|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O obowiązku przedłużenia rodu; 01.01.2008
Mo Yan jest podobno tym współczesnym pisarzem chińskim, który bywa najczęściej wymieniany, gdy mówi się o szansach
na nagrodę Nobla. "Obfite piersi, pełne biodra" to pierwsza jego książka, która wpadła mi w ręce (Wydawnictwo W.A.B.,
Warszawa, 2007). To powieść zupełnie niesamowita, mogąca być wstrząsem dla tych, którzy o najnowszej historii Chin
słyszeli jedynie na lekcjach historii, czyli trochę i niedokładnie. Jednak jej lektura może pomóc w zrozumieniu
dziejów tego kraju przez ostatnie sto lat. Treść jest z pozoru niewyszukana - dzieje wielodzietnej rodziny na
zabitej deskami prowincji. To, co z początku szokuje to prymitywizm relacji pomiędzy jej członkami. Akcja zaczyna
się w momencie, gdy wszyscy starają się pomóc w narodzinach muła, ignorując zupełnie fakt, że synowa (żona, matka)
w tej samej chwili też rodzi kolejne, ósme już dziecko. Po chwili można się zorientować, że w kraju, gdzie chęć
posiadania syna jest do dzisiaj stanem graniczącym z obsesją opisywana rodzina posiada już siedmioro dzieci, a
właściwie, żeby powiedzieć prawdę - siedem córek. Ich imiona są najlepszym dowodem rodzinnego amoku objawiającego
się oczekiwaniem dziedzica. Bowiem dziewczęta mają na imię odpowiednio: Laidi (Nadchodzący Młodszy Brat), Zhaodi
(Przywoływany Młodszy Brat), Lingdi (Wzywany Młodszy Brat), Xiangdi (Wytęskniony Młodszy Brat), Pandi (Spodziewany
Młodszy Brat), Niandi (Upragniony Młodszy Brat), Qiudi (Wybłagany Młodszy Brat). Dlatego wszyscy są przy oślicy,
machnąwszy ręką na kobietę, która nie umie dać syna.
Później jest już tylko gorzej - co chwila pojawiają się co
rusz to inne wojska, panuje głód, trwają walki, kogoś gwałcą, kogoś zabijają, zmieniają się rządy, zmieniają się
twarze, ludzie się kochają, nienawidzą, upada cesarstwo, przychodzą Japończycy, Guomintang, wreszcie Republika
Ludowa aż do czasów obecnych. Ostatnia część wraca do czasów sprzed pierwszego rozdziału i czytelnikowi, który już
już myślał, że nic go nie zadziwi, rozszerzają się zdumione oczy. Książka jest zdumiewającą dawką brutalnego
realizmu, który z początku może być trudny do zaakceptowania. Co gorsza - wydaje się, że mimo przejaskrawień autor
daje czytelnikowi prawdziwy obraz najnowszej historii Państwa Środka. Zresztą, kto oprócz Chińczyków może z
podniesionym czołem powiedzieć, że wie, gdzie w tekście są przerysowania, a gdzie naga prawda? No bo - na przykład
- który Europejczyk wiedział przed lekturą, że słomiany wieniec na szyi dziecka oznaczał tyle, że rodzina nie może
już sobie z biedy pozwolić na jego żywienie, więc zdecydowała się wystawić je na sprzedaż? A i taki opis trzeba
będzie przetrawić, gdy niejaka hrabina Rostow chce zaadoptować i wychować małą chińską dziewczynkę. Filantropka po
prostu musi opędzać się od starców, którzy marzą tylko o oddaniu swoich wnuczek za darmo, bo wiedzą, że to ich
(wnuczek) jedyna szansa na to, żeby nie zdechnąć rychło z głodu. Sami już pogodzili się z myślą o nieuniknionej
śmierci głodowej, ale wciąż mają naiwne marzenia, że zjawi się ktoś, kto dzieci kupi. Nieważne po co - to jedyna
szansa na przetrwanie, więc warto. Z czystym sumieniem polecam tę książkę każdemu.
No i przy okazji, ponieważ napisałem o Chinach takiego dnia, więc aż się prosi, żeby odpowiednio rzecz zakończyć:
Xin Nian hao!
O dyletanckim patriotyzmie; 19.01.2008
Ang Lee jest amerykańskim reżyserem tajwańskiego (a więc w sumie chińskiego) pochodzenia, którego chyba przedstawiać
nie trzeba. A skoro tak, to daruję sobie szczegóły na jego temat. Wczoraj (18.01.2008) wieczorem poszliśmy z
małżonką do kina, żeby obejrzeć jego najnowszy film "Ostrożnie, pożądanie". Wróciliśmy lekko ogłupiali, bo film
jest, moim zdaniem, dość dziwny. Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę z tego, w jakim czasie reżyser
umiejscowił akcję. Jest to przełom lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku (pod koniec filmu okazało się,
że właśnie rozpoczęła się wojna amerykańsko - japońska). Od kilku lat Japonia okupowała wówczas nadmorskie prowincje
Chin, Mandżuria była teoretycznie niezależnym państwem pod rządami zdetronizowanego w Chinach cesarza Pu Yi
(faktycznie była zależna od Japonii), tuż obok znajdował się maleńki kraik Meng Jiang, o którym coś więcej wiedzą
chyba tylko specjaliści od tego regionu, a na pozostałych terenach rządzili już to komuniści (Mao Zedong), już to
Guomintang (generalissimus Czang Kai Shek [czyli w innej wymowie Jiang Jie Shi]) lub kolaborancki rząd z Nankinu
(Wang Jingwei). W tej mozaice sprzecznych interesów osadzona została fabuła dzieła. Sam film można podzielić na dwie
warstwy. Pierwsza to obraz ówczesnego Hong Kongu i Szanghaju: ulice podzielone sznurkiem, za który nie wolno wejść
Chińczykom pod groźbą zastrzelenia, ludzie zdychający z głodu, burdele, riksze, luksusowe restauracje, ekscesy
Japończyków, brudne interesy biznesmenów. Druga warstwa to właściwa fabuła opowiadająca o grupce studentów
patriotów, którzy pragną przysłużyć się ojczyźnie eliminując niejakiego pana Yi, szefa specjalnej policji rządu
z Nankinu. Oglądanie pierwszej warstwy daje widzowi sporo zadowolenia (w końcu Ang Lee, będąc Chińczykiem, potrafił
z pewnością dotrzeć do prawdziwych relacji). Denerwujące są, co prawda, komputerowo przetworzone obrazki panoramy
Hong Kongu, gdzie trzeba było zmazać trzy czwarte miasta, żeby pokazać stan sprzed siedemdziesięciu lat, jednak to
już drobiazgi, których nie ma się co czepiać.
Za to sama fabuła jest, moim zdaniem, tak bzdurna, jak tylko się da.
W największym skrócie: grupa studentów z dobrych domów poczyna sobie wyjątkowo dyletancko, od początku stając się
obiektem zainteresowania różnych służb specjalnych. Nawet dość przypadkowe zabójstwo małego kolaboranta, niejakiego
pana Cao, przeprowadzone jest tak nieudolnie, że aż boli na to patrzeć. Dalej nic lepiej - akcja przenosi się z Hong
Kongu do Szanghaju, bo tam przeprowadziła się rodzina pana Li. Główna Mata Hari grupy, panna Wang ma za zadanie
stać się kochanką pana Li, zyskać jego zaufanie i umożliwić w ten sposób jego likwidację. Plan powodzi się jedynie
do pewnego stopnia - panna Wang, udająca żonę drobnego kapitalisty, rzekomego pana Maka, dostaje się do ścisłego
grona znajomych szefa policji (grywa w madżonga z jego żoną, a nawet czasowo mieszka w jego domu), jednak związek z
nim (zresztą wyjątkowo nieapetyczny - kto zechce, sam zobaczy w kinie) doprowadza do spojrzenia na pana Li innymi
oczyma. W finale panna Wang zawodzi na całej linii, a w wyniku tego kończy marnie wraz ze swymi kolegami, co nie
powinno dziwić. W sumie to przewrotny film o samotności uzurpatorskiej władzy, źle ukierunkowanej miłości i
fałszywym poczuciu obowiązku patriotycznego. Dla pierwszej warstwy filmu bardzo polecam (jednak to tylko kilka
minut z całego seansu). Dla drugiej warstwy - równie stanowczo odradzam, bo to zwykła chała zrealizowana na fali
modnego zainteresowania Dalekim Wschodem.
Denerwujące jest też to, że tłumaczenie (ścieżka dźwiękowa jest po
chińsku) bywa miejscami dość dziwne. Kiedy żony wysokich dygnitarzy grają sobie na pieniądze w madżonga, oczywiście
paplają o tym i o owym, i nie tylko słychać, ale i w podpisach u dołu ekranu widać, że jedna to "Mak Taitai", druga
"Yee Taitai", wreszcie trzecia to bodaj "Wang Taitai". Wydaje się mało prawdopodobne, żeby wszystkie panie miały na
imię tak samo (w Chinach najpierw podaje się nazwisko, a później imię). Czy to w ogóle możliwe? Oczywiście, że nie
- bo "taitai" po nazwisku to tyle, co nasza "Pani". A więc były to "pani Mak", "pani Yi" i "pani Wang". Dlaczego
tak to nieudolnie przetłumaczono, tego nie wiem i pewnie już się nie dowiem. W końcu to nie mój problem.
O braciach mniejszych; 28.08.2008
Ten tekst nie ma żadnych konotacji politycznych, choć mowa o braciach. Rzecz o rynku zwierzęcym w Guangzhou
(Kantonie) w Chinach. Byłem tam w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, więc myślałem, że coś mogło się od
tego czasu zmienić. Chyba jednak niezbyt wiele, skoro w sieci łatwo można odnaleźć straszne opowieści na temat tego
rynku (np. wpis na anglojęzycznym
blogu aktywistki Animals Asia Foundation z 04.02.2008 - ). Za mojej bytności rynek
zlokalizowany był w samym centrum miasta - kilka minut drogi od hotelu łatwo było znaleźć kilka wąskich uliczek,
tworzących prostokątną sieć pieszych ciągów, pełnych ludzi, którzy przyszli na zakupy lub tak jak ja - pogapić się
na egzotykę. Znajomi ostrzegali, że tam wchodzi się na własną odpowiedzialność, bo - podobno - zdarzały się
przypadki zasłabnięć turystów z zachodu. A przecież z początku wydawało mi się, że pogłoski o dziwnym charakterze
tego rynku były grubo przesadzone! A było tak dlatego, że wszedłem od nietypowej strony i zacząłem wizytę od uliczek
ofiarujących płody rolne. Po obydwu stronach uliczek stały dość dziadowskie kramy, często osłonięte jakimiś
markizami, czy parasolami. Gdzieniegdzie składy (czy może sklepy) znajdowały się też na parterze domów. Oczom
ukazywały się najróżniejsze ziarna roślin strączkowych w dużych, otwartych workach, jakieś zboża (?), a także wiele
kolorowych ziaren, które nie kojarzyły mi się absolutnie z niczym. Inna uliczka miała odmienną specjalizację. Tu
widziało się więcej niewielkich pojemników, a w nich jakieś trawy, liście, zioła (raczej suszone, ale może i świeże
były, tylko pamięć już odmawia mi współpracy), suszone koniki morskie w słojach, chyba cykady, czy jakieś inne
ukatrupione owady, a wreszcie natrafiało się na pierwsze tchnienie horroru. Proszę wyobrazić sobie mały krzyżyk
wykonany z cienkich pręcików (pewnie z bambusa), ale z dodaniem jeszcze jednej poprzecznej beleczki bliżej drugiego
końca. Na takich zmodyfikowanych krzyżykach wisiały sobie przywiązane jakąś nicią wysuszone niewielkie jaszczurki,
rozpięte niczym suszące się firanki, każda łapka w inną stronę. Wyobraźnia zaczynała nieprzyjemnie pracować,
zadając sobie pytanie, czy jaszczurki przywiązywano do drewienek martwe, czy zdychały już na nich? Jednak wówczas
musiałyby mieć jakieś przedśmiertne konwulsje, a wyglądały dość spokojnie. A może jednak się myliłem? Nie znalazłem
nigdy odpowiedzi na to pytanie. A uliczka była po prostu zagłębiem surowców niezbędnych w chińskiej medycynie
tradycyjnej.
Nic to! Mężnie poszedłem dalej i trafiłem na tę ulicę, która przyćmiewała wszystkie inne - był to właściwy rynek
zwierzęcy. Po obu stronach siedzieli na składanych krzesełkach kupcy wystawiający swój towar. Najczęściej zachęcający
do kupna żywy eksponat znajdował się w plastikowej misce, zaś inne sztuki były zamknięte już to w metalowych
klatkach, już to w koszykach plecionych z bambusa (choć, prawda, nie zawsze). Klatki były wielkości większej
walizki, co nie przeszkadzało upakować do nich przemyślnie pięć - sześć razy tyle zwierza, ile potrafiłby tam
zmieścić najbardziej sadystyczny człowiek z tzw. cywilizacji zachodniej - pewnie nawet nie dlatego, że takie ma
dobre serduszko, tylko, zwyczajnie, jest na tym polu za głupi. W wyniku tego miało się wrażenie, że patrzy się nie
na klatkę, tylko na powiększone zdjęcie rentgenowskie jakiejś gigantycznej puszki sardynek, tak bardzo kolejne łby,
łapy, czy skrzydła zlewały się w jedną plamę, nieruchome z przymusu, bo nie miały zbyt wiele miejsca. Bogatsi kupcy
mieli po kilka takich klatek, usztaplowanych jedna na drugiej, biedniejsi nieraz tylko jedną. Nieprzyzwyczajony
turysta szedł naprzód, zastanawiając się, gdzie trafił. Bo też bogactwo wyboru było przeogromne! Zdumionym oczom
ukazywały się zwykłe kury oraz ich siostry, których pióra są białe i, jakby to określić?, kędzierzawe, zaś skóra
pod tymi piórami - czarna. Cały fragment ulicy dedykowany psom opasowym i takim kotom, smętnie siedzącym w klatkach.
Żaby duże i małe. Węże - krótsze i dłuższe, grubsze i cieńsze, o skórze w fantazyjne wzory i całkiem jednolite.
Same węże w workach, a sprzedawca trzymał zwykle jednego metalowym chwytakiem, pokazując zainteresowanym. Dalej
żółwie - do wyboru i koloru. Małe, średnie, duże, płaskie, wypukłe, a wreszcie skórzaste. Później ryby, z trudem
oddychające w miskach zasilanych wężami podłączonymi do kranów z bieżącą wodą w celu podtrzymania ich przy życiu
(dookoła temperatura grubo ponad trzydzieści stopni, wilgotność minimum z 90%), więc tak po prostu zarżnięte
zepsułyby się zbyt szybko, pozbawiając właściciela oczekiwanego zysku. Przy żółwiach istny cymes - stwór, którego
nazwy szukałem później długo w źródłach, a który kojarzył mi się jedynie z kopalnym trylobitem. Jego nazwa to
skrzypłocz, inaczej mieczogon (po angielsku horseshoe crab, a po francusku limule - nauczyłem się, bo chciałem
potrafić opowiadać o tej wycieczce znajomym). Tłumaczono mi, że przy odrobinie szczęścia można na rynku kupić
żywego pancernika! Nie wiem, czy to prawda. Ja tego szczęścia nie miałem i trzeba było obejść się bez pancerniczyny.
A dalej kupcy specjalizujący się w gołąbkach (to one siedziały w opisywanych już uprzednio koszach, jeden na
drugim) i jakichś niewielkich ptaszkach. Banalna codzienność - nawet nie spoglądam, spragniony czegoś wyjątkowego.
Obok jakaś bardziej przedsiębiorcza Chinka zaczęła mi machać przed nosem wypasionym jeżem, zachęcając, najwyraźniej,
do kupna. Pudło! Nie rozumiem w ząb kantońskiego dialektu, bardziej zbliżonego ponoć do wietnamskiego, niż odmiany
pekińskiej. Rozczarowana moją obojętnością rzuca jeżem do celu - miski, w której siedziały grzecznie inne jeże
opasowe, aż zadudniło. A dalej, w następnej misce, biega w kółko niewielki krab. Zupełnie jak oszalały - ale to
dobrze, bo pokazuje wszystkim jaki jest silny, a więc na pewno smaczny i pożywny. Zaraz, coś mi nie pasuje -
pochylam się nad michą i rozjaśnia mi się w głowie. Kupiec trochę "podkręcił" kraba, zdzierając mu żywcem górną
pokrywę pancerza. Też bym pewnielatał jak z pieprzem, gdyby to mnie się coś takiego przydarzyło. Widać jednak bez
żadnych osłonek, że krab ma w sobie dużo elementów jadalnych. Chyba jakiś dziwny jestem - dlaczego nie cieknie mi
ślinka? Obok inne żywe kraby w kilku rozmiarach i kształtach, jakieś krewetki i chyba nawet skorpiony. Na ulicy
leży żywy dzik. Żeby nie uciekł ma połamane nogi. Ani drgnie, ani mrugnie, ani chrumknie. (Tak w ogóle w opisie
blogerki, której adres zamieściłem na początku mówi ona, że słyszała z daleka hałas czyniony przez nieszczęsne
zwierzęta. To dziwne - ja pamiętam, jak bardzo byłem zaskoczony tym, że wszystkie stwory siedziały zupełnie
apatycznie i cicho w oczekiwaniu na śmierć. Myślę, że to chyba najgorsza kara dla tych, którzy wierzą w
reinkarnację - obudzić się jako zwierzę w Chinach, albo ogólnie na Dalekim Wschodzie). A dalej sarenka, tak
samo spreparowana; widać, że oddycha, ale nawet łba nie podniesie. I jeszcze kupiec oferujący jakieś gryzonie,
podobne do myszy. A może to nawet i myszy? Zaczynam się gubić, jak to cudzoziemiec. Z kolei segment jatek. Wkoło
latają grube muchy i wreszcie słychać jakiś dźwięk inny od głosów ludzkich. Widok różnorodnych płatów mięsa nie
porusza mnie specjalnie - w kraju też bywam u rzeźnika, więc niby czym mogą mi tu zaimponować? Rozpoznaję jednak
(po łbie) sarenkę, której ćwiartka wisi na haku, niedokładnie na nóżce blisko kopytka odskórzona. Zaczynam mieć
dość tego rynku. Czas najwyższy pójść do małej, prywatnej restauracji, których pełno w okolicy. Pokazać palcem
najmilszego psa czekającego w klatce przed drzwiami oraz podyskutować z kelnerem, który wąż będzie do niego
najlepiej pasować. Nie trzeba czekać długo, pijąc piwo i zajadając się innymi daniami - czas prędko mija. I już
niedługo uśmiechnięty kelner przynosi talerz, a na nim kawałki wybranego psa pomieszane z wybranym wężem - ta
potrawa nazywa się "walka smoka z tygrysami". A kelner patrzy z nieukrywanym podziwem. Obcokrajowiec, a potrafi
się znaleźć.