę kochanków w gaju bambusowym, nadmuchujących kontrolnie
prezerwatywy, zanim przejdą do czynności zasadniczych. I jak muszą sobie pluć w brodę
ci leniwcy, którzy nie poprószyli swojego sprzętu talkiem we właściwym czasie, a
teraz, widząc tego rezultaty, niedoszła partnerka odpycha ich ze zgorszeniem, jako
takich, co to nie wiedzą, co i jak.
Na pociechę mężczyzn można powiedzieć, że dbałość o antykoncepcję nie jest w Chinach
jedynie ich domeną. "Podręcznik" podaje bowiem cztery preparaty ziołowe dla kobiet.
Po zażyciu można nie obawiać się widma macierzyństwa odpowiednio przez: 3 lata,
8 miesięcy, 1 rok i znowu przez 1 rok. Składniki są dostępne na wyciągniecie dłoni,
ale jedynie w Chinach. Padają takie nazwy, jak: Coniogramme japonica,
Dysosma aurantico-caulis, czy Paris polyphylla (ta ostatnia roślina
występuje w kilku receptach). Na szczęście są też i przyjemniejsze składniki:
daktyle, wino, cukier brązowy, przez co nie gorzknieje się całkowicie przygotowując
do bezkarnej miłości.
Stronę dalej wkraczamy w obszar trudniejszych wyborów, bo "Podręcznik" podaje tu
cztery recepty na środki powodujące całkowitą i nieodwracalną sterylizację kobiety.
Jeden z nich wymaga kopania pod palmą daktylową oraz szlachtowania wieprza (Wziąć
świeże korzenie palmy daktylowej, 3-5 liangów oraz pół jina jelita grubego wieprza.
Najpierw zagotować korzenie palmy daktylowej w wodzie. Doprowadzić do wrzenia. Po
20 minutach dodać jelito grube wieprza. Kontynuować gotowanie do zmięknięcia
składników, później usunąć korzenie i doprawić do smaku niewielką ilością cukru
lub soli. Zjeść jelito grube wieprza i popić sokiem roślinnym za jednym razem tuż
po zakończeniu okresu). Inny jest dostosowany do potrzeb kobiet, które lubią poczuć
smak wina na języku (Wziąć: Alangium chinese, 2 liangi (3 liangi, jeśli korzeń jest
cienki); Rhododendron molle, 1 liang (usunąć korzenie); nierozcieńczone słodkie
wino, 1/2 jina. Umyć dobrze dwa zioła i wrzucić je do naczynia z winem. Przykryć
szczelnie i gotować w parowarze przez 4 godziny. Przecedzić. Wypić sok. Rozpocząć
reżim około 45 dnia po urodzeniu lub jeden dzień przed końcem okresu. Można jednak
przyjmować także w innym czasie. Dawkować po 1-2 łyżki stołowe dziennie przed spaniem
przez 7 dni).
Żeby jednak wiedzieć, o czym się czyta, trzeba było najpierw zapoznać się z chińskim
systemem miar i wag. To nadrabiamy to teraz, bo nigdy ponoć nie jest za późno na naukę.
Niektóre chińskie jednostki masy i długości to:
1 jin (斤) = 0,5 kg (1 jin to 16 liangów albo 160 qian) [jin czyta się "dzin"]
1 liang (两) = 31,25 g (1 liang to 1/16 jina albo 10 qianów)
1 qian (錢) = 3,125 g (1 qian to była 1/10 lianga) [qian czyta się "cien"]
Ale uwaga: w Chinach przez długie wieki płacono srebrem licząc je w taelach, czyli
na wagę. Trzeba zatem zapamiętać, że Tael = Liang. Żeby było tajemniczo, jak to
zwyczajnie na Dalekim Wschodzie, i absolutnie nieprzewidywalnie - trzeba pamiętać,
że przez wieki wartość lianga zmieniała się, przyjmując skrajne wartości od 14 do
nawet 42 gramów. W tej książce [to jest w tłumaczeniu Podręcznika bosonogich lekarzy]
przyjęto ją jako 31,25 g, czyli według tak zwanego "taela rynkowego" 市两,
stosowanego w XX wieku. Żeby było trudniej istniał wówczas także "tael celny"
海關, który był równowartością 37,8 g. Czytając o czasach historycznych
lepiej zawsze sprawdzić, na ile też sobie wówczas ustawiono jin, czy liang w gramach,
bo można się paskudnie oszukać, skoro były to wielkości zmienne podczas różnych stuleci.
Dalej "Podręcznik" opisuje stosowanie zwykłych tabletek z progesteronem, ale darujcie,
to już medycyna typu zachodniego, więc nie będę jej tu propagować. A opisuje je, bo
przed preparatami ziołowymi (nawet tymi na całkowitą sterylizację kobiet) umieszczono
w nim wymowne ostrzeżenia: "efektywne tylko do pewnego stopnia". No i z zastanawiającą
łatwością zachęcano bosonogich lekarzy na kartach "Podręcznika" do brania skalpela
we własne ręce w celu "sterylizacji uzyskanej na drodze technik chirurgicznych[, które]
nie mają wpływu na zdrowie i możliwości pracy tych osób, które poddadzą się operacji".
Podkreślano ojcowsko fakt równouprawnienia płci, mówiąc, że taka operacja: "dotyczy
zarówno mężczyzn jak i kobiet". No i precyzowano wreszcie, o co właściwie chodzi:
"W szczególności wazektomia przeprowadzona w przypadku mężczyzn jest prostą techniką,
która powinna być szerzej promowana".
Jeszcze dalej "Podręcznik" przechodzi do skutków utrzymywania stosunków seksualnych
i opisuje ze szczegółami fazy porodu, doradzając, w jaki sposób go przyjąć, jak pomóc
położnicy, jak dbać o czystość i sterylność. To bardzo ważny aspekt dla młodych
wieśniaczek, bo komplikacje związane z porodami były przez wieki najważniejszymi
przyczynami zgonów kobiet pozbawionych fachowej opieki medycznej.
W pierwszej chwili dziwi, że "Podręcznik" nie mówi nic o aborcjach, jednak po
chwili zastanowienia dochodzi się do wniosku, że tu akurat wieśniaczki posiadały
od wieków wystarczającą wiedzę i potrafiły same usuwać niechciane ciąże, a jeśli
to się z jakichś przyczyn nie udawało, to przychodnie przeprowadzały aborcje nawet
w 8 miesiącu ciąży i przecież nikogo nie dziwiło, że niechciany noworodek, skoro
już musiał się urodzić, nie przeżył na tym najlepszym ze światów nawet pięciu minut,
gdyż okazywał się być słabego zdrowia.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #8); 27.04.2015
Pisałem już wcześniej, że jedną z kwestii ważnych dla rozwoju Chin była myśl o
hamowaniu przyrostu naturalnego. To prawda, jednak ta myśl przebijała się do świadomości
władz dość powoli, a zaczęła się urzeczywistniać dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych
ubiegłego wieku. Do tego czasu było inaczej, a właściwie zupełnie odwrotnie. Oto Wielki
Sternik miał wizje Wielkiego Narodu, a Wielki Naród musi być liczny. Dlatego kwestia
regulacji urodzin nie była priorytetowa aż do śmierci Mao. Można nawet powiedzieć, że
wręcz przeciwnie - oczekiwano licznych rodzin. Dopiero w latach siedemdziesiątych
rozpoczęto kampanie sugerujące późniejszy wiek zawierania małżeństw oraz ograniczenie
liczby dzieci do dwojga.
Niech przemówi sucha statystyka zmian zachodzących w narodzie chińskim w latach
1949-1976. Jeżeli liczba ludności w 1949 roku wynosiła (około) 500 milionów, to w
1976 już 940 milionów. Liczba urodzin w tym okresie zmieniła się odpowiednio z 37
do 20 na 1000 mieszkańców. Śmiertelność niemowląt zaś spadła z 227 do 53 na 1000
urodzin. Średnia długość życia w chwili utworzenia ChRL wynosiła nieprawdopodobne
35 lat, a w roku zgonu przewodniczącego już 66 lat. No i niech ktoś powie, że ludowi
w czasach rządów Mao Zedonga się nie poprawiło! No przecież poprawiło się i to jeszcze
jak! To czemu tak krytykowałem w jedenastu odcinkach najnowszej historii Chin politykę
Mao Zedonga? Wróćcie zatem do tamtych wpisów i przeczytajcie je jeszcze raz. Nauka
podkreśla zawsze, że nie zajmuje się gdybaniem. Ale spróbujcie usiąść wygodnie w fotelu
i zastanowić się spokojnie, gdzie mogłyby być Chiny, gdyby szaleńcza polityka wczesnych
lat komunistycznych rządów nie zmarnotrawiła wysiłku, zapału, a często i fizycznego bytu
ludzi. Popuśćcie cugli fantazji i wyobraźcie sobie, że nie było "straconych 20 lat",
że w tym czasie Chiny rozwijały się ustawicznie, rosły w siłę, potęgę i dobrobyt. Że
wielkie przemiany Deng Xiaopinga rozpoczynały się z zupełnie innego, o wiele wyższego
poziomu. No i czy w ogóle byłyby potrzebne jakieś rewolucyjne przemiany Deng Xiaopinga?
Wszystko zaczęło się, jak zwykle, od teoretyków. Może miał rację Wielki Sternik
nienawidząc intelektualistów międlących bzdurne rozważania, które nikogo nie powinny
obchodzić? Kłania się tu Maltus oraz analizy Klubu Rzymskiego wieszczące kłopoty
związane z wyczerpywaniem się zasobów przy nieustannym wzroście ludności Ziemi. No
i w 1978 roku do Europy pojechał z wizytą wysoki aparatczyk partyjny związany z
programem budowy rakiet kosmicznych, niejaki Song Jiang (nie miał nic wspólnego z
wodzem ułaskawionych buntowników z powieści "Opowieści znad brzegów rzeki"), który
zapoznał się tam z "Granicami wzrostu" (Limits to growth) - czyli z raportem Klubu
Rzymskiego. Pozwolę sobie zacytować za wikipedią: "Twórcy pracy analizowali pięć
wskaźników: produkcję przemysłową per capita, populację, żywność per capita,
nieodnawialne zasoby naturalne i zanieczyszczenie środowiska. Na podstawie tych
parametrów i matematycznego modelu świata o nazwie World3 wygenerowali 3 scenariusze
rozwoju gospodarczego (standardowy, stabilny i z pełnym wykorzystaniem technologii)
i doszli do wniosku, że jeśli obecne trendy wzrostowe światowej populacji,
industrializacji, zanieczyszczenia, produkcji żywności i zużycia zasobów zostaną
utrzymane to w ciągu najbliższych stu lat osiągnięte zostaną granice wzrostu tej
planety. Najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie raczej gwałtowny i niekontrolowany
spadek zarówno liczebności populacji jak i produkcji przemysłowej". Koncepcje
stworzone przez Klub Rzymski mają wpływ i na nas, bo to one leżą u podstaw idei
zrównoważonego rozwoju.
Song Jiang po powrocie do domu mógł sobie, z racji swojej pozycji, pozwolić na
stworzenie grupy matematyków, którzy opracowali własny, chiński program do naukowego
oszacowania prognoz wzrostu Chin. I tak jak w starym kawale, nie przyszło im do głowy,
żeby najpierw rzecz całą sprawdzić na myszach. Z obliczeń wyszło im, że najbardziej
optymalną liczbą ludności dla Kraju Środka jest 700 milionów (a liczebność narodu
oscylowała wówczas około jednego miliarda). Bonzowie partyjni trochę się zdziwili,
ale pamiętajmy, że większość z nich prezentowała komunizm typu sowieckiego, który
charakteryzował się czołobitnym podejściem do "naukowości". No i dlatego, pomimo
pewnych wątpliwości, byli ostatecznie "za". W 1979 ogłoszono w Pekinie nową
politykę planowania rodziny. Jej sztandarowym warunkiem było posiadanie przez
rodziny tylko jednego potomka. W szczegółach było trochę inaczej, ale może o nich
następnym razem. Wybiegnę teraz kilka lat naprzód - najciekawszym jest to, czym
się ten naukowy pomysł inżynierii społecznej zakończył. Spójrzcie może na
tę mapkę.
Pokazuje ona regiony Chin, w których ilość urodzonych w 2010 roku chłopców jest
wyraźnie wyższa od ilości dziewczynek (dokładnie rzecz biorąc pokazuje liczbę chłopców
na 100 dziewczynek). Im bardziej czerwono, tym większa szansa, że ukochany potomek
nie znajdzie sobie partnerki, będzie musiał płacić za usługi w burdelach, albo,
zgodnie ze śmieszącą mnie teorią uwiedzenia, stanie się ofiarą pederastów i sam
zasili ich szeregi. Sami spójrzcie: w niektórych okręgach na 3 chłopców przypadają
2 dziewczynki! Może to być także sugestia dla kolejnych rządów ze strony świętej
statystyki, że spory nadmiar młodych mężczyzn jest i tak na stracenie, więc można
sobie pozwolić na wojnę, bo strata nawet kilku milionów młodych żołnierzy niewiele
zmieni w kwestiach społecznych na gorsze, a wręcz przeciwnie - być może - rozładuje
niepokoje.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #9); 28.04.2015
Ponieważ:
1. nie chce mi się już pisać na ten temat;
2. w całym cyklu (11 plus 8 tekstów; razem 19) ślad pozostawiało średnio niecałych
sześciu czytelników; prawda, że wnikliwych,
więc rzeczą absolutnie oczywistą jest to, że był to niewypał, upieranie się przy
nagłaśnianiu czegoś, czego w zasadzie prawie nikt nie oczekiwał. Dlatego ten odcinek
jest ostatni i zamyka definitywnie całość. A ponieważ trochę jeszcze by wypadało
dopowiedzieć, żeby temat rzeczywiście zamknąć, dlatego proponuję tej nielicznej
garstce zainteresowanych zajrzeć tutaj i tym sposobem ogarną wszystko, czego nie
napisałem (sprawą do zbadania i sprawdzenia jest zawarte tam stwierdzenie, jakoby
politykę jednego dziecka szczególnie restrykcyjnie stosowano wobec mniejszości
narodowych, podczas gdy oficjalna propaganda twierdzi coś wręcz odwrotnego - że
wobec tych właśnie mniejszości zasada jednego dziecka nigdy nie obowiązywała). I
to już koniec. Amen.
O pisarzu, który został członkiem KPCh; 01.05.2015
Urodził się jeszcze za cesarstwa w niezłej rodzinie, która później zubożała. Odebrał
był niezłe wykształcenie, chociaż szkoły kilkukrotnie zmieniał. Był, na przykład,
w Szkole Marynarki, ale kiedy skonstatował, że musiałby także służyć pod pokładem
przy maszynie, to wówczas zrezygnował z takiej drogi kariery, gdyż uważał ją za
hańbiącą. Miał ciągoty antycesarskie, liberalne i socjalistyczne; nieco później dał
się poznać jako aktywny działacz socjalistów. W trakcie nauki zapoznawał się z
literaturą i filozofią zachodu.
Po ukończeniu szkół chińskich wyjechał na studia do Japonii (wówczas wielu Chińczyków
z dobrych rodzin tam studiowało, podglądając, jak wygląda państwo azjatyckie, które
przeszło transformację na styl zachodni). Wkrótce rodzina wezwała go do domu pod
marnym pretekstem (matce ubrdało się, że syn przywiezie sobie zza morza japońską
żonę) i zaaranżowała małżeństwo z kobietą, która go mało obchodziła i nie dorastała
mu intelektualnie do pięt. Wkrótce po ślubie zostawił ją w Chinach, a sam wrócił do
Japonii. Przyznać mu trzeba, że do końca dbał o nią, posyłając pieniądze, chociaż
nie podjął wspólnego życia.
Wkrótce do Japonii przyjechali do niego dwaj młodsi bracia, aby też tam pić z
krynicy wiedzy. I podczas gdy starszy syn, podejrzewany o to, że nie powstrzyma
żądz i wróci z japońską babą jakoś tego nie zrobił, tak obaj młodsi synowie właśnie
to uczynili - obydwaj przywieźli ze sobą do Chin japońskie małżonki. Ich starszy
brat pogłębiał tymczasem wiedzę o zachodniej myśli. Brał nawet lekcje rosyjskiego.
Pisał też do socjalizujących gazet.
Po powrocie do kraju był nauczycielem, później pracował najpierw w ministerstwie
oświaty, a wreszcie został wykładowcą akademickim. Stawał się znaną i wyrazistą
postacią. Kiedy bracia z żonami wrócili z Japonii i wszyscy zamieszkali razem,
wówczas rychło wybuchł skandal. Matka i jeden z braci wyprowadzili się ostentacyjnie.
Nasz bohater miał podobno utrzymywać stosunki seksualne z bratową. A może robił to
już w Japonii, tylko sprawa wyszła na jaw dopiero teraz?
W latach dwudziestych XX wieku napisał pierwszą w Chinach powieść przy użyciu języka
potocznego. Był to ewenement na skalę całych Chin, bo dotychczas wszystkie dzieła
i cała twórczość była pisana w języku klasycznym, którego zwykły człowiek niewiele
rozumiał. Publikował pod pseudonimem, który przyjął od nazwiska matki. Do końca
życia nosił spore wąsy - pewnie wstydził się swojego wyglądu, bo w wypadku rikszowym
wybił sobie przednie zęby.
Z jedną ze studentek nawiązał romans, który przerodził się w stały związek (był w
nim aż do śmierci, chociaż bez formalnego ślubu). Często zmieniał miejsce pobytu i
wykładał na różnych uczelniach. Nie wiadomo dokładnie, w którym roku to się zaczęło,
ale stał się alkoholikiem około trzydziestki. Dużo pisał (ponad trzydzieści książek
i około 700 esejów) i jest ogólnie uznanym i poważanym twórcą okresu nowoczesnych
Chin, największym chińskim pisarzem XX wieku. Był wierny swoim ideałom. Kiedy był
wykładowcą na Uniwersytecie Sun Yatsena w Kantonie (Guangzhou), doszło tam do
czystek, a nawet zabijania studentów o poglądach komunistycznych - w geście protestu
zrezygnował ze stanowiska i wyjechał do najbardziej w całych Chinach lewicowego
Szanghaju. Założył tam chińską Ligę Pisarzy Lewicowych i został jej honorowym prezesem.
Zajmował się także intensywnie tłumaczeniami. Zmarł w Szanghaju w wieku 55 lat,
wycieńczony gruźlicą. Pozostawił po sobie jednego syna (z kochanką, a nie z żoną).
Mając zdecydowanie lewicowe poglądy przejawiał sympatie dla ruchu komunistycznego
(wysyłał do Mao Zedonga telegramy z poparciem adresowane do Yan'anu), ale nigdy
się do Komunistycznej Partii Chin nie zapisał. To dopiero po przejęciu władzy w
1949 roku Mao Zedong postanowił, żeby przyjąć pisarza do partii pośmiertnie (chociaż
jednocześnie otwarcie dyskredytował zbyt inteligencki styl pisarza). Tak też uczyniono.
To dowód na samodyscyplinę KPCh. Mogli, w końcu, przyjąć pośmiertnie w swe szeregi
także Karola Marksa i Fryderyka Engelsa (a także walczącego z burżuazją rzymską
Jezusa Chrystusa), a jednak tego nie zrobili. I jakże tu partii odmówić mądrości?
O przekleństwach chińskich; 04.05.2015
Tutaj, przyznaję, nie jestem zbyt mocny, o co mogę mieć pretensje jedynie do domu
rodzinnego. Pewnie dlatego z takim zainteresowaniem sprawdzam, co można znaleźć w
sieci, zwłaszcza w obcych językach - żeby nie uśmiechać się głupio, kiedy tambylec
będzie nam ubliżać. Na tej stronie można nauczyć się ponad pięćdziesięciu inwektyw
po chińsku, co uważam za bardzo dobry pomysł. Za parę lat przy podróżach do Moskwy,
Astrachania czy Archangielska będzie jak znalazł. Oto przykładowy zwrot:
咒你祖宗十八代、子孙三十八代
(Zhou ni zuzong shíba dai, zisun sanshíba dai)
- Przeklinam twoich przodków na 18 pokoleń, a twoich potomków na 38.
Jeżeli przyjąć, że pokolenie liczy się jako około 30 lat, to ta klątwa działa 540
lat wstecz i 1.140 naprzód, razem w przedziale tysiąca sześciuset osiemdziesięciu
lat. Czyli, gdyby użyć jej teraz, to od roku 1475 aż po rok 3155! Z rozmachem, nie ma co.
O armii ludowej wkraczającej w tanecznym pas de deux; 21.05.2015
Gdy spotkali się ona miała 23 lata, a on 44. Ona miała już za sobą dwa nieudane
małżeństwa, nieformalny związek z trzecim mężczyzną (plotki mówiły o o wiele
większej liczbie mężczyzn), kilka prób samobójczych oraz kilka ról filmowych.
On pokonał niedawno konkurentów do dowodzenia dużą grupą ludzi; ludzi, którzy
wierzyli w zupełnie nową ideologię. Ona przyjechała do wygwizdowa, w którym on
zbierał siły do rozprawy z wrogami. On organizował tam tę właśnie siłę, która
miała w niedługim czasie zmienić historię świata. Ona musiała go czymś zadziwić
i doprawdy ciekawe czym. On rozwiódł się dla niej z trzecią żoną - tą samą, którą
pojął w 1930 roku, nie mając jeszcze rozwodu z drugą małżonką (z tą wziął z kolei
ślub w 1920). Jego towarzysze byli oburzeni zarówno niestosowną różnicą wieku,
jak i tym, że dla niej on rozwodzi się z kobietą, która dzieliła z nim wielkie
niebezpieczeństwa i dała mu kilkoro dzieci. Wymogli, że ona zostanie wprawdzie
jego czwartą żoną, skoro taka jest jego wola, ale za to ona przez trzydzieści
lat nie będzie się mieszać do spraw partyjnych i państwowych. Było to w Yan'an
w Chinach w roku 1937. Ona to Jiang Qing (urodzona jako Li Shumeng [李淑蒙], znana
następnie jako Li Lanping [李蓝苹], które to imię było jednocześnie jej artystycznym
pseudonimem; Lan Ping [蓝苹] znaczy "Błękitne Jabłko"), zaś on
to Mao Zedong. Ona przeżyła go o 15 lat i jako 77-letnia starsza pani powiesiła
się w szpitalu, do którego zwolniono ją z więzienia.
Kiedy ona była jeszcze osobą wpływową dużo energii poświęcała kulturze. Powiedzieć
trzeba, że dość swoiście pojmowanej. W trakcie rewolucji kulturalnej rozpoczęła
intensywną działalność w sferze kultury, będąc główną agitatorką włączenia do
tradycyjnej opery pekińskiej i baletu treści rewolucyjnych. Zapraszam tedy do
prawdziwej uczty kulturalnego rewolucjonisty, czy może rewolucyjnego człowieka
kulturalnego. Można obejrzeć kilka minut z epokowego dzieła ówczesnych Chin, czyli
śpiewogry (?) "Wschód jest czerwony". Tu kilka słów wyjaśnienia. Najpierw po
bezsennej nocy jakiemuś wieśniakowi o wschodzie objawiły się w latach czterdziestych
zeszłego wieku słowa pieśni sławiącej Wielkiego Sternika. Stała się tak popularna,
że używano jej zamiennie z hymnem państwowym. To była pieśń "Wschód jest czerwony"
[Wschód jest czerwony, wschodzi słońce, W Chinach urodził się Mao Zedong. On planuje
szczęście ludu, Hurra, On jest wielką gwiazdą zbawienia ludu. Przewodniczący Mao
kocha lud, On jest naszym przewodnikiem. Ku budowie nowych Chin, Hurra, On prowadzi
nas naprzód. Partia komunistyczna jest jak słońce, Tam, gdzie dociera, przynosi
światło. Tam, gdzie się pojawi Partia Komunistyczna, Hurra, tam lud zostaje
wyzwolony.] Ze dwadzieścia lat później Jiang Qing doprowadziła do wystawienia
opery z elementami baletu; czy może odwrotnie - baletu z elementami opery, grunt,
że pod tym samym chwytliwym tytułem. W sieci jest wiele odnośników do dzieł okresu
rewolucji kulturalnej i każdy może sobie sam coś znaleźć. Proponuję jeden z
nich - "Wschód jest czerwony" (Dong Feng Hong [东方红]) dla zabieganych, bo to
jedynie krótki urywek (5:21).
Sugeruję doczekanie do końca, bo są tam ciekawe ujęcia: uciekające elementy klasowo
obce oraz chorąży czyniący przewroty w powietrzu, który nawet w takiej sytuacji nie
wypuszcza sztandaru z rąk.
O jedynej kochance prawdziwego ideowca; 23.05.2015
Był październik roku 1926. W Kantonie [Guangzhou] miał miejsce ślub, którego
świadkiem była żona Zhou Enlaia, tego samego, który został później premierem Chin.
Panną młodą była Zeng Xueming [曾雪明] zaś oblubieńcem człowiek, którego przybrane
imię powinno dawać wszystkim do myślenia: Nguyen Ai Quoc [Nguyen Patriota]. Ona
miała 21 lat i pochodziła z katolickiej rodziny, a on był sporo od niej starszym
obieżyświatem i wietnamskim komunistą.
Ona wyrastała w ciężkich warunkach, co wynikało z tego, że jej ojciec łączył
twórczo dwie różne postawy: był jednocześnie katolikiem i tradycyjnym Chińczykiem,
co pozwoliło mu utrzymywać konkubiny (albo przynajmniej jedną konkubinę). Dlatego
gdy tatko przeniósł się do katolickiego raju, wówczas konkubinę wraz z dziesięcioletnim
dzieckiem pogoniono z domu. Kobiety znalazły się w trudnej sytuacji, ale jakoś tam
sobie radziły, a dorastająca panna Zeng zaprzyjaźniła się z żoną wietnamskiego
emigranta, który był komunistą. Skończyła szkołę akuszerek i mogła samodzielnie
wchodzić w dorosłe życie. No i wówczas, obracając się w środowisku Wietnamczyków
poznała pana Nguyena, który musiał ją oczarować, bo prędko zgodziła się zostać jego
żoną. Jego droga do ślubu w Kantonie była o wiele bardziej skomplikowana.
W chwili ślubu pan Nguyen miał już 36 lat i był poszukiwany przez francuskie
służby specjalne. Urodził się w północnym Wietnamie jako trzeci syn bardzo wysoko
wykształconego (w starym konfucjańskim stylu) człowieka, który kontestował władzę
kolonizatorów francuskich i z wyboru został mało znaczącym lekarzem medycyny
tradycyjnej. Nasz pan młody przyszedł na świat jako Nguyen Sinh Cung. Gdy nauczył
się chińskiego i pobrał pierwsze nauki pod okiem ojca, ten zdecydował azjatycką
manierą, że syn winien zmienić w wieku 10 lat imię i od tej chwili nazywać się
Nguyen Tat Thanh [Nguyen Utalentowany]. Później było już tylko gorzej - zmiany
nazwiska weszły młodemu człowiekowi w krew, bo nie mógł wytrzymać kilku lat, żeby
nie wymyślić czegoś nowego.
Nguyen Utalentowany poszedł do francuskiego liceum w mieście Hue i podobno zaangażował
się (sierpień 1908) w strajk miejscowego chłopstwa przeciw pańszczyźnie (corvée),
co daje ciekawy obraz kolonializmu francuskiego. Nawet jeśli nie brał udziału w
tym strajku, to i tak postanowił wtedy wyruszyć w świat. Najpierw przez pół roku
był nauczycielem w szkole niedaleko Sajgonu, później zajmował się nie wiadomo czym
w samym Sajgonie, a wreszcie zaciągnął się na francuski statek, na którym był
pomocnikiem kucharza. Miał już 21 lat i przybrał wówczas łatwe do wymówienia
nazwisko Van Ba. Pomiędzy rokiem 1911 a 1919 Van Ba podróżował po świecie jako
członek załóg statków, osiedlając się czasowo w różnych krajach. Najpierw dwa
lata przebywał w Nowym Jorku, a później ponad pięć w Londynie. Trzymał się jednego
fachu - był albo pomocnikiem kucharza albo cukiernikiem. W latach 1919-1924 (on
sam twierdził, że od 1917) mieszkał we Francji, gdzie zbliżył się do imigrantów
wietnamskich o bardzo lewicowych poglądach. Należał do tzw. "piątki smoków", czyli
do grupy, która przewodziła tamtejszemu ruchowi wietnamskiemu. To wtedy zmienił
nazwisko na Nguyen O Phap [Nguyen Antyfrancuski], ale kumple przekonali go, że
to zbyt natrętne, więc zdecydował, że od tej chwili podpisuje się Nguyen Ai Quoc
[Nguyen Patriota].
Nguyen Patriota zwrócił się do prezydenta U.S.A., premiera Francji i premiera
Wlk. Brytanii, żeby w trakcie rozmów o pokoju wersalskim, kończącym Pierwszą
wojnę światową, poruszyć także prawo Wietnamu do niepodległości. Ten apel
przeminął bez echa, co zradykalizowało kręgi wietnamskich imigrantów, a sam
Nguyen Patriota zaczął być rozpoznawany jako symbol oporu wobec kolonialnej
władzy Paryża. Napisał wówczas dzieło o antykolonialnym wydźwięku oraz (podobno
całkiem niezłą) sztukę o znaczącym tytule "Bambusowy smok". Ponoć związał się
w tym czasie z paryską krawcową, choć tu pojawiają się znaki zapytania, a jego
oficjalny życiorys pomija te kwestie milczeniem. Śmiesznym wydaje się to, że to
właśnie on, wietnamski imigrant, swoim listem do władz francuskich zwrócił uwagę
na zaśmiecanie francuskiego przez anglicyzmy, na skutek czego państwo zabroniło
oficjalnie używania takich łże-słów jak: le manager, le round oraz le knock-out.
Nguyen Patriota wstąpił wkrótce do francuskiej sekcji Kominternu i był wśród członków
założycieli Komunistycznej Partii Francji. Jako wysłannik francuskiej sekcji
Kominternu pojechał do matecznika Kominternu - Moskwy, gdzie uznano, że może
zostać komunistycznym wysłannikiem na Daleki Wschód, by tworzyć antykolonialną
bazę wśród Wietnamczyków w Kantonie. Najpierw jednak przez rok studiował w moskiewskim
Komunistycznym Uniwersytecie Pracujących Wschodu, żeby podciągnąć się na odpowiedni
poziom w teorii marksistowskiej (dwa lata wyżej studiował tam Chińczyk, który nazywał
się Deng Xiaoping). Nguyen Patriota dotarł pod koniec 1924 roku do Kantonu statkiem
z Władywostoku (tym razem jako pasażer). Zaczął udawać obywatela Chin o nazwisku Li
Shui (po wietnamsku Ly Thui), który był tłumaczem wysłannika Kominternu i
jednocześnie dilera sowieckiej broni, niejakiego Michała Borodina. W Kantonie
organizował kursy kształcenia młodzieży wietnamskiej i dawał też wykłady o komunizmie
Wietnamczykom studiującym w Akademii Wojskowej w Whampoa (Zhou Enlai był tam w tym
czasie szefem wydziału politycznego). W trakcie pobytu rychło spotkał Zeng Xueming,
która, jeśli wierzyć zdjęciu, była ładną młodą kobietą.
Byli ponoć małżeństwem od października 1926 roku do kwietnia 1927. Sumienny
niezależny biograf zanotował, że Nguyen Patriota powiedział ponoć swoim z lekka
zdziwionym i oponującym współpracownikom w Kantonie, że "potrzebuje kobiety, żeby
prowadziła mu dom i szlifowała jego chiński". Para zamieszkała w rezydencji Borodina.
Podobno Ly Thui cieszył się bardzo, kiedy okazało się, że jego żona jest w ciąży. Tu
jednak wkroczyła do akcji jego teściowa, która (pamiętając zapewne swoje ciężkie losy
konkubiny i niezbyt, widać, dowierzając wietnamskiemu przybłędzie) przekonała córkę
do przeprowadzenia aborcji. Tymczasem w 1927 roku generał Chang Kaishek [Jiang Jieshi]
dokonał antykomunistycznego przewrotu, przez co Kanton przestał być bezpiecznym
miejscem dla Ly Thui. Wietnamczyk uciekł więc do Moskwy, która wysłała go na kurację
(miał gruźlicę) na Krym. Następnie przez Paryż, Bangkok i Indie trafił znowu po kilku
latach do Szanghaju. W tym czasie słał jeszcze swojej chińskiej żonie bardzo poruszające
listy napisane elegancką kaligrafią, w których zapewniał ją o swoim oddaniu. W 1931
roku miał doprowadzić do zjednoczenia w Hong Kongu dwóch organizacji wietnamskich w
jedną Komunistyczną Partię Wietnamu. Został jednak aresztowany przez Brytyjczyków. Zeng
Xueming widziała go podobno po raz ostatni w trakcie procesu sądowego, sama pozostając
nierozpoznana. Niedługo później, gdy Francja domagała się wydania antyfrancuskiego
rewolucjonisty, Brytyjczycy ogłosili, że umarł w więzieniu, a jego samego cichaczem
wypuścili, by nadal mącił we francuskiej wodzie. Zeng Xueming mogła więc uważać, że
jest wdową.
Ku swojemu zdziwieniu ujrzała jego zdjęcie w gazecie w 1950. Był już wówczas
prezydentem Demokratycznej Republiki Wietnamu i nazywał się tym razem Ho Chi Minh
[胡志明], czyli "Ho, Który Został Oświecony". Napisała więc do ambasady
Północnego Wietnamu w Pekinie, ale nie uzyskała nigdy odpowiedzi. Spróbowała raz
jeszcze cztery lata później, jednak z tym samym skutkiem. Jedyną reakcją była
uprzejma prośba przedstawiciela rządu chińskiego, który poprosił ją, by nie
podejmowała już więcej takich prób kontaktu z byłym mężem, w zamian proponując
pomoc w sprawach bytowych. Zmarła w Kantonie w 1991 roku w wieku 86 lat. "Wujaszek Ho"
nie żył już wówczas od 22 lat. Oficjalna wietnamska biografia Ho Oświeconego
kategorycznie zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek chińskiej żony w jego życiu. Nie
było ani jej, ani żadnej innej kobiety, gdyż on sam tak bardzo poświęcił się
komunizmowi, że jego jedyną kochanką była rewolucja, a on sam zmarł w wieku 79
lat bezpotomnie i rzekomo w stanie dziewictwa. Z całym szacunkiem dla dalekowschodniego
komunisty niezbyt rozumiem, dlaczego ta ostatnia informacja miałaby być jakąś
specjalną podnietą dla ludu pracującego miast i wsi.
O zdjęciach z trudnego okresu historii Chin; 04.06.2015
Jeżeli kogoś interesuje Wielka Proletariacka Rewolucja Kulturalna, to pod
tym adresem znajdzie
kilka ciekawych zdjęć z tamtego okresu. Autorem jest pan Li Zhensheng. Strona
jest dwujęzyczna: trzeba znać albo angielski albo francuski. Szczerze polecam.
O przywódcy kochającym dzieci; 09.06.2015
Wszyscy polecieli na główny plac wsi, bo niespodziewanie przyjechał z gospodarską
wizytą Przewodniczący Mao (Mao Zhuxi; 毛主席). Obstąpili go
wieśniacy, wypytując o ważne sprawy powiatu. Kto jak kto, ale sam Przewodniczący
powinien wiedzieć! I wiedział, po ojcowsku i spokojnie wyjaśniając wszystkie
sprawy, o które go pytano. A dzieciaki przytulały się do
niego niczym do kochanego wujka. Lin Lin dawała mu nawet małe polne kwiatki, bojąc
się, czy to nie zbyt marny prezent dla Przewodniczącego. Ale on był zadowolony.
Przewodniczący Mao niechaj żyje dziesięć tysięcy lat!
Po chwili Lin Lin ochłonęła na tyle, żeby zauważyć, że wśród radosnego tłumu sąsiadów
nie ma mamy i Xiao Baobei (Małego Skarbu), jej młodszego braciszka. Pobiegła do domu,
żeby powiadomić mamę o dobrej nowinie i ponaglać ją, aby natychmiast przyszła
porozmawiać z Przewodniczącym Mao. Może to jedyna okazja w życiu? A tu okazało się,
że Xiao Baobei jest chory, ma
gorączkę i mama bardzo się o niego martwi.
Wtedy mama uderzyła się ręką w czoło, rozpogodziła i powiedziała, że Przewodniczący
Mao na pewno poradzi i na chorobę Xiao Baobei'a. Mocniej chwyciła lecącego przez ręce
synka i pobiegła na główny plac wioski. Przewodniczący Mao zmartwił się
bardzo chorobą brata
Lin Lin. Pogłaskał go po rozpalonej główce i zapytał mamę Lin Lin o najbliższego
lekarza. Mama zrozumiała, że nawet sam Przewodniczący Mao tu nie pomoże, zalała się
łzami i wyjąkała, że to daleko, bo aż w powiecie.
Wtedy przewodniczący uśmiechnął się smutno i powiedział, że nie ma czasu do
stracenia - żeby mama Lin Lin jechała natychmiast z chorym dzieckiem do miasta
powiatowego jego, Przewodniczącego Mao, służbowym samochodem. Lin Lin widziała
wyraźnie, że mama nie może uwierzyć we własne szczęście, ale Wielki Sternik
dobrotliwie zaprowadził ją
do auta i dał kierowcy polecenie jazdy do miasta, załatwienia widzenia z lekarzem
i powrotu z mamą Lin Lin tu do wsi, żeby zabrać jeszcze jego, czyli Przewodniczącego Mao.
On tymczasem pogada sobie z mieszkańcami o plonach i o życiu.
Długo jeszcze wszyscy wspominali ludzkie podejście Przewodniczącego Mao do chorego
dziecka. A Xiao Baobei? Już zdrowy opowiadał
z przejęciem, co widział i co przeżył w mieście. Sąsiedzi chętnie go słuchali,
chociaż był mały, ale wiedzieli przecież, że to wszystko prawda, bo sami na własne
oczy widzieli w swojej wsi Przewodniczącego Mao. No a kiedy go nie słuchali, to z
zapałem studiowali Myśli Przewodniczącego Mao.
O paralelach, czyli o liniach równoległych; 09.07.2015
Paralela wydaje mi się w tym przypadku tym bardziej trafiona, im bardziej wykazuje
bezczelność stron. Proszę jednak przed zagłębianiem się w szczegóły rzucić okiem na
zdjęcie z okresu Rewolucji kulturalnej w Chinach. Do tego zdjęcia trudno dojść i
jest to trochę skomplikowane, ale, moim zdaniem, warto. Trzeba wejść na
tę stronę,
tam kliknąć na pierwsze zdjęcie od góry (składające się tak jakby z trzech zdjęć
stadionu złączonych do kupy pod wielkimi literami LENS), opatrzone napisem: "View
slide show - 20 photographs". A później pracowicie dojść w pokazie slajdów do
zdjęcia numer 9, nie przejmując się tym, że ludzi widocznych na zdjęciach: 6, 7 i
8 rozstrzelano chwilę po zrobieniu zdjęć. Rewolucja to nie obiad proszony.
Na zdjęciu nr 9 widać wiec ludowy w miasteczku Ashihe w powiecie Acheng niedaleko
Harbinu w Mandżurii (kto czytał "Wspomnienia z mojej Atlantydy" pana Edwarda
Kajdańskiego, temu otworzą się pewne szufladki pamięci, dla dalszego wywodu tego
tekstu wprawdzie nieistotne, ale przecież ciekawe). Pani po lewej stronie oskarża
bezkompromisowo niejakiego Zhanga Diange, stojącego z opuszczoną głową po prawej
stronie, z czapką w dłoni. Zhang był na tyle zamożnym chłopem (a może nawet był
miejscowym bogaczem?), że pożyczył ojcu oskarżycielki pewną sumę pieniędzy. A gdy
nadeszły czasy Rewolucji kulturalnej był na tyle nierozsądny i bezczelny, że przyszedł
do obejścia ojca tej młodej rewolucjonistki i naciskał, by dłużnicy spłacili dług
w umówionym terminie, który widocznie już się zbliżał. To aroganckie żądanie
doprowadziło do publicznego oskarżenia (patrz zdjęcie) i doprawdy ciekawe, jak to
się wszystko dla niego, pozbawionego sumienia krwiopijcy proletariatu wiejskiego,
zakończyło. Nic poza tym nie wiadomo, to znaczy: czy była to duża suma, czy mała;
czy Zhang sam ich do tego skusił, a oni się początkowo opierali, aż w końcu ulegli;
czy też może to oni prosili go o finansowy zastrzyk i żeby się zmiłował; czy warunki
pożyczki (odsetki) były przyzwoite, czy może wołały o pomstę do nieba. Wiadomo tylko
tyle, że on im udzielił pożyczki, a oni mieli ją spłacić. No a kiedy przyszło do
oddawania, wówczas znienawidzili go serdecznie i oskarżyli, o co tam mogli.
A teraz czas na paralelę. Widzę ją w działaniach Grecji wobec Unii Europejskiej. Wiem,
że chodzi o dużą sumę, ale już to, czy Unia wpychała Grekom te pieniądze prawie
przemocą, czy też oni sami chcieli, jest dla mnie zagadką. No i końcowa reakcja
jest identyczna: Grecy są oburzeni, że ktoś mówi o spłatach, ze wskazaniem na Niemców,
bo ci zajęli ich kraj siedemdziesiąt cztery lata wcześniej, więc niechęć może być
wciąż żywa, co mnie akurat nie dziwi. Dochodzą też do mnie jakieś śmieszne pogłoski,
które mogą dotyczyć kwestii marginalnych (ale nie muszą): o dodatkach za mycie rąk
w pracy, za korzystanie z darmowych stołówek, za brak windy w budynku, podczas gdy
mieszka się na pierwszym piętrze itp. Co najgorsze, zdaje się, że nie są to wytwory
złej woli, tylko fakty świadczące o tym, że Grecy chętnie przejadali to, co dostawali
w ramach Unii, nie przejmując się tykaniem zegara. Aż nadszedł dzień spłaty części
długu i wówczas znienawidzili pożyczkodawców serdecznie i oskarżyli ich, o co tam
mogli.
Kiedy piszę te słowa (09 lipca '15) nic jeszcze nie jest pewne. Ku mojemu przerażeniu
przywódcy Unii z uśmiechem fanzolą słowa, które nigdy nie powinny paść: że Grecja
MUSI pozostać w strefie euro, że NIE MOŻNA jej pozostawić samej sobie, gdyż tego
WYMAGA solidarność europejska. Wychodzi na to, że należy nagradzać kłamstwo i oszustwo
(Grecja sfałszowała ponoć statystyki, aby zostać przyjętą do strefy euro), a także
dopieszczać nieodpowiedzialność ekonomiczną i życie ponad stan na koszt innych. Bo
w kierunku od UE do Grecji wszystkie piękne zasady muszą działać, zaś w przeciwnym
(Grecja wobec Unii) - już nie. To bzdura, hucpa i nagradzanie bezczelności. Moim
zdaniem nie należy folgować żadnym dalszym greckim postulatom; wrzód lepiej przeciąć,
bo chociaż to bolesne, to jednak długofalowo o wiele lepsze dla organizmu, niż
okadzanie tymiankiem. Dlatego Grecję należy wyrzucić skąd tylko się da: najpierw
ze strefy euro, później (być może) także z samej Unii oraz z NATO. Będzie to miało
same plusy:
1. Niezależna i dumna Grecja będzie poligonem, który pokaże wszystkim niezadowolonym
z UE, jak dobrze wiedzie się państwom poza Unią. Będą wówczas mogli przeprowadzać u
siebie referenda na rzecz wyjścia ze znienawidzonego domu niewoli brukselskiej. Gdyby
zaś Grecji w rozsądnym czasie kilkunastu lat się nie udało, będzie to dla eurosceptyków
argument, żeby jednak tymczasem siedzieć cicho.
2. Za trzydzieści-czterdzieści lat, kiedy wskaźniki greckie podciągną się do
przyzwoitego poziomu, Grecja będzie mogła (o ile zechce) aplikować o przyjęcie do
Unii (oczywiście, o ile ta będzie jeszcze istnieć).
3. Kłopoty Unii po odejściu Grecji będą oczywiste (największe obawy budzi to, że
nikt ich nie potrafi do końca opisać), ale przecież krótkotrwałe. Trudno, żeby brak
11 milionów ludzi, którzy niczego nie produkują odbił się drastycznie na życiu 320
milionów innych ludzi (11/320 = 3,44% całej Unii).
4. Nie należy bać się nadmiernie, że nowopowstałą niszę zapełni natychmiast Rosja.
Oczywiście, że wszelkie kłopoty Unii bardzo Rosję cieszą i powodują radosny moskiewski
słowotok. Ale też Rosja ma swoje własne kłopoty i więcej, niż kilka miliardów dolarów
nie będzie mogła na Grecję wydać, a z takimi pieniędzmi to Grecy ją wyśmieją. Poza
tym - rodzi się bardzo poważne pytanie, czy Grecy tak faktycznie z otwartymi ramionami
czekają na rosyjską obecność w swoim pięknym państwie.
5. Niektóre inne państwa europejskie, które chciałyby podobno rozluźnienia pęt
finansowych zastanowią się kilka razy, zanim podniosą otwarty bunt przeciw dyktatowi.
Atmosfera do budowania jednolitego rynku stanie się wyraźnie lepsza.
6. Ankara posika się ze śmiechu widząc Grecję poza NATO i poza Unią Europejską.
Wyjaśnią się wówczas różnorakie wzajemne pretensje na zasadzie rzeczywistej równości.
7. FYROM będzie mógł wreszcie ogłosić, że - zyg, zyg! - jest Macedonią.
8. Po wypadnięciu Grecji zarówno Unia jak i NATO zintensyfikują dopieszczanie
obszarów przylegających do Rosji (w tym nas), aby dać tej ostatniej odpór, zwłaszcza
wobec buńczucznych zapewnień o odwiecznej przyjaźni rosyjsko-greckiej.
9. Producenci sera "typu feta" będą już mogli skreślić z opakowań słowo "typu", bo
kto by się tam protestami pozaeuropejskiej Grecji przejmował.
10. Turystycznie Grecja zrobi się przymilniejsza, a tamtejsze πόρνες tańsze.
Tyle tylko, że przywódcy europejscy nie powinni być eunuchami, a wydaje się, że są
nimi jak jeden mąż, co stanowi jednak zły prognostyk.
O Chinach, niechcianej herbacie i matematyce; 15.07.2015
Pewien chiński kupiec miał dwa rodzaje herbaty, których nie mógł sprzedać. Droższa
miała cenę o 50% wyższą od tańszej. Kupiec postanowił wymieszać je w ten sposób,
żeby uzyskać dwie zupełnie różne mieszanki, a później sprzedać je jako nowość.
Postanowił, że jedna mieszanka (ta droższa) będzie składać się z jednej części
herbaty tańszej i kilku części herbaty droższej. Tymczasem tańsza mieszanka miała
się składać dokładnie na odwrót - z jednej części herbaty droższej i dokładnie
tylu części herbaty tańszej, ile w poprzedniej mieszance było części herbaty
droższej. Cena droższej mieszanki miała być o 40% wyższa od ceny mieszanki tańszej.
Jak kupiec odmierzał części składowe, aby te mieszanki wyprodukować?
Rozwiązanie jest banalne. Oznaczmy:
d - cena droższej herbaty (nieznana);
t - cena tańszej herbaty (nieznana);
p = d/t (znane, p = 150% = 1,5);
z - cena droższej mieszanki (nieznana);
w - cena tańszej mieszanki (nieznana);
k = z/w (znane, k = 140% = 1,4);
n - ilość tej części herbaty, której w każdej mieszance było więcej (do obliczenia).
Pierwsza mieszanka powstała w ten sposób, że kupiec wziął n części droższej herbaty
(w cenie d za jednostkę masy) i zmieszał je z jedną częścią tańszej herbaty (w
cenie t za jednostkę masy). Uzyskał w ten sposób (n+1) części droższej mieszanki
(w cenie z za jednostkę masy). Można to zapisać jako:
n*d + 1*t = (n+1)*z (1)
Druga mieszanka powstała w ten sposób, że kupiec wziął jedną część droższej
herbaty (w cenie d za jednostkę masy) i zmieszał ją z n częściami tańszej herbaty
(w cenie t za jednostkę masy). Uzyskał w ten sposób (n+1) części droższej mieszanki
(w cenie w za jednostkę masy). Można to zapisać jako:
1*d + n*t = (n+1)*w (2)
Po pominięciu zapisu mnożenia przez jeden (1*) otrzymujemy z równań (1) oraz (2)
banalny układ dwóch równań z czterema niewiadomymi (niewiadome: d, t, z, w):
n*d + t = (n+1)*z
d + n*t = (n+1)*w
Ze szkoły wiadomo (a przynajmniej powinno być wiadomo), że rozwiązywalne są układy
tylu równań, ile jest w nich niewiadomych. Dlatego trzeba coś zrobić, aby zredukować
liczbę niewiadomych do maksimum dwóch. Tak więc z górnego równania obliczamy z, zaś
z dolnego w:
z = (n*d + t)] / (n+1) (3)
w = (d + n*t) / (n+1) (4)
i wartości te (3) i (4) podstawiamy do k:
k = z/w
k = [(n*d + t)] / (n+1)] / [(d + n*t) / (n+1)]
k = (n*d + t) / (d + n*t) (5)
teraz licznik i mianownik po prawej stronie równania (5) dzielimy przez t, co
nie zmienia wartości wyrażenia [bo (1/t)/(1/t) = 1]:
k = [(n*d + t)/t ] / [(d + n*t)/t]
k = (n*d/t + t/t) / (d/t + n*t/t)
k = (n*d/t + 1) / (d/t + n) (6)
A ponieważ d/t=p, więc podstawiamy tę zależność do równania (6) odpowiednio i otrzymujemy:
k = (n*p + 1) / (p + n) (7)
Powyższe równanie (7) rozwiązujemy względem zmiennej n:
k*p + k*n = n*p + 1
k*p - 1 = n*p - k*n
k*p - 1 = n*(p - k)
n = (k*p - 1) / (p - k) <----- to jest wzór na rozwiązanie zadania
A wartości p i k znamy z treści zadania (k=1,4, zaś p=1,5), więc po podstawieniu otrzymujemy:
n = (1,4*1,5 - 1) / (1,5 - 1,4)
n = (2,1 - 1) / 0,1
n = 1,1 / 0,1
n = 11 <----- a to jest rozwiązanie zadania
Tak więc kupiec do jednego naczynia nasypał jedenaście miarek herbaty droższej i
jedną miarkę herbaty tańszej, zaś do drugiego na odwrót - jedną miarkę herbaty
droższej i jedenaście miarek herbaty tańszej. W ten sposób uzyskał dwie różne
mieszanki, które sobie uprzednio wymyślił.
Teraz sprawdzamy poprawność rozwiązania. Kupiec wziął 11 części herbaty w cenie d
za jednostkę masy i jedną część herbaty w cenie t za jednostkę masy. Uzyskał w ten
sposób 11+1 = 12 części pierwszej (droższej) mieszanki w cenie z.
11*d + 1*t = 12*z
Później kupiec wziął jedną część herbaty w cenie d za jednostkę masy i jedenaście
części herbaty w cenie t za jednostkę masy. Uzyskał w ten sposób 11+1 = 12 części
drugiej (tańszej) mieszanki w cenie w.
1*d + 11*t = 12*w
mamy więc układ dwóch równań:
11*d + t = 12*z
d + 11*t = 12*w
Wiemy, że d=1,5*t. Podstawmy więc tę wartość do obydwu równań. Otrzymamy:
11* 1,5*t + t = 12*z
1,5*t + 11*t = 12*w
czyli:
17,5*t = 12*z
12,5*t = 12*w
Dzieląc równania stronami przez siebie:
17,5*t / 12,5*t = 12*z / 12*w
otrzymujemy równanie (zmienna t po lewej stronie skraca się):
17,5/12,5 = z/w
1,4 = z/w
A ponieważ stosunek z/w to wszak k (k=1,4), więc właśnie sprawdziliśmy, że nasze
rozwiązanie jest prawidłowe. Podobne, choć trochę prostsze zadanie trzeba było
rozwiązać w Pekinie bodaj czy nie w roku 1905 podczas egzaminu na tamtejszą wyższą
uczelnię. Ja je tutaj nieco skomplikowałem, żeby nie obrażać inteligencji
czytelników sto dziesięć lat później. (Podaję za posiadaną przeze mnie książką:
А. В. Тужилин,
Современный
Китай, С. Петербургъ, 1910).
O tym, że penis nie powinien się marnować; 31.07.2015
Mając łeb dobrze już przez czas oprószony siwizną mogę z całą odpowiedzialnością
powiedzieć, że nasza cywilizacja nie potrafi odpowiednio wykorzystywać penisów.
Muszę tu jednak rozczarować tych wszystkich, którzy oczekują, że nareszcie wpadłem
w starczą lubieżność i zacznę z zapałem wypisywać teksty pornograficzne. Nic z tych
rzeczy. Chodzi o penisy jako obiekty kulinarne. No i dlatego korzystając z wiedzy,
jakiej nabyłem podczas pobytu na Dalekim Wschodzie, pragnę dołożyć do polskiej wiedzy
gastronomicznej małą cegiełkę, upowszechniając przepis na zupę z penisa jelenia (są
też, oczywiście, inne przepisy na zupy albo na gulasz z penisa, ale to już każdy musi
poszukać sam). Przepis odnalazłem, a jakże, w przepastnych czeluściach sieci, gdzie
można znaleźć dosłownie wszystko. To przepis nie do końca na nasze warunki, ale nie
należy popadać zaraz w czarną rozpacz, jeśli nie udało się nam złapać jelenia! Można
przecież stosować, oczywiście w granicach rozsądku, dostępne na rynku zamienniki - nie
ma jelenia, ale są woły, barany, jagnięta albo byki. To samo dotyczy ziół chińskich.
Jeśli są, to dobrze. A gdy nie można ich dostać, zupa będzie prawie równie smaczna i
bez nich. Nie ma pieprzu syczuańskiego? Sypnąć ziarna pieprzu czarnego i też będzie
dobrze. W sklepiku azjatyckim nie było wina Shaoxing? Użyjcie z całym spokojem wytrawnego
sherry. Nie macie muślinu? To już doprawdy dziwne, ale weźcie kawałek czystego płótna.
Właściwie największym problemem są tu te chińskie zioła. Przede wszystkim są raczej
niedostępne w Polsce, a poza tym miałem kłopot ze znalezieniem właściwych polskich
nazw. Dlatego w każdym przypadku dałem odnośnik do chińskiej wersji wikipedii, kierując
się oryginalną nazwą chińską. Stamtąd czytelnik może przejść do wersji bułgarskiej lub
do innego znanego mu języka. Poniżej przepis dla 4-6 osób. Chińczycy uważają to danie
za afrodyzjak. Smacznego!
SKŁADNIKI:
Składniki podstawowe:
- 2 penisy jelenia;
- 5 szalotek (tylko białe części);
- 8-9 dag świeżego imbiru;
- 1 kurczak z wolnego wybiegu (1-1,5 kg);
- 1,5 łyżki listków zielonej herbaty;
- 5 łyżek wina Shaoxing (绍兴酒 Shaoxing jiu);
- 0,5 łyżeczki herbatniej ziaren pieprzu syczuańskiego (żółtodrzewu pieprzowego,
花椒, hua jiao; jest to podobno mieszanina łusek owoców roślin Zanthoxylum simulans
Hance oraz Zanthoxylum bungeanum Hance);
- 2 łyżki owoców kolcowoju chińskiego (znanego także jako jagody goji, 枸杞, gouqi);
- sól.
Zioła chińskie (opcjonalnie):
- 1 plasterek suszonego pochrzynu (jamu) chińskiego (淮山, huái shan,
Dioscorea opposita Thung.);
- 2 plasterki suszonego korzenia lukrecji chińskiej (甘草, gan cao,
Glycyrrhiza uralensis Fisch.);
- 1 plasterek suszonego korzenia traganka (黃耆, huáng qí,
Astragalus propinquus Schischkin);
- 1 gałązka (5 cm) szałwii chińskiej (丹参, dan shen, Salvia sinica Migo).
PRZYGOTOWANIE:
Wziąć penisy i usunąć z nich futro, skórę wraz z napletkiem, a także jądra (żeby nic
się nie marnowało można je wykorzystać w innym przepisie). Opłukać, a następnie
moczyć w zimnej wodzie przez pół godziny.
Odciąć białe części szalotki i delikatnie uderzać je płazem ostrza tasaka w celu
lekkiego zmiażdżenia włókien. To samo zrobić z nieobranym imbirem. Odłożyć połowę
imbiru, a drugą połowę podzielić na 3 równe części.
Doprowadzić garnek wody do wrzenia. Włożyć kurczaka i blanszować go przez kilka minut.
Następnie wyjąć, wypłukać i odłożyć.
Do wrzącej wody dodać 0,5 łyżki liści zielonej herbaty wraz z 1 łyżką wina Shaoxing,
białą częścią szalotki i jedną z mniejszych części imbiru (tych trzech małych). Dodać
penisy i blanszować przez kilka minut. Następnie odlać wodę i wyjąć wszystkie składniki
z wyjątkiem penisów, które należy dobrze przepłukać w zimnej wodzie.
Powtórzyć blanszowanie penisów jeszcze dwukrotnie, za każdym razem używając świeżej
wody i dodając: 0,5 łyżki liści zielonej herbaty, 1 łyżkę wina Shaoxing, białą część
1 szalotki i małą część imbiru. Po każdym blanszowaniu penisy dobrze wypłukać.
Kiedy penisy są wystarczająco ostudzone, żeby móc się nimi zajmować - odciąć i wyrzucić
końce. Należy też usunąć i wyrzucić cewkę moczową (rurkę biegnącą po jednej stronie
penisa). Następnie pokroić penisy poprzecznie na mniej więcej 5-centymetrowe kawałki.
Przeciąć każdy kawałek na cztery części (najpierw wzdłuż na pół, a następnie każdą
połowę znowu wzdłużnie na pół). Tak powstałe kawałki zwiną się w krążki.
Umieścić zblanszowanego kurczaka i pokrojone kawałki penisa w chińskim glinianym
kociołku lub dużym garnku ze stali nierdzewnej i zalać wodą. Doprowadzić do wrzenia
i zbierać szum z powierzchni, jeśli jest to konieczne. Dodać pozostały imbir, szalotkę
i wino Shaoxing wraz z pieprzem syczuańskim i chińskimi ziołami (jeśli się je ma).
Następnie przykryć częściowo garnek pokrywką (nie może być szczelnie zakryty) i
gotować na bardzo małym ogniu przez pięć do sześciu godzin.
Gdy zupa jest już prawie gotowa, w osobnym naczyniu zalać owoce kolcowoju chińskiego
(jagody goji) gorącą wodą i pozostawić je tak do spęcznienia.
Przecedzić zupę przez sito wyłożone czystym muślinem. Wybrać kawałki penisa, przemyć
je i odłożyć. Wyjąć imbir, szalotkę i zioła. Wyjąć kurczaka i zachować go do późniejszego
jedzenia osobno, jeśli taka wola.
W talerzach (miseczkach) zalać kawałki penisa przecedzoną gorącą zupą. W razie
potrzeby doprawić odrobiną soli. Dodać namoczone owoce kolcowoju chińskiego
(jagody goji) i podawać. (A gdyby ktoś koniecznie chciał iść do angielskiego źródła
z którego korzystałem, zapisując ten przepis, to powinien zajrzeć tutaj.
Uwaga: umieszczone tam zdjęcia mogą u osób delikatnych wywołać reakcje
obronne organizmu).
O pewnym urzędniku oddanym bez reszty swemu władcy; 09.12.2015
Był skrzętny. Podobno w zgromadzonym majątku zostawił razem około 3.000 pokojów (nie podano,
w ilu budynkach), 32 kilometry kwadratowe ziemi, 42 banki, 75 lombardów, 60.000 taeli
czystego złota (tael to mniej więcej 31 gramów, chociaż nie zawsze - po szczegóły patrz
tutaj), 100 dużych sztab czystego złota, 56.600
średnich sztab srebra, 9.000.000 małych sztabek srebra, dużą sumę w walutach obcych
(równowartość ówczesnych 58.000 funtów; zwykli ludzie kilkadziesiąt funtów uważali za
majątek), półtora miliona miedzianych monet, 300 kilogramów najwyższej jakości żeń-szenia,
1.200 wisiorków z jadeitu, 230 perłowe bransoletki (każda perła rozmiaru dużej wiśni),
10 rzeczywiście dużych pereł (wielkości moreli [?]), 10 dużych kryształów rubinu, 40
dużych kryształów szafiru, 400 kompletów srebrnych sztućców, 400 kompletów złotych
sztućców, 11 sztuk dużych koralowców (każdy ponad metr wysokości), 14.300 bel jedwabiu
20.000 arkuszy cienkiej wełny owiec, 550 skór lisich, 850 skór jenota, 56.000 skór
owiec i bydła o różnej grubości, 7.000 zestawów eleganckiej odzieży (na wszystkie
pory roku), 361.000 waz z brązu i cyny oraz różnych innych naczyń, 100.000 naczyń
porcelanowych wykonanych przez znanych mistrzów, 24 łóżka z litego złota (każde
gustownie inkrustowane), 460 najwyższej jakości zegarów europejskich, 606 służących,
600 kobiet w haremie. Jego całkowity majątek został ostatecznie oszacowany na 1,1
miliardów taeli srebra, co miało być odpowiednikiem przychodów całego państwa przez
15 lat.
Niewątpliwie był bardzo zdolny (mówił biegle kilkoma językami, znał doskonale literaturę)
i zdecydowany zrobić karierę. W wieku dwudziestu kilku lat pełnił służbę przy cesarzu.
I gdy ten na wycieczce za miasto rozważał z ministrami jakiś bardzo trudny problem
rodem z dzieł Konfucjusza (nikt nie potrafił sobie z nim poradzić) stała się rzecz
niewiarygodna - strażnik ośmielił się zabrać głos! Co więcej - to właśnie on ów problem
rozwiązał. Zachwycony cesarz zaczął sprawdzać jego wiedzę, zadając mu jeszcze wiele
podobnych zagadek, a młody mężczyzna odpowiedział prawidłowo na wszystkie. Słowo
"zachwycony" jest tu chyba na miejscu, bo młody człowiek oprócz bystrej umysłowości
miał także jasną cerę i wydatne, czerwone wargi, a cesarz był koneserem wdzięków
efebów i przeniósł go do osobistej gwardii. I tak ruszyła niespotykana kariera.
Faworyt cesarza zajmował w oszałamiającym tempie kolejne, coraz wyższe stołki
ministerialne, na które w zwykłym trybie trzeba było czekać do posiwienia rzadkich
włosów. Nie miał jeszcze trzydziestu lat, gdy otrzymał dowód wyjątkowej łaskawości -
pozwolono mu wjeżdżać konno na dziedziniec pałacu, co, uwierzcie, było tam przywilejem
niezwykłym.
Interesowność i przekupność tego człowieka zaczęła szokować nawet jego ziomków,
których, jak się dotąd wydawało, nic nie było w stanie zdziwić. Był jednak (do czasu)
nie do ruszenia - gdy miał 44 lata, jego syn wszedł w związek z dziesiątą córką
cesarza, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie ośmielał się szemrać przeciw komuś tak
wysoko postawionemu. A jednak nic nie trwa wiecznie. Gdy tylko zmarł stary władca,
to okazało się, że jego następca wcale nie pała sympatią do faworyta swojego ojca.
Kazał go aresztować, skonfiskować majątek, a jego samego zgładzić poprzez karę
stosowaną rzadko i tylko w szczególnych przypadkach (zdrada państwa, ojco- lub
matkobójstwo i podobne okropności), a mianowicie przez pokrojenie w plastry.
Kat brał w ręce wyjątkowo ostry nóż i zaczynał od wydłubania oczu przywiązanego do
podłoża skazańca. Pewnie po to, żeby ten cierpiał bardziej, mogąc sobie tylko
wyobrażać, z której strony zaraz go dziabną. Następnie odcinał (wcale nie jednym
cięciem) miejsca wystające: uszy, nos, palce, wargi, genitalia. Kiedy tych już
zabrakło zaczynał odcinać po cienkim pasku z łydek, boków, łopatek, przedramion i
ramion. I w ogóle gdzie tam popadło. Teoretycznie kara polegała na wykonaniu "tysiąca
cięć". Zdaje się, że mało kto dożywał tego ostatniego cięcia, a w dodatku zdarzało
się, że w sprawach nie związanych z zemstą cesarską rodzina ukaranego przekupywała
kata, który zabijał skazańca na samym początku ciosem w serce i okorowywał już tylko
jego trupa.
Lud zacierał ręce na widowisko przerywające nudną codzienność, gdy cesarz zmienił
nagle zdanie i kazał skazańcowi popełnić samobójstwo za cenę ocalenia jego rodziny.
Powieszenie na zwykłym jedwabnym sznurze zakończyło rzecz całą. Jako ciekawostki
niezwiązane bezpośrednio ze sprawą można podać, że nowy cesarz zmarł wiele lat
później na zawał serca, bo nie przestrzegał diety i był zwyczajnie gruby oraz to,
że podejrzewa się, że kazał sobie do grobowca włożyć największe dzieło encyklopedyczne
świata, tak zwaną Encyklopedię Yongle.
O literze "i" bez kropki; 16.12.2015
W alfabecie tureckim istnieje specyficzny znak, którego nie ma w innych abecadłach.
Jest to litera "i" pozbawiona kropki - czyli "ı". Okazuje się, że "i" z kropką
czyta się banalnie (i), zaś bez kropki jest to dźwięk dobrze nam znany, ale
zapisywany u nas zupełnie inną literą (y). Na tym tymczasem poprzestańmy, a cel tej
informacji okaże się oczywistym w dalszej części tego wpisu.
Czołobitna adoracja władzy w systemach azjatyckich powinna być czytelnikom dobrze
znana, a jeśli nie jest, to muszą mi uwierzyć na słowo, że jest to tam sprawą tak
banalną, że większości obywateli nie przychodzi do głowy, że mogłoby być inaczej;
zresztą po co? Moim zdaniem najwyższą fazę rozwoju biurokracji i serwilizmu osiągnięto
wcale nie w chętnie wskazywanym Bizancjum (ani nawet nie w Trzecim Rzymie, czyli w
Moskwie), tylko w Chinach. O warunkach chińskich mogą sobie o szarej godzinie
pomarzyć różni kacykowie spragnieni nie tylko niczym nieograniczonej władzy (bo
tę potrafią sobie zwykle zapewnić własnymi rękoma), ale także jakże zasłużonej
miłości ludu (trudno zadekretować, chociaż przecież kto zabroni?). Tamtejszy lud
już bardzo dawno temu uznał, że wszelka władza jest dopustem niebios, nie ma na
nią żadnego sposobu, przetasowania na najwyższych szczeblach nikogo nie powinny
obchodzić, bo zawsze zasiądą tam najgorszego sortu wściekłe świnie, a jedynym
marzeniem ludu powinno być to, żeby kolejni kacykowie nie zwiększali skokowo
podatków, ani nie planowali gigantycznych budów, do których potrzebne byłyby miliony
bezpłatnych pracowników. Co parę wieków wybuchały, co prawda, gwałtowne powstania
obalające kolejne dynastie, ale to akurat było prawie zawsze podpowiedziane przez
Niebiosa, które różnymi plagami wskazywało ludowi, że ich akceptacja dla złej
władzy właśnie się skończyła. A jakże tu nie słuchać głosu Niebios?
Charakterystyczne dla azjatyckiego pojmowania majestatu władcy było to, że starano
się nie używać jego imienia nadaremno. Dość prędko wykształciła się zasada, że nie
stosuje się w piśmie znaków, które tworzyły nazwisko cesarza. Cesarze zresztą starali
się zwykle zachować dość przyzwoicie, żeby nie powodować nadmiernych problemów. Tak
więc zdarzało się wielokrotnie, że po wstąpieniu na tron zmieniali pisownię swego
nazwiska, jeżeli zapisywane było do tej pory dość popularnymi znakami. Dobierano
nowe znaki w taki sposób, aby zachować brzmienie cesarskiego nazwiska, ale te wybrane
były już tak rzadkie, że tylko najstarsi mędrcy wiedzieli, że w ogóle takie znaki
istnieją. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni. (Prawda, że chodziło jeszcze o
znaczenie tych znaków, bo trudno było dopuścić, żeby nowe znaki cesarza oznaczały
coś uwłaczającego jego godności, ale to już zupełnie osobna sprawa nadająca się na
osobny wpis [nie planuję]).
Drugi sposób okazania czołobitności miłościwie panującemu dotyczył już tylko wąskiej
grupy ludzi piśmiennych (przy tysiącach bardzo skomplikowanych znaków chińskich
analfabetyzm był przez całe tysiąclecia stanem immanentnym zwykłych Chińczyków).
Załóżmy więc, że cesarz zmienił znaki swojego nazwiska - bywają jednak momenty,
że trzeba je w jakimś dokumencie zapisać. Ale jakże tu zapisać znaki tak święte,
łamiąc przy tym odwieczne tabu? Wymyślono więc chytry, azjatycki trick, który
pozwalał zapisać nazwisko cesarza i nie dopuszczał do zapisania nazwiska cesarza za
jednym zamachem (nie, wcale nie zwariowałem).
Jak powszechnie wiadomo znaki chińskie składają się ze skończonej ilości kresek i
(czasem) kropek. Ich ilość może się zmieniać w dość szerokim zakresie. Najprostszy
znak (oznaczający liczebnik jeden) to tylko jedna kreska pozioma, ale na drugim
końcu skali skomplikowania można znaleźć znaki składające się z trzydziestu kilku
i więcej elementów. Podobno najbardziej złożony znak to gąszcz pięćdziesięciu sześciu
różnych kresek. Jak łatwo się domyślić określa coś niezwykle dla Chin ważnego, bo
rodzaj klusek (biang). Trzeba też pamiętać,
że kolejność kładzenia kresek w dowolnym znaku jest w piśmie chińskim dokładnie i
skostniale określona i nie ma tu żadnej dowolności. Tak więc poprawny politycznie
pisarz chiński, który zapisywał nazwisko cesarza tymi specjalnie wybranymi,
skomplikowanymi i rzadko do tej pory używanymi znakami, zatrzymywał się przed
ostatnim pociągnięciem pędzla. Jeśli znak miał, dajmy na to, dwadzieścia osiem
kresek, to pisarz zapisywał tylko dwadzieścia siedem. W ten sposób każdy wiedział,
o kogo chodzi, a nie można było nikogo oskarżyć o pogwałcenie tak kanonicznego prawa
i wszyscy byli zadowoleni. Buntownicy, którzy ośmielili się zapisywać cesarskie znaki
jako pełne (z tą nieszczęsną ostatnią kreską) gorzko przekonywali się na własnej
skórze, że nie warto było, gdy za świętokradztwo pozbawiano życia ich i ich rodziny.
Po tym krótkim wstępie można już przejść do meritum sprawy. Skoro i tak już, moim
zdaniem, maszerujemy równym krokiem do azjatyckiego pojmowania istoty władzy, to
zróbmy to chociaż dobrze i zgodnie z odpowiednią azjatycką normą. Nie rozumiem, co
prawda, czemu to ja muszę występować w sprawie tak, wydawałoby się, oczywistej
(najróżniejsi pupilkowie tym samym się nie sprawdzają i należy pozbyć się ich na
zbite tępe pyski), ale co tam. Chodzi mianowicie o to, żeby zsakralizować nazwisko
Prezesa. Pierwszym pociągnięciem byłaby przymusowa zmiana nazwiska wszystkich tych,
którzy przypadkiem nazywają się tak samo jak Prezes, co (moim zdaniem) w oczach
wyznawców powinno wszak ocierać się o blasfemię. Decyzją administracyjną należałoby
więc zamienić im literę "c" na "s", co powinno rozwiązać problem raz na zawsze. Każdy,
kto nie chciałby nazywać się "Kaszyński" mógłby wystąpić do właściwego sądu z prośbą
o zmianę na inne (podając swoją propozycję i wpłacając przewidzianą prawem opłatę).
Pozostaje jeszcze kwestia "ostatniej kreski" w nazwisku władcy. Niestety, alfabet
łaciński znacznie utrudnia przeprowadzenie tej, jakże potrzebnej, reformy
polityczno-ortograficznej dotyczącej pisowni nazwiska Prezesa. Dlatego właśnie na
samym początku wspomniałem o tureckim "ı" bez kropki. Toż to jest właśnie to,
niczym Coca-Cola! Nazwisko jedynej osoby, która miałaby prawo je w Polsce nosić
trzeba by pod groźbą odpowiedzialności karnej zapisywać bez ostatniej kropki nad
i. A kto nie przestrzegałby formy "Kaczyńskı", ten łamałby prawo (dura lex sed
lex). A może nawet Konstytucję, bo niby kto zabroni demokratycznie wybranej
władzy, rządzącej w imieniu Narodu, odpowiedniego zapisu w ustawie zasadniczej?