Zapiski ZAPISKI CHIŃSKIE


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział‚


ROZDZIAŁ XI - rok 2017: od 14 lutego do 05 listopada [5 tekstów]


O rozumieniu swoistości; 14.02.2017

Ta wizyta nie zapowiadała niczego ciekawego. W tym miesiącu byłem tu już po raz szósty, czy siódmy. Ot, nudna praca tłumacza, który obsługuje kolejnego cudzoziemca pragnącego zawrzeć kontrakt ze znaną firmą, której management nie mówi żadnym obcym językiem. Tym lepiej dla mnie.

Wydawało się, że idzie jak zawsze. Krótka, protokolarna wizyta u Generalnego. Później gabinet Dyrektora Marketingu. I tu musiałem gościowi powtarzać dwa razy słowa dyrektora, bo nie chciał przyjąć ich do wiadomości. Dopiero kiedy sekretarka ostentacyjnie zabrała mu filiżankę z niedopitą kawą sprzed nosa poddał się i wyszedł za mną na korytarz.

Tam odbył się poniższy dialog, świadczący o tym, że ten cudzoziemiec nie zrozumiał niczego.

- Jak to? - zapytał - Raptem pięć minut rozmowy bez żadnych szczegółów?
- Przecież dyrektor wskazał panu osobę odpowiedzialną za wszelkie dalsze rozmowy
- zaoponowałem.
- Żarty jakieś! - żachnął się gość - mam chodzić do jakiegoś ciecia?
- Ten, jak się pan wyraził, cieć, pociąga tu za wszystkie sznurki, więc nie mógł pan trafić lepiej.
- Panie, przecież to nikt.
- A to pan dopiero zobaczy.
- Za nic nie odpowiada; jego nazwisko nigdzie nie występuje - jakże mi z nim cokolwiek omawiać?
- Skoro nie odpowiada, to będzie odważniejszy w decyzjach. Poza tym - nie słyszał pan nic o guanxi?
- Jasne, że słyszałem, ale to przecież nie u was, tylko w Chinach...
- Ta struktura jest, jeśli to mogę powiedzieć, azjatycka per se. Przeszkadza to panu?


No i zgadnijcie, co mój zagraniczny klient postanowił?

O dużych dzieciach; 01.05.2017

Najpierw coś stuknęło. Przestraszona mysz przyczaiła się w swojej norce, a później ostrożnie zaczęła węszyć w pobliżu jej wyjścia. Wyjrzała wreszcie na zewnątrz i całkiem oniemiała. Tuż przy wejściu do norki leżało charakterystyczne jajko. Nikt nie mógł się pomylić co do jego pochodzenia. "Uciekać" - błysnęło w mysiej głowie - "porzucić dom i wiać, dokąd łapy poniosą". W tej chwili skorupka zaczęła pękać i z jajka wyłoniła się niewielka głowa, intensywnie skanująca wzrokiem otoczenie. Już po chwili zielone oczy utkwiły w myszy. "Laoszu mama [Lǎoshǔ māmā (老鼠妈妈。)]" - powiedziało stworzenie, rozbijając jednocześnie skorupkę i wychodząc z jajka. Po chwili przytuliło się do struchlałej myszy i zaczęło lizać jej futro. "Ło lung. Lung aj szu piaoliang de mama. [Wǒ lóng. Lóng ài shǔ piàoliang de māmā. (我龙。 龙爱鼠漂亮的妈妈。)]." - dodało, kalecząc bezlitośnie reguły języka. Mysz poczuła, że kocha to wątłe stworzonko i że ma teraz dla kogo żyć.

Dalej jakoś poszło, bo mysz pokochała przybranego synka z całego serca, pomimo tego, że był stuprocentowym smokiem. Ile wysiłku włożyła, żeby go wykarmić! Na szczęście już po kilku dniach zaczął łowić ważki i mrówki. Rósł tak szybko, że w drugim tygodniu musieli przeprowadzić się do jamy borsuka, który przepadł gdzieś bez wieści. Syn przybierał na wadze, ale, na szczęście dla myszy, sam już polował. Często zasypiali razem, a mysz kładła się wówczas wygodnie na lewej przedniej łapie syna. Po kilku miesiącach przenieśli się znowu, tym razem do gawry niedźwiedzia, który także gdzieś zniknął. Gdy smok skończył rok musieli się przeprowadzić do jaskini u podnóża wielkiej góry. Mysz nie była zadowolona z tego miejsca, ale znalazła tam sobie niewielką szczelinę, w której zamieszkała. Codziennie wieczorem smok przylatywał do jaskini, lądował, rozjaśniał mrok ogniem swojej paszczy i wołał: "Ło aj ni, mama. Mama, ni dzaj nar? [Wǒ ài nǐ māmā. Māmā, nǐ zài nǎ'er? (我 爱你,妈妈。 妈妈, 你 在哪儿?)]". Kiedy zwijał wreszcie skrzydła, a drobne gałęzie przestawały już latać w powietrzu mysz wychodziła ze swego kątka i uśmiechała się do smoka. Często przynosił jej drobne podarunki - już to dwudziestofuntową gomułkę sera, już to worek pszenicy. Mysz kochała swojego synka, chociaż coraz częściej odczuwała przed nim strach, gdyż taki już zrobił się wielki. Niezaprzeczalnym plusem całej tej sytuacji było niewątpliwie to, że żaden kot nie śmiał zbliżyć się do jaskini.

Wszystko zmieniło się na gorsze wtedy, gdy w okolicy zaczęli się wyrajać agresywni rycerze. Było to już po tym, jak smok osiągnął wiek dojrzały, a na grzbiecie wykwitły mu intensywnie czerwone pasy. To wtedy w jaskini zaczęły się pojawiać przynoszone w pazurach dziewice, które przybrany syn myszy najpierw deflorował, a po kilku dniach nudził się ich okrzykami rozkoszy i wykorzystywał je, tym razem konsumpcyjnie. Truchła rycerzy śmierdziały przed wejściem do jaskini, a koniom albo udawało się uciec, albo kończyły w paszczy smoka. Mysz lubiła porządek, więc zapach rycerzy wcale jej nie cieszył. Zapytała syna, czy mu taka sytuacja nie przeszkadza. Ku jej rozczarowaniu okazało się, że nie. Tego dnia coś w matce myszy pękło, bo zrozumiała, że źle wychowała dziecko*).

Przestała wychodzić ze swojej norki, gdy syn wracał ze świata z kolejną branką w łapach. Na próżno mówiła mu o moralności smoków, przyzwoitości synowskiej i o ludzkiej przemyślności wykazywanej przy niszczeniu bioróżnorodności. Groch o ścianę! Smok staczał się coraz bardziej w bagno użycia i wysokobiałkowej diety. Doszło do tego, że mysz obraziła się na syna, a smok na nią. Przestał przynosić jej prezenty i nawet jednej naiwnej księżniczce pozwolił się przed pierwszym pohańbieniem zdefekować dokładnie nad jamką myszy. Mijały miesiące. Siwiejąca ze zmartwienia mysz zanosiła błagania, aby jej syn przejrzał na oczy i zaczął żyć porządnym życiem. Jej miłość była jednak tak silna, że nie potrafiła porzucić jaskini u podnóża wielkiej góry.

Któregoś dnia smok rzucił na ziemię jakieś maleńkie zawiniątko, położył się na ziemi i zaczął mówić spokojnym basem. "Przyniosłem różne pigmenty. Bądźcie tak dobrzy i umalujcie się w kolory, jak każdy przyzwoity smok. Długo znosiłem Wasze, matko, kaprysy, ale teraz koniec. Chcę w mojej jaskini widzieć tylko smoki, a inne kreatury zostaną pożarte. Dlatego albo się pomalujecie i będzie zgoda, albo pożałujecie, bo znajdę Was wszędzie". Po czym ziewnął, niegodziwiec, i zasnął.

Mysz zapłakała gorzko i zaczęła malować się dostarczonymi barwnikami. Na koniec przywiązała sobie do grzbietu specjalne tarcze imitujące smoczy grzebień. Wyglądała przy tym niczym prawdziwy, mały smok! Nachodził zmierzch, a zawstydzone słowiki postanowiły tego dnia trzymać mordy na kłódki.

*) Tymczasem to była zwykła sprawa genów.

O sztuce; 14.05.2017

Jako iście natchniony prymityw od lat wykazuję na łamach różnych blogów moją niechęć do sztuki. Na dodatek ostatnio, jakby faktycznie było trzeba, dałem się poznać jako zwolennik zmian prawa idących w kierunku ochrony osoby poszkodowanej, a darowania sobie nadmiernej ochrony sprawców wykroczeń i zbrodni. Co więcej, nie podzielam europejskiej mrzonki o ponadczasowej wartości życia różnych odrażających morderców, przez co nie wolno rzekomo takiej pomyłki Pana Boga korygować i dawać im w łeb tasakiem, eliminując tym samym jednostki zdeprawowane i nierokujące żadnej nadziei na poprawę. Zresztą - tam, gdzie są miliony porządnych ludzi jeden nawrócony pod przymusem z drogi zła nie stanowi żadnej różnicy i taniej wyjdzie, gdy się go w majestacie prawa wyeliminuje, albo zamieni na karmę wilków w zoo. A przynajmniej rodziny zabitych przez niego (nią) odetchną z ulgą, że sprawiedliwości (byle jakiej, ale zawsze) stało się zadość. Jeśli ktoś kocha takiego pana Breivika i jego niezbywalne prawa, to niechże idzie za niego do ciupy albo na stryczek.

W takich warunkach oczywistym jest, że powinienem poprawić choć trochę moje notowania i ocieplić image. Dlatego zdecydowałem się na krok niewiarygodny: polecić czytelnikom miejsce, w którym będą mogli zapoznać się ze współczesnym malarstwem chińskim. Po prawdzie to nie tylko współczesnym i nie tylko chińskim (a bodaj nie tylko z malarstwem), ale jednak. Trzeba tylko wejść na podany adres, nie przejmować się, że wszystko jest tam po hiszpańsku, po prawej stronie ekranu odnaleźć wąską kolumnę "Paginas de este blog" i tam wybierać z całego szeregu nazwisk (jest ich ponad 460). Powinny pokazywać się przykłady twórczości. Jedne milsze dla oka, inne dokładnie na odwrót. Sam nie obejrzałem wszystkiego, poprzestając na skakaniu na chybił trafił.

No i oto ten obiecywany adres.

O kolejnym Ojcu Ojczyzny; 26.08.2017

Każdy, kto choć trochę interesuje się historią Dalekiego Wschodu, wie, że głównym twórcą nowoczesnych Chin był dr Sun Yat-sen. Jego postać traktowana jest jak świętość na Tajwanie (gdzie ciągle uważa się, że te prawdziwe, republikańskie Chiny to właśnie tylko Tajwan), zaś w Chinach kontynentalnych także otoczona jest szacunkiem.

Trochę upraszczając można powiedzieć, że był zawodowym rewolucjonistą, a jego "Trzy Zasady Ludowe" (nacjonalizm, demokracja i dobrobyt) były fundamentem ideologii zmian. Kiedy obalono cesarstwo, został pierwszym prezydentem kraju, ale po bardzo krótkim czasie dobrowolnie ustąpił ze stanowiska, przekazując je komuś innemu w celu utrzymania jedności kraju. Taka dżentelmeńska umowa nijak się ma do mojego pojmowania demokracji, ale trzeba pamiętać, że był to sam początek drogi ku nowoczesności Chin i działy się tam dziwne rzeczy. Osobą, której przekazał prezydencki stołek był generał Yuan Shikai, który był nie tylko dowódcą wojskowego okręgu obejmującego stolicę, ale także premierem ostatniego rządu za czasów cesarstwa. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć o nim więcej, to zapraszam tutaj, bo to ciekawa postać. Już tylko dla porządku wspomnę, że generał wkrótce uznał, że to wyjątkowa okazja dla ludzi rzutkich, więc obwołał się cesarzem Chin.

Warto jednak rzucić okiem na prywatne życie bohatera, bo świadczy ono wyraźnie o tym, że jego demokratyczne zasady chyba jednak nie obejmowały kobiet, które, moim zdaniem, traktował w tradycyjny, chiński sposób. Miał bowiem w swoim życiu aż pięć żon, z których niektóre traktował jako oficjalne konkubiny, co, w pokrętnym chińskim rozumowaniu, jest o wiele lepsze od pozycji naszych konkubin. Co ciekawsze, w naszym rozumieniu prawa, był niewątpliwie bigamistą. Nawet podwójnym bigamistą. Oto nazwiska jego oficjalnych kobiet (w nawiasach podaję po kolei: rok zawarcia małżeństwa - rok jego zakończenia, wiek pana młodego w chwili ślubu oraz wiek wybranki w chwili ślubu).

- Lu Muzhen (1895-1915, 19, 18).
- Chen Cuifen (1892-1925, 26, 19).
- Haru Asada (1897-1902, 31, 15).
- Kaoru Otsuki (1903-1906, 36, 15).
- Song Qingling (1915-1925, 49, 22).

Nie oznacza to, oczywiście, życia na modłę filmu Zhanga Yimou "Zapalcie czerwone latarnie". Trzeba bowiem pamiętać, że jako oddany sprawie rewolucjonista był w ciągłych podróżach, więc jego kobiety nie mieszkały wszystkie razem.

Wynika z tego jasno, że w trakcie 40 lat (od chwili zawarcia pierwszego małżeństwa do swojej śmierci) jedną kobietą zadowalał się przez 7 lat (17,5% całego tego czasu), dwoma przez 23 lata (57,5%), a trzema przez 10 lat (25%). Baby japońskie (Haru Asada, Kaoru Otsuki) wybierał sobie podejrzanie młode, a, w dodatku, tę drugą zostawił w ciąży i nigdy nie zatroszczył się o los dziecka. Nie ma się jednak czemu dziwić, bo dziecko okazało się być dziewczynką, a kto przejmowałby się dziewczynką?

Był więc, jeśli można tak powiedzieć, rewolucjonistą zachowawczym - przynajmniej w materii kobiet.

O oborze; 05.11.2017

Z niezrozumiałych względów postimperialiści mieli jakąś predylekcję do Japonii i nie uważali jej za kraj dzikich. Dlatego nie brali pod uwagę japońskich osiągnięć ekonomicznych po II wojnie, gdy rozważali własne sprawy w byłych koloniach w Afryce i w Azji. Biały buana był święcie przekonany, że gdy zabierze swoje zabawki, to lokalny dziki nie da sobie rady i prędko powróci do przyrodzonego stanu gołej dzikości, nie próbując nawet konkurować z przedstawicielami krajów demokratycznych i rozwiniętych. Ten aksjomat rasy panów miał się wkrótce gorzko na krajach zachodnich zemścić.

Oto bowiem niespodziewanie otworzył się mega rynek chiński i kapitaliści na wyprzódki zaczęli konkurować ze sobą, kto przetransferuje tam więcej technologii. A wszystko dla pieniędzy, bo robocizna była śmiesznie tania, a głupi komuniści nie robili kłopotów. Przy założeniu, obecnym w tyle głowy (że dziki nigdy sobie nie poradzi z pozostawionymi narzędziami, gdy któregoś dnia się na niego obrazimy i wyjedziemy, przenosząc nasz business gdzie indziej), nie było czym się martwić, tylko liczyć pokaźne dochody. Któregoś dnia okazało się jednak, że nie ma się do czynienia z dzikimi, do jakich się przywykło z czasów kolonialnych. Local people okazali się pojętnymi uczniami i prędko (po kilkudziesięciu latach) doszli do takiego poziomu rozwoju nauki, że mogli już sobie sami poradzić z problemami technologicznymi nowoczesnej produkcji.

Ostatnie przemówienie tamtejszego prezydenta, pana Xi (to słowo czyta się jak pierwszą sylabę słowa "sikora") wzbudziło kilka tygodni temu szczere zdumienie w wielu stolicach krajów rozwiniętych i demokratycznych. Zaczęto obawiać się "mocarstwowych ambicji", o których pan prezydent otwarcie powiedział, zakreślając jednocześnie horyzont czasowy, w jakim jego kraj ma zamiar spełnić swoje plany. Mamy kaducznie mało czasu (bo już tylko 33 lata) na reakcję.

Widać wyraźnie, jak krótkowzroczna okazała się polityka przenoszenia produkcji do Chin. Nie karmi się smoka bezkarnie. Na dodatek okazało się, że on stał się już tak wielki i groźny, że jedynie militarne unicestwienie go mogłoby powstrzymać dalszą ekspansję. O tym jednak nikt nie odważa się mówić. I dlatego musimy przygotować się na dalszy wzrost smoka (龙 [龍] lóng, czyta się "lung" - smok).

Tytułowa "obora" to, tak naprawdę, OBOR (One Belt, One Road) - najnowsze dziecko chińskiej polityki imperialnej. Wszyscy zapewne o nim słyszeli i nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to plan podjęcia współpracy Chin z państwami leżącymi na szlakach lądowym i morskim ze wschodniej Azji do Europy. Pekin jest gotów wyłożyć wielkie pieniądze i zaprasza wszystkich. Zainteresowanie jest duże; rządy tych krajów sondują możliwości.

No i proszę! Jeszcze nie do końca wiadomo, jakich szkód dla państw, że tak górnolotnie powiem, "naszego świata" narobiła głupia i nieodpowiedzialna polityka przenoszenia produkcji i technologii do Chin, a już kolejne karpie dobrowolnie wypatrują nadchodzącej Wigilii, łaknąc wpuszczenia kapitału chińskiego. Barbarzyńcy są, co wie każdy Han, głupi, nieodpowiedzialni, przekupni i prymitywni. Dlatego z łatwością skuszą się na chińską przynętę. Ja jednak, pozostając wciąż barbarzyńcą, jestem już na tyle zsinizowany, żeby chwytać zasadniczą ideę chińskiego pomysłu. I dlatego od lat już wołam na puszczy: ludzie! zacznijcie wreszcie myśleć. A jeśli wam jest wszystko jedno, to pomyślcie o swoich dzieciach i wnukach. Przecież i tym razem Chiny nie robią tego dla waszego dobra, tylko dla swojego.


Poprzedni rozdział‚

Spis treści

Następny rozdział‚


© YPY - Strona utworzona i publikowana 28.04.2019