Zapiski ZAPISKI CHIŃSKIE


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział‚


ROZDZIAŁ III - rok 2008: od 01 stycznia do 28 sierpnia [3 teksty]


O obowiązku przedłużenia rodu; 01.01.2008

Mo Yan jest podobno tym współczesnym pisarzem chińskim, który bywa najczęściej wymieniany, gdy mówi się o szansach na nagrodę Nobla. "Obfite piersi, pełne biodra" to pierwsza jego książka, która wpadła mi w ręce (Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2007). To powieść zupełnie niesamowita, mogąca być wstrząsem dla tych, którzy o najnowszej historii Chin słyszeli jedynie na lekcjach historii, czyli trochę i niedokładnie. Jednak jej lektura może pomóc w zrozumieniu dziejów tego kraju przez ostatnie sto lat. Treść jest z pozoru niewyszukana - dzieje wielodzietnej rodziny na zabitej deskami prowincji. To, co z początku szokuje to prymitywizm relacji pomiędzy jej członkami. Akcja zaczyna się w momencie, gdy wszyscy starają się pomóc w narodzinach muła, ignorując zupełnie fakt, że synowa (żona, matka) w tej samej chwili też rodzi kolejne, ósme już dziecko. Po chwili można się zorientować, że w kraju, gdzie chęć posiadania syna jest do dzisiaj stanem graniczącym z obsesją opisywana rodzina posiada już siedmioro dzieci, a właściwie, żeby powiedzieć prawdę - siedem córek. Ich imiona są najlepszym dowodem rodzinnego amoku objawiającego się oczekiwaniem dziedzica. Bowiem dziewczęta mają na imię odpowiednio: Laidi (Nadchodzący Młodszy Brat), Zhaodi (Przywoływany Młodszy Brat), Lingdi (Wzywany Młodszy Brat), Xiangdi (Wytęskniony Młodszy Brat), Pandi (Spodziewany Młodszy Brat), Niandi (Upragniony Młodszy Brat), Qiudi (Wybłagany Młodszy Brat). Dlatego wszyscy są przy oślicy, machnąwszy ręką na kobietę, która nie umie dać syna.

Później jest już tylko gorzej - co chwila pojawiają się co rusz to inne wojska, panuje głód, trwają walki, kogoś gwałcą, kogoś zabijają, zmieniają się rządy, zmieniają się twarze, ludzie się kochają, nienawidzą, upada cesarstwo, przychodzą Japończycy, Guomintang, wreszcie Republika Ludowa aż do czasów obecnych. Ostatnia część wraca do czasów sprzed pierwszego rozdziału i czytelnikowi, który już już myślał, że nic go nie zadziwi, rozszerzają się zdumione oczy. Książka jest zdumiewającą dawką brutalnego realizmu, który z początku może być trudny do zaakceptowania. Co gorsza - wydaje się, że mimo przejaskrawień autor daje czytelnikowi prawdziwy obraz najnowszej historii Państwa Środka. Zresztą, kto oprócz Chińczyków może z podniesionym czołem powiedzieć, że wie, gdzie w tekście są przerysowania, a gdzie naga prawda? No bo - na przykład - który Europejczyk wiedział przed lekturą, że słomiany wieniec na szyi dziecka oznaczał tyle, że rodzina nie może już sobie z biedy pozwolić na jego żywienie, więc zdecydowała się wystawić je na sprzedaż? A i taki opis trzeba będzie przetrawić, gdy niejaka hrabina Rostow chce zaadoptować i wychować małą chińską dziewczynkę. Filantropka po prostu musi opędzać się od starców, którzy marzą tylko o oddaniu swoich wnuczek za darmo, bo wiedzą, że to ich (wnuczek) jedyna szansa na to, żeby nie zdechnąć rychło z głodu. Sami już pogodzili się z myślą o nieuniknionej śmierci głodowej, ale wciąż mają naiwne marzenia, że zjawi się ktoś, kto dzieci kupi. Nieważne po co - to jedyna szansa na przetrwanie, więc warto. Z czystym sumieniem polecam tę książkę każdemu.

No i przy okazji, ponieważ napisałem o Chinach takiego dnia, więc aż się prosi, żeby odpowiednio rzecz zakończyć: Xin Nian hao!

O dyletanckim patriotyzmie; 19.01.2008

Ang Lee jest amerykańskim reżyserem tajwańskiego (a więc w sumie chińskiego) pochodzenia, którego chyba przedstawiać nie trzeba. A skoro tak, to daruję sobie szczegóły na jego temat. Wczoraj (18.01.2008) wieczorem poszliśmy z małżonką do kina, żeby obejrzeć jego najnowszy film "Ostrożnie, pożądanie". Wróciliśmy lekko ogłupiali, bo film jest, moim zdaniem, dość dziwny. Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę z tego, w jakim czasie reżyser umiejscowił akcję. Jest to przełom lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku (pod koniec filmu okazało się, że właśnie rozpoczęła się wojna amerykańsko - japońska). Od kilku lat Japonia okupowała wówczas nadmorskie prowincje Chin, Mandżuria była teoretycznie niezależnym państwem pod rządami zdetronizowanego w Chinach cesarza Pu Yi (faktycznie była zależna od Japonii), tuż obok znajdował się maleńki kraik Meng Jiang, o którym coś więcej wiedzą chyba tylko specjaliści od tego regionu, a na pozostałych terenach rządzili już to komuniści (Mao Zedong), już to Guomintang (generalissimus Czang Kai Shek [czyli w innej wymowie Jiang Jie Shi]) lub kolaborancki rząd z Nankinu (Wang Jingwei). W tej mozaice sprzecznych interesów osadzona została fabuła dzieła. Sam film można podzielić na dwie warstwy. Pierwsza to obraz ówczesnego Hong Kongu i Szanghaju: ulice podzielone sznurkiem, za który nie wolno wejść Chińczykom pod groźbą zastrzelenia, ludzie zdychający z głodu, burdele, riksze, luksusowe restauracje, ekscesy Japończyków, brudne interesy biznesmenów. Druga warstwa to właściwa fabuła opowiadająca o grupce studentów patriotów, którzy pragną przysłużyć się ojczyźnie eliminując niejakiego pana Yi, szefa specjalnej policji rządu z Nankinu. Oglądanie pierwszej warstwy daje widzowi sporo zadowolenia (w końcu Ang Lee, będąc Chińczykiem, potrafił z pewnością dotrzeć do prawdziwych relacji). Denerwujące są, co prawda, komputerowo przetworzone obrazki panoramy Hong Kongu, gdzie trzeba było zmazać trzy czwarte miasta, żeby pokazać stan sprzed siedemdziesięciu lat, jednak to już drobiazgi, których nie ma się co czepiać.

Za to sama fabuła jest, moim zdaniem, tak bzdurna, jak tylko się da. W największym skrócie: grupa studentów z dobrych domów poczyna sobie wyjątkowo dyletancko, od początku stając się obiektem zainteresowania różnych służb specjalnych. Nawet dość przypadkowe zabójstwo małego kolaboranta, niejakiego pana Cao, przeprowadzone jest tak nieudolnie, że aż boli na to patrzeć. Dalej nic lepiej - akcja przenosi się z Hong Kongu do Szanghaju, bo tam przeprowadziła się rodzina pana Li. Główna Mata Hari grupy, panna Wang ma za zadanie stać się kochanką pana Li, zyskać jego zaufanie i umożliwić w ten sposób jego likwidację. Plan powodzi się jedynie do pewnego stopnia - panna Wang, udająca żonę drobnego kapitalisty, rzekomego pana Maka, dostaje się do ścisłego grona znajomych szefa policji (grywa w madżonga z jego żoną, a nawet czasowo mieszka w jego domu), jednak związek z nim (zresztą wyjątkowo nieapetyczny - kto zechce, sam zobaczy w kinie) doprowadza do spojrzenia na pana Li innymi oczyma. W finale panna Wang zawodzi na całej linii, a w wyniku tego kończy marnie wraz ze swymi kolegami, co nie powinno dziwić. W sumie to przewrotny film o samotności uzurpatorskiej władzy, źle ukierunkowanej miłości i fałszywym poczuciu obowiązku patriotycznego. Dla pierwszej warstwy filmu bardzo polecam (jednak to tylko kilka minut z całego seansu). Dla drugiej warstwy - równie stanowczo odradzam, bo to zwykła chała zrealizowana na fali modnego zainteresowania Dalekim Wschodem.

Denerwujące jest też to, że tłumaczenie (ścieżka dźwiękowa jest po chińsku) bywa miejscami dość dziwne. Kiedy żony wysokich dygnitarzy grają sobie na pieniądze w madżonga, oczywiście paplają o tym i o owym, i nie tylko słychać, ale i w podpisach u dołu ekranu widać, że jedna to "Mak Taitai", druga "Yee Taitai", wreszcie trzecia to bodaj "Wang Taitai". Wydaje się mało prawdopodobne, żeby wszystkie panie miały na imię tak samo (w Chinach najpierw podaje się nazwisko, a później imię). Czy to w ogóle możliwe? Oczywiście, że nie - bo "taitai" po nazwisku to tyle, co nasza "Pani". A więc były to "pani Mak", "pani Yi" i "pani Wang". Dlaczego tak to nieudolnie przetłumaczono, tego nie wiem i pewnie już się nie dowiem. W końcu to nie mój problem.

O braciach mniejszych; 28.08.2008

Ten tekst nie ma żadnych konotacji politycznych, choć mowa o braciach. Rzecz o rynku zwierzęcym w Guangzhou (Kantonie) w Chinach. Byłem tam w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, więc myślałem, że coś mogło się od tego czasu zmienić. Chyba jednak niezbyt wiele, skoro w sieci łatwo można odnaleźć straszne opowieści na temat tego rynku (np. wpis na anglojęzycznym blogu aktywistki Animals Asia Foundation z 04.02.2008 - ). Za mojej bytności rynek zlokalizowany był w samym centrum miasta - kilka minut drogi od hotelu łatwo było znaleźć kilka wąskich uliczek, tworzących prostokątną sieć pieszych ciągów, pełnych ludzi, którzy przyszli na zakupy lub tak jak ja - pogapić się na egzotykę. Znajomi ostrzegali, że tam wchodzi się na własną odpowiedzialność, bo - podobno - zdarzały się przypadki zasłabnięć turystów z zachodu. A przecież z początku wydawało mi się, że pogłoski o dziwnym charakterze tego rynku były grubo przesadzone! A było tak dlatego, że wszedłem od nietypowej strony i zacząłem wizytę od uliczek ofiarujących płody rolne. Po obydwu stronach uliczek stały dość dziadowskie kramy, często osłonięte jakimiś markizami, czy parasolami. Gdzieniegdzie składy (czy może sklepy) znajdowały się też na parterze domów. Oczom ukazywały się najróżniejsze ziarna roślin strączkowych w dużych, otwartych workach, jakieś zboża (?), a także wiele kolorowych ziaren, które nie kojarzyły mi się absolutnie z niczym. Inna uliczka miała odmienną specjalizację. Tu widziało się więcej niewielkich pojemników, a w nich jakieś trawy, liście, zioła (raczej suszone, ale może i świeże były, tylko pamięć już odmawia mi współpracy), suszone koniki morskie w słojach, chyba cykady, czy jakieś inne ukatrupione owady, a wreszcie natrafiało się na pierwsze tchnienie horroru. Proszę wyobrazić sobie mały krzyżyk wykonany z cienkich pręcików (pewnie z bambusa), ale z dodaniem jeszcze jednej poprzecznej beleczki bliżej drugiego końca. Na takich zmodyfikowanych krzyżykach wisiały sobie przywiązane jakąś nicią wysuszone niewielkie jaszczurki, rozpięte niczym suszące się firanki, każda łapka w inną stronę. Wyobraźnia zaczynała nieprzyjemnie pracować, zadając sobie pytanie, czy jaszczurki przywiązywano do drewienek martwe, czy zdychały już na nich? Jednak wówczas musiałyby mieć jakieś przedśmiertne konwulsje, a wyglądały dość spokojnie. A może jednak się myliłem? Nie znalazłem nigdy odpowiedzi na to pytanie. A uliczka była po prostu zagłębiem surowców niezbędnych w chińskiej medycynie tradycyjnej.

Nic to! Mężnie poszedłem dalej i trafiłem na tę ulicę, która przyćmiewała wszystkie inne - był to właściwy rynek zwierzęcy. Po obu stronach siedzieli na składanych krzesełkach kupcy wystawiający swój towar. Najczęściej zachęcający do kupna żywy eksponat znajdował się w plastikowej misce, zaś inne sztuki były zamknięte już to w metalowych klatkach, już to w koszykach plecionych z bambusa (choć, prawda, nie zawsze). Klatki były wielkości większej walizki, co nie przeszkadzało upakować do nich przemyślnie pięć - sześć razy tyle zwierza, ile potrafiłby tam zmieścić najbardziej sadystyczny człowiek z tzw. cywilizacji zachodniej - pewnie nawet nie dlatego, że takie ma dobre serduszko, tylko, zwyczajnie, jest na tym polu za głupi. W wyniku tego miało się wrażenie, że patrzy się nie na klatkę, tylko na powiększone zdjęcie rentgenowskie jakiejś gigantycznej puszki sardynek, tak bardzo kolejne łby, łapy, czy skrzydła zlewały się w jedną plamę, nieruchome z przymusu, bo nie miały zbyt wiele miejsca. Bogatsi kupcy mieli po kilka takich klatek, usztaplowanych jedna na drugiej, biedniejsi nieraz tylko jedną. Nieprzyzwyczajony turysta szedł naprzód, zastanawiając się, gdzie trafił. Bo też bogactwo wyboru było przeogromne! Zdumionym oczom ukazywały się zwykłe kury oraz ich siostry, których pióra są białe i, jakby to określić?, kędzierzawe, zaś skóra pod tymi piórami - czarna. Cały fragment ulicy dedykowany psom opasowym i takim kotom, smętnie siedzącym w klatkach. Żaby duże i małe. Węże - krótsze i dłuższe, grubsze i cieńsze, o skórze w fantazyjne wzory i całkiem jednolite. Same węże w workach, a sprzedawca trzymał zwykle jednego metalowym chwytakiem, pokazując zainteresowanym. Dalej żółwie - do wyboru i koloru. Małe, średnie, duże, płaskie, wypukłe, a wreszcie skórzaste. Później ryby, z trudem oddychające w miskach zasilanych wężami podłączonymi do kranów z bieżącą wodą w celu podtrzymania ich przy życiu (dookoła temperatura grubo ponad trzydzieści stopni, wilgotność minimum z 90%), więc tak po prostu zarżnięte zepsułyby się zbyt szybko, pozbawiając właściciela oczekiwanego zysku. Przy żółwiach istny cymes - stwór, którego nazwy szukałem później długo w źródłach, a który kojarzył mi się jedynie z kopalnym trylobitem. Jego nazwa to skrzypłocz, inaczej mieczogon (po angielsku horseshoe crab, a po francusku limule - nauczyłem się, bo chciałem potrafić opowiadać o tej wycieczce znajomym). Tłumaczono mi, że przy odrobinie szczęścia można na rynku kupić żywego pancernika! Nie wiem, czy to prawda. Ja tego szczęścia nie miałem i trzeba było obejść się bez pancerniczyny.

A dalej kupcy specjalizujący się w gołąbkach (to one siedziały w opisywanych już uprzednio koszach, jeden na drugim) i jakichś niewielkich ptaszkach. Banalna codzienność - nawet nie spoglądam, spragniony czegoś wyjątkowego. Obok jakaś bardziej przedsiębiorcza Chinka zaczęła mi machać przed nosem wypasionym jeżem, zachęcając, najwyraźniej, do kupna. Pudło! Nie rozumiem w ząb kantońskiego dialektu, bardziej zbliżonego ponoć do wietnamskiego, niż odmiany pekińskiej. Rozczarowana moją obojętnością rzuca jeżem do celu - miski, w której siedziały grzecznie inne jeże opasowe, aż zadudniło. A dalej, w następnej misce, biega w kółko niewielki krab. Zupełnie jak oszalały - ale to dobrze, bo pokazuje wszystkim jaki jest silny, a więc na pewno smaczny i pożywny. Zaraz, coś mi nie pasuje - pochylam się nad michą i rozjaśnia mi się w głowie. Kupiec trochę "podkręcił" kraba, zdzierając mu żywcem górną pokrywę pancerza. Też bym pewnielatał jak z pieprzem, gdyby to mnie się coś takiego przydarzyło. Widać jednak bez żadnych osłonek, że krab ma w sobie dużo elementów jadalnych. Chyba jakiś dziwny jestem - dlaczego nie cieknie mi ślinka? Obok inne żywe kraby w kilku rozmiarach i kształtach, jakieś krewetki i chyba nawet skorpiony. Na ulicy leży żywy dzik. Żeby nie uciekł ma połamane nogi. Ani drgnie, ani mrugnie, ani chrumknie. (Tak w ogóle w opisie blogerki, której adres zamieściłem na początku mówi ona, że słyszała z daleka hałas czyniony przez nieszczęsne zwierzęta. To dziwne - ja pamiętam, jak bardzo byłem zaskoczony tym, że wszystkie stwory siedziały zupełnie apatycznie i cicho w oczekiwaniu na śmierć. Myślę, że to chyba najgorsza kara dla tych, którzy wierzą w reinkarnację - obudzić się jako zwierzę w Chinach, albo ogólnie na Dalekim Wschodzie). A dalej sarenka, tak samo spreparowana; widać, że oddycha, ale nawet łba nie podniesie. I jeszcze kupiec oferujący jakieś gryzonie, podobne do myszy. A może to nawet i myszy? Zaczynam się gubić, jak to cudzoziemiec. Z kolei segment jatek. Wkoło latają grube muchy i wreszcie słychać jakiś dźwięk inny od głosów ludzkich. Widok różnorodnych płatów mięsa nie porusza mnie specjalnie - w kraju też bywam u rzeźnika, więc niby czym mogą mi tu zaimponować? Rozpoznaję jednak (po łbie) sarenkę, której ćwiartka wisi na haku, niedokładnie na nóżce blisko kopytka odskórzona. Zaczynam mieć dość tego rynku. Czas najwyższy pójść do małej, prywatnej restauracji, których pełno w okolicy. Pokazać palcem najmilszego psa czekającego w klatce przed drzwiami oraz podyskutować z kelnerem, który wąż będzie do niego najlepiej pasować. Nie trzeba czekać długo, pijąc piwo i zajadając się innymi daniami - czas prędko mija. I już niedługo uśmiechnięty kelner przynosi talerz, a na nim kawałki wybranego psa pomieszane z wybranym wężem - ta potrawa nazywa się "walka smoka z tygrysami". A kelner patrzy z nieukrywanym podziwem. Obcokrajowiec, a potrafi się znaleźć.


Poprzedni rozdział‚

Spis treści

Następny rozdział‚


© YPY - Strona utworzona i publikowana 28.04.2019