|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O rozumieniu swoistości; 14.02.2017
Ta wizyta nie zapowiadała niczego ciekawego. W tym miesiącu byłem tu już po raz
szósty, czy siódmy. Ot, nudna praca tłumacza, który obsługuje kolejnego cudzoziemca
pragnącego zawrzeć kontrakt ze znaną firmą, której management nie mówi żadnym obcym
językiem. Tym lepiej dla mnie.
Wydawało się, że idzie jak zawsze. Krótka, protokolarna wizyta u Generalnego. Później
gabinet Dyrektora Marketingu. I tu musiałem gościowi powtarzać dwa razy słowa dyrektora,
bo nie chciał przyjąć ich do wiadomości. Dopiero kiedy sekretarka ostentacyjnie zabrała
mu filiżankę z niedopitą kawą sprzed nosa poddał się i wyszedł za mną na korytarz.
Tam odbył się poniższy dialog, świadczący o tym, że ten cudzoziemiec nie zrozumiał niczego.
- Jak to? - zapytał - Raptem pięć minut rozmowy bez żadnych szczegółów?
- Przecież dyrektor wskazał panu osobę odpowiedzialną za wszelkie dalsze rozmowy - zaoponowałem.
- Żarty jakieś! - żachnął się gość - mam chodzić do jakiegoś ciecia?
- Ten, jak się pan wyraził, cieć, pociąga tu za wszystkie sznurki, więc nie mógł pan trafić lepiej.
- Panie, przecież to nikt.
- A to pan dopiero zobaczy.
- Za nic nie odpowiada; jego nazwisko nigdzie nie występuje - jakże mi z nim cokolwiek omawiać?
- Skoro nie odpowiada, to będzie odważniejszy w decyzjach. Poza tym - nie słyszał pan
nic o guanxi?
- Jasne, że słyszałem, ale to przecież nie u was, tylko w Chinach...
- Ta struktura jest, jeśli to mogę powiedzieć, azjatycka per se. Przeszkadza to panu?
No i zgadnijcie, co mój zagraniczny klient postanowił?
O dużych dzieciach; 01.05.2017
Najpierw coś stuknęło. Przestraszona mysz przyczaiła się w swojej norce, a później
ostrożnie zaczęła węszyć w pobliżu jej wyjścia. Wyjrzała wreszcie na zewnątrz i
całkiem oniemiała. Tuż przy wejściu do norki leżało charakterystyczne jajko. Nikt
nie mógł się pomylić co do jego pochodzenia. "Uciekać" - błysnęło w mysiej głowie -
"porzucić dom i wiać, dokąd łapy poniosą". W tej chwili skorupka zaczęła pękać i z
jajka wyłoniła się niewielka głowa, intensywnie skanująca wzrokiem otoczenie. Już
po chwili zielone oczy utkwiły w myszy. "Laoszu mama [Lǎoshǔ
māmā (老鼠妈妈。)]" - powiedziało stworzenie,
rozbijając jednocześnie skorupkę i wychodząc z jajka. Po chwili przytuliło się do
struchlałej myszy i zaczęło lizać jej futro. "Ło lung. Lung aj szu piaoliang de mama.
[Wǒ lóng. Lóng ài shǔ piàoliang de māmā.
(我龙。 龙爱鼠漂亮的妈妈。)]."
- dodało, kalecząc bezlitośnie reguły języka. Mysz poczuła, że kocha to wątłe stworzonko i że
ma teraz dla kogo żyć.
Dalej jakoś poszło, bo mysz pokochała przybranego synka z całego serca, pomimo tego,
że był stuprocentowym smokiem. Ile wysiłku włożyła, żeby go wykarmić! Na szczęście
już po kilku dniach zaczął łowić ważki i mrówki. Rósł tak szybko, że w drugim
tygodniu musieli przeprowadzić się do jamy borsuka, który przepadł gdzieś bez
wieści. Syn przybierał na wadze, ale, na szczęście dla myszy, sam już polował.
Często zasypiali razem, a mysz kładła się wówczas wygodnie na lewej przedniej
łapie syna. Po kilku miesiącach przenieśli się znowu, tym razem do gawry niedźwiedzia,
który także gdzieś zniknął. Gdy smok skończył rok musieli się przeprowadzić do
jaskini u podnóża wielkiej góry. Mysz nie była zadowolona z tego miejsca, ale
znalazła tam sobie niewielką szczelinę, w której zamieszkała. Codziennie wieczorem
smok przylatywał do jaskini, lądował, rozjaśniał mrok ogniem swojej paszczy i
wołał: "Ło aj ni, mama. Mama, ni dzaj nar? [Wǒ ài
nǐ māmā. Māmā, nǐ zài nǎ'er? (我
爱你,妈妈。 妈妈, 你
在哪儿?)]". Kiedy zwijał wreszcie skrzydła,
a drobne gałęzie przestawały już latać w powietrzu mysz wychodziła ze swego kątka i
uśmiechała się do smoka. Często przynosił jej drobne podarunki - już to
dwudziestofuntową gomułkę sera, już to worek pszenicy. Mysz kochała swojego
synka, chociaż coraz częściej odczuwała przed nim strach, gdyż taki już zrobił się
wielki. Niezaprzeczalnym plusem całej tej sytuacji było niewątpliwie to, że żaden
kot nie śmiał zbliżyć się do jaskini.
Wszystko zmieniło się na gorsze wtedy, gdy w okolicy zaczęli się wyrajać agresywni
rycerze. Było to już po tym, jak smok osiągnął wiek dojrzały, a na grzbiecie wykwitły
mu intensywnie czerwone pasy. To wtedy w jaskini zaczęły się pojawiać przynoszone w
pazurach dziewice, które przybrany syn myszy najpierw deflorował, a po kilku dniach
nudził się ich okrzykami rozkoszy i wykorzystywał je, tym razem konsumpcyjnie.
Truchła rycerzy śmierdziały przed wejściem do jaskini, a koniom albo udawało się
uciec, albo kończyły w paszczy smoka. Mysz lubiła porządek, więc zapach rycerzy
wcale jej nie cieszył. Zapytała syna, czy mu taka sytuacja nie przeszkadza. Ku jej
rozczarowaniu okazało się, że nie. Tego dnia coś w matce myszy pękło, bo zrozumiała,
że źle wychowała dziecko*).
Przestała wychodzić ze swojej norki, gdy syn wracał ze świata z kolejną branką w
łapach. Na próżno mówiła mu o moralności smoków, przyzwoitości synowskiej i o
ludzkiej przemyślności wykazywanej przy niszczeniu bioróżnorodności. Groch o ścianę!
Smok staczał się coraz bardziej w bagno użycia i wysokobiałkowej diety. Doszło do
tego, że mysz obraziła się na syna, a smok na nią. Przestał przynosić jej prezenty
i nawet jednej naiwnej księżniczce pozwolił się przed pierwszym pohańbieniem
zdefekować dokładnie nad jamką myszy. Mijały miesiące. Siwiejąca ze zmartwienia
mysz zanosiła błagania, aby jej syn przejrzał na oczy i zaczął żyć porządnym życiem.
Jej miłość była jednak tak silna, że nie potrafiła porzucić jaskini u podnóża
wielkiej góry.
Któregoś dnia smok rzucił na ziemię jakieś maleńkie zawiniątko, położył się na
ziemi i zaczął mówić spokojnym basem. "Przyniosłem różne pigmenty. Bądźcie tak
dobrzy i umalujcie się w kolory, jak każdy przyzwoity smok. Długo znosiłem Wasze,
matko, kaprysy, ale teraz koniec. Chcę w mojej jaskini widzieć tylko smoki, a inne
kreatury zostaną pożarte. Dlatego albo się pomalujecie i będzie zgoda, albo
pożałujecie, bo znajdę Was wszędzie". Po czym ziewnął, niegodziwiec, i
zasnął.
Mysz zapłakała gorzko i zaczęła malować się dostarczonymi barwnikami. Na koniec
przywiązała sobie do grzbietu specjalne tarcze imitujące smoczy grzebień. Wyglądała
przy tym niczym prawdziwy, mały smok! Nachodził zmierzch, a zawstydzone słowiki
postanowiły tego dnia trzymać mordy na kłódki.
*) Tymczasem to była zwykła sprawa genów.
O sztuce; 14.05.2017
Jako iście natchniony prymityw od lat wykazuję na łamach różnych blogów moją
niechęć do sztuki. Na dodatek ostatnio, jakby faktycznie było trzeba, dałem się
poznać jako zwolennik zmian prawa idących w kierunku ochrony osoby poszkodowanej,
a darowania sobie nadmiernej ochrony sprawców wykroczeń i zbrodni. Co więcej, nie
podzielam europejskiej mrzonki o ponadczasowej wartości życia różnych odrażających
morderców, przez co nie wolno rzekomo takiej pomyłki Pana Boga korygować i dawać
im w łeb tasakiem, eliminując tym samym jednostki zdeprawowane i nierokujące żadnej
nadziei na poprawę. Zresztą - tam, gdzie są miliony porządnych ludzi jeden nawrócony
pod przymusem z drogi zła nie stanowi żadnej różnicy i taniej wyjdzie, gdy się go
w majestacie prawa wyeliminuje, albo zamieni na karmę wilków w zoo. A przynajmniej
rodziny zabitych przez niego (nią) odetchną z ulgą, że sprawiedliwości (byle jakiej,
ale zawsze) stało się zadość. Jeśli ktoś kocha takiego pana Breivika i jego
niezbywalne prawa, to niechże idzie za niego do ciupy albo na stryczek.
W takich warunkach oczywistym jest, że powinienem poprawić choć trochę moje
notowania i ocieplić image. Dlatego zdecydowałem się na krok niewiarygodny: polecić
czytelnikom miejsce, w którym będą mogli zapoznać się ze współczesnym malarstwem
chińskim. Po prawdzie to nie tylko współczesnym i nie tylko chińskim (a bodaj nie
tylko z malarstwem), ale jednak. Trzeba tylko wejść na podany adres, nie przejmować
się, że wszystko jest tam po hiszpańsku, po prawej stronie ekranu odnaleźć wąską
kolumnę "Paginas de este blog" i tam wybierać z całego szeregu nazwisk
(jest ich ponad 460). Powinny pokazywać się przykłady twórczości. Jedne milsze
dla oka, inne dokładnie na odwrót. Sam nie obejrzałem wszystkiego, poprzestając
na skakaniu na chybił trafił.
No i oto ten obiecywany adres.
O kolejnym Ojcu Ojczyzny; 26.08.2017
Każdy, kto choć trochę interesuje się historią Dalekiego Wschodu, wie, że głównym
twórcą nowoczesnych Chin był dr Sun Yat-sen. Jego postać traktowana jest jak
świętość na Tajwanie (gdzie ciągle uważa się, że te prawdziwe, republikańskie Chiny
to właśnie tylko Tajwan), zaś w Chinach kontynentalnych także otoczona jest
szacunkiem.
Trochę upraszczając można powiedzieć, że był zawodowym rewolucjonistą, a jego
"Trzy Zasady Ludowe" (nacjonalizm, demokracja i dobrobyt) były
fundamentem ideologii zmian. Kiedy obalono cesarstwo, został pierwszym prezydentem
kraju, ale po bardzo krótkim czasie dobrowolnie ustąpił ze stanowiska, przekazując
je komuś innemu w celu utrzymania jedności kraju. Taka dżentelmeńska umowa nijak
się ma do mojego pojmowania demokracji, ale trzeba pamiętać, że był to sam początek
drogi ku nowoczesności Chin i działy się tam dziwne rzeczy. Osobą, której przekazał
prezydencki stołek był generał Yuan Shikai, który był nie tylko dowódcą wojskowego
okręgu obejmującego stolicę, ale także premierem ostatniego rządu za czasów cesarstwa.
Jeśli ktoś chciałby wiedzieć o nim więcej, to zapraszam tutaj, bo to ciekawa postać.
Już tylko dla porządku wspomnę, że generał wkrótce uznał, że to wyjątkowa okazja dla
ludzi rzutkich, więc obwołał się cesarzem Chin.
Warto jednak rzucić okiem na prywatne życie bohatera, bo świadczy ono wyraźnie o
tym, że jego demokratyczne zasady chyba jednak nie obejmowały kobiet, które, moim
zdaniem, traktował w tradycyjny, chiński sposób. Miał bowiem w swoim życiu aż pięć
żon, z których niektóre traktował jako oficjalne konkubiny, co, w pokrętnym chińskim
rozumowaniu, jest o wiele lepsze od pozycji naszych konkubin. Co ciekawsze, w naszym
rozumieniu prawa, był niewątpliwie bigamistą. Nawet podwójnym bigamistą. Oto nazwiska
jego oficjalnych kobiet (w nawiasach podaję po kolei: rok zawarcia małżeństwa -
rok jego zakończenia, wiek pana młodego w chwili ślubu oraz wiek wybranki w chwili
ślubu).
- Lu Muzhen (1895-1915, 19, 18).
- Chen Cuifen (1892-1925, 26, 19).
- Haru Asada (1897-1902, 31, 15).
- Kaoru Otsuki (1903-1906, 36, 15).
- Song Qingling (1915-1925, 49, 22).
Nie oznacza to, oczywiście, życia na modłę filmu Zhanga Yimou "Zapalcie czerwone
latarnie". Trzeba bowiem pamiętać, że jako oddany sprawie rewolucjonista był
w ciągłych podróżach, więc jego kobiety nie mieszkały wszystkie razem.
Wynika z tego jasno, że w trakcie 40 lat (od chwili zawarcia pierwszego małżeństwa
do swojej śmierci) jedną kobietą zadowalał się przez 7 lat (17,5% całego tego czasu),
dwoma przez 23 lata (57,5%), a trzema przez 10 lat (25%). Baby japońskie (Haru Asada,
Kaoru Otsuki) wybierał sobie podejrzanie młode, a, w dodatku, tę drugą zostawił w
ciąży i nigdy nie zatroszczył się o los dziecka. Nie ma się jednak czemu dziwić,
bo dziecko okazało się być dziewczynką, a kto przejmowałby się dziewczynką?
Był więc, jeśli można tak powiedzieć, rewolucjonistą zachowawczym - przynajmniej w
materii kobiet.
O oborze; 05.11.2017
Z niezrozumiałych względów postimperialiści mieli jakąś predylekcję do Japonii i nie
uważali jej za kraj dzikich. Dlatego nie brali pod uwagę japońskich osiągnięć
ekonomicznych po II wojnie, gdy rozważali własne sprawy w byłych koloniach w Afryce
i w Azji. Biały buana był święcie przekonany, że gdy zabierze swoje zabawki, to
lokalny dziki nie da sobie rady i prędko powróci do przyrodzonego stanu gołej
dzikości, nie próbując nawet konkurować z przedstawicielami krajów demokratycznych
i rozwiniętych. Ten aksjomat rasy panów miał się wkrótce gorzko na krajach zachodnich
zemścić.
Oto bowiem niespodziewanie otworzył się mega rynek chiński i kapitaliści na wyprzódki
zaczęli konkurować ze sobą, kto przetransferuje tam więcej technologii. A wszystko
dla pieniędzy, bo robocizna była śmiesznie tania, a głupi komuniści nie robili
kłopotów. Przy założeniu, obecnym w tyle głowy (że dziki nigdy sobie nie poradzi
z pozostawionymi narzędziami, gdy któregoś dnia się na niego obrazimy i wyjedziemy,
przenosząc nasz business gdzie indziej), nie było czym się martwić, tylko liczyć
pokaźne dochody. Któregoś dnia okazało się jednak, że nie ma się do czynienia z
dzikimi, do jakich się przywykło z czasów kolonialnych. Local people okazali się
pojętnymi uczniami i prędko (po kilkudziesięciu latach) doszli do takiego poziomu
rozwoju nauki, że mogli już sobie sami poradzić z problemami technologicznymi
nowoczesnej produkcji.
Ostatnie przemówienie tamtejszego prezydenta, pana Xi (to słowo czyta się jak
pierwszą sylabę słowa "sikora") wzbudziło kilka tygodni temu szczere
zdumienie w wielu stolicach krajów rozwiniętych i demokratycznych. Zaczęto obawiać
się "mocarstwowych ambicji", o których pan prezydent otwarcie powiedział, zakreślając
jednocześnie horyzont czasowy, w jakim jego kraj ma zamiar spełnić swoje plany.
Mamy kaducznie mało czasu (bo już tylko 33 lata) na reakcję.
Widać wyraźnie, jak krótkowzroczna okazała się polityka przenoszenia produkcji do
Chin. Nie karmi się smoka bezkarnie. Na dodatek okazało się, że on stał się już
tak wielki i groźny, że jedynie militarne unicestwienie go mogłoby powstrzymać
dalszą ekspansję. O tym jednak nikt nie odważa się mówić. I dlatego musimy
przygotować się na dalszy wzrost smoka (龙 [龍] lóng, czyta się "lung" - smok).
Tytułowa "obora" to, tak naprawdę, OBOR (One Belt, One Road) - najnowsze dziecko
chińskiej polityki imperialnej. Wszyscy zapewne o nim słyszeli i nie muszę chyba
tłumaczyć, że jest to plan podjęcia współpracy Chin z państwami leżącymi na
szlakach lądowym i morskim ze wschodniej Azji do Europy. Pekin jest gotów wyłożyć
wielkie pieniądze i zaprasza wszystkich. Zainteresowanie jest duże; rządy tych
krajów sondują możliwości.
No i proszę! Jeszcze nie do końca wiadomo, jakich szkód dla państw, że tak
górnolotnie powiem, "naszego świata" narobiła głupia i nieodpowiedzialna polityka
przenoszenia produkcji i technologii do Chin, a już kolejne karpie dobrowolnie
wypatrują nadchodzącej Wigilii, łaknąc wpuszczenia kapitału chińskiego. Barbarzyńcy
są, co wie każdy Han, głupi, nieodpowiedzialni, przekupni i prymitywni. Dlatego
z łatwością skuszą się na chińską przynętę. Ja jednak, pozostając wciąż barbarzyńcą,
jestem już na tyle zsinizowany, żeby chwytać zasadniczą ideę chińskiego pomysłu.
I dlatego od lat już wołam na puszczy: ludzie! zacznijcie wreszcie myśleć. A
jeśli wam jest wszystko jedno, to pomyślcie o swoich dzieciach i wnukach. Przecież
i tym razem Chiny nie robią tego dla waszego dobra, tylko dla swojego.