|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O birmańskim dzwoneczku; 17.03.2011
Kiedy jakiś już czas temu czytałem klasyczne chińskie dzieło "Kwiaty śliwy w złotym wazonie" (podobno uwielbiał
je Wielki Sternik), brała mnie zwykła, plebejska cholera, gdyż wydawca uważał, że wszyscy czytelnicy będą
wyrafinowanymi wielbicielami Orientu, wiedzącymi co i jak, a nikt, najwyraźniej, nie brał pod uwagę możliwości
wzięcia dzieła do rąk przez takiego prostaka, jak ja. Bo też zwyczajnie miejscami gubiłem się zupełnie i w mojej
nieporadności przestawałem rozumieć, co się dzieje, a żadnych przypisów przybliżających wyuzdanie Azji nie było.
A nie ma czego ukrywać - to jest książka pełna erotyki i kto przestaje rozumieć, zaczyna żałować. Tak właśnie się
czułem, gdy chłonąłem opisy przygotowań głównego bohatera do zbliżenia z kolejnymi konkubinami. A on podchodził do
sprawy naukowo i metodycznie, korzystając pełną gębą (?) ze zdobyczy swojej cywilizacji. Przed pożyciem łykał
specjalną pigułkę pobudzającą, a gdy już czuł jej działanie, nakładał sobie w odpowiednie miejsca nefrytową
nakładkę, srebrne podtrzymadełko i birmański dzwoneczek. Pal licho nakładkę i podtrzymadełko! Z nazw mogłem się
- lepiej, czy gorzej - domyślać o co chodzi; przynajmniej z grubsza. Natomiast "birmański dzwoneczek" okazał się
klęską na całej linii, bo nie mogłem nigdzie znaleźć wytłumaczenia co do charakteru tego wynalazku. Załamywało mnie
to dość długo, aż kilka tygodni temu - eureka! - znalazłem odpowiedź w książce "Sexual life in ancient China"
pióra R. H. van Gulika.
Autor opisuje, że pewien uczony z epoki Ming wspomina o przedmiocie zwanym mian ling, używanym przez kobiety do
masturbacji. Mian ling znaczy podobno tyle, co "dzwonek wysiłku", a słowo "mian" jest takie samo jak w nazwie
Birmy, która współcześnie każe się zwać Mianmarem, więc coś tam zaczyna zaskakiwać na swoje miejsca w tej układance.
Mingowski uczony twierdził, że mian ling pochodziło od barbarzyńskich żołnierzy (co dziwne, u Chińczyków wszystkie
takie utensylia miały pochodzić z zewnątrz, spoza Chin), a była to mała, srebrna, wydrążona kulka, umieszczana w
pochwie przed stosunkiem. Przytoczono od razu (czemu sobie żałować?) całą opowieść, jakoby w Birmie żył lubieżny
ptak, którego nasienie używa się jako seksualnego aktywatora. Lud zbiera spermę ptaka rozbryźniętą na kamieniach
i zamyka ją w małych pojemniczkach miedzianych o kształcie stożkowego dzwonka, stąd nazwa "birmański dzwoneczek".
Uczony twierdził, że kiedyś do jego domku na wsi przyszedł człowiek, który chciał mu sprzedać taki przyrząd.
Był on [gadżet, nie człowiek] ponoć mały niczym idealnie gładki owoc longana. Gdy tylko rozgrzał się od ręki
uczonego, zaczął się sam z siebie przemieszczać i w dodatku wydawać z siebie cichy dźwięk. Ponieważ uczony miał
inne cele, niż kotłowanie się w pościeli (a w dodatku, nie mając doświadczenia na polu takich utensyliów nie
wiedział, czy to oryginał, czy falsyfikat), do zakupu nie doszło.
Inny uczony tego okresu twierdził z kolei, że ten sam przyrząd mógł być używany także przez mężczyzn. I znów
spotykamy się z tym owładniętym myślą o seksie ptaku: "Mówi się, że birmański dzwoneczek zawiera spermę
mitycznego ptaka zwanego Peng. Ten ptak jest skrajnie lubieżny, więc kobiety przed nim uciekają, bo gdy je
dopadnie chce odbyć z nimi stosunek. Dlatego Birmańczycy konstruują lalkę ze słomy, odziewają ją w kobiece szaty,
a na głowie umieszczają szpilki do włosów i wianki z kwiecia. Widząc taką lalę ptak traci rozum, rzuca się na
nią, kopuluje jak szalony i pozostawia swoją spermę. Ludzie zaś zbierają ją i zamykają w w dwóch złotych
połówkach małych kulek wielkości grochu. Jeśli mężczyzna umieści sobie taką kulkę na swoim penisie i odbywa
stosunek z kobietą, to wówczas jego potencja będzie znacznie wzmocniona. Tyle, że barbarzyńcy nie sprzedają
tych rzeczy cudzoziemcom i można je zdobyć jedynie poprzez pojmanie barbarzyńcy. Mieszkańcy prowincji Yunnan
produkują podróbki z ziaren rośliny Tribulus terrestris - jeśli ktoś potrząśnie takim falsyfikatem, to ten
zacznie poruszać się o własnych siłach, ale tylko oryginał wydaje z siebie dźwięk podczas ruchu".
Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że już wtedy (dynastia Ming panowała w latach 1368-1644) Chińczycy produkowali
podróbki - widać jak na dłoni, że to wcale nie jest wymysł ostatnich lat.
PS A może to były "Wspomnienia chińskiej kurtyzany"? Albo jeszcze inne dzieło tego typu? Nie pamiętam.
Najważniejsze, że jeden punkt niewiedzy został właśnie skreślony.
O fascynacji Dalekim Wschodem; 04.07.2011
O Chinach - podstawy podstaw
I. Prawdziwa chińszczyzna: język i pismo
Jeśli na mapie zaznaczy się kierunki świata: bei 北 (północ), nan 南 (południe),
xi 西(zachód), dong 东; (wschód), to zauważy się, że pomiędzy nimi znajduje się
niepokojąca pusta przestrzeń. A że natura boi się próżni, więc na Dalekim Wschodzie wzięto tę obawę poważnie i
ustalono arbitralnie, że i tam należy coś wpisać, by pustkę zapełnić. Tak powstał piąty kierunek świata: środek
(zhong - 中). Można długo dywagować nad oczywistą wyższością pięciu kierunków świata nad czterema,
jednak wydaje się, że mija się to całkowicie z celem, bo tu akurat nikt nie dojdzie prawdy. Dotyka się tu jednak
czegoś, co jest jednym z wyznaczników tamtejszej kultury. Łatwości tworzenia całych opowieści, mniej lub bardziej
alegorycznych, mających na celu wytłumaczenie takiego, a nie innego kształtu znaku.
Cóż bowiem może bardziej przemawiać do wyobraźni, niż tarcza, w której celny strzelec umieścił swą strzałę
dokładnie w dziesiątce? W samym środku, w istocie wszystkiego, w symbolicznym punkcie doskonałości? A tak właśnie
tłumaczy się wydźwięk znaku zhong.
Tak więc lokalna nazwa kraju: 中 Zhongguo to tyle, co "kraj środka". Wynika z tego w sposób
oczywisty, że znak guo 国 musi oznaczać "kraj". To kolejny strzał w dziesiątkę, chociaż rzeczywistość jest
troszkę bardziej złożona. Znak ten jest bowiem tylko tak zwaną formą uproszczoną, bo forma tradycyjna, nieuproszczona
wygląda tak: 國. Osoby niewtajemniczone zakrzykną, co prawda, że obydwie formy są skomplikowane, ale nie będą miały
racji. Autorytatywnie trzeba powiedzieć, że formy uproszczone są faktycznie uproszczone.
A było tak. Kiedy po wojnie domowej w latach czterdziestych ubiegłego wieku siły generalissimusa Chang Kaisheka
(蒋介石 Jiang Jieshi; 蒋中正 Jiang Zhongzheng) zostały zmuszone do ucieczki
na Tajwan, a do Pekinu wkroczyli komuniści Mao Zedonga (毛泽东), ogłoszono pierwszego października
1949 powstanie państwa ludowego (Chińska Republika Ludowa). Pomiędzy licznymi problemami, z którymi przyszło im się
zmierzyć, był także wręcz tragiczny analfabetyzm. To akurat wydaje się oczywiste, że system pisma składającego się
z wielu tysięcy znaków nie będzie sprzyjał powszechności umiejętności czytania ni pisania.
Pojedynczy znak chiński to grupa kresek i kropek, przy czym najprostszy znak to jedna kreska,
a najbardziej skomplikowane mają tych elementów nawet trzydzieści kilka. Pominięcie jednej
składowej może prowadzić do całkowitej zmiany znaczenia znaku. Dlatego komuniści postanowili
ułatwić masom naukę i zlecili komisji złożonej z naukowców opracowanie łatwiejszych, mniej
skomplikowanych form graficznych najbardziej popularnych znaków. Jednocześnie silny nacisk
położono na romanizację zapisu, wprowadzając obowiązkowo do szkół alfabet łaciński jako
pomocniczy system zapisu.
Były to lata pięćdziesiąte zeszłego wieku. Analfabetyzm, przynajmniej oficjalnie, zlikwidowano.
Jednak wraz z podniesieniem poziomu oświaty zaszło coś, czego nikt się nie spodziewał.
Powszechnym stała się moda na udowadnianie innym, że zna się także znaki tradycyjne, te
trudniejsze. Poza tym trzeba jeszcze pamiętać, że znaki chińskie są używane nie tylko w ChRL,
ale także w Hong Kongu, Macao, na Tajwanie, wśród diaspory chińskiej w Singapurze oraz w
Japonii. Wszystkie te kraje nie zastosowały pekińskiej reformy lub upraszczały znaki na własną
rękę, zupełnie inaczej, niż w Chinach kontynentalnych. Dlatego znajomość wszystkich form - i
nowych i starych - jest przydatna. Znaki japońskie, powstałe z przystosowania znaków chińskich,
wykraczają poza zakres tego krótkiego omówienia.
Opisany pokrótce system zapisu służy uwiecznieniu mowy należącej do rodziny chińsko-tybetańskiej.
Niestety, nie ma jednego języka chińskiego. Co więcej, Chińczyk wcale nie określi swego języka
jako chińskiego, tylko jako Han yu 汉语(język Han). Bierze się to stąd, że kiedyś,
za rządów dynastii Han, państwo było tak silne i zamożne, że każdy chciał tam mieszkać i
ludność zaczęła nazywać się ludźmi Han (Han ren - 汉人). Było to mniej więcej dwa
tysiące lat temu, co tylko potwierdza, jak bardzo historia wpływa na życie na Dalekim
Wschodzie.
Wracając do języka chińskiego - specjaliści twierdzą, że nie ma jednego takiego języka.
Należy podobno dzielić tę grupę językową na dwie podgrupy: północną i południową. Języki
północne są do siebie mniej więcej podobne, zaś południowe są bardziej zróżnicowane i dość
odrębne od tych z grupy północnej. Podobno są bardziej zbliżone do wietnamskiego, niż do
dialektów północnych, w tym do oficjalnego chińskiego. Językoznawcy utrzymują, że zwykle
dialekt stolicy staje się oficjalną wersją językową, niezależnie od tego, o jakim państwie
mówimy. Tak samo było w Chinach. Za wersję normatywną przyjęto język okolic Pekinu, który w
źródłach nie-chińskich określa się jako mandaryński (Mandarin Chinese), zaś sami Chińczycy
mówią o nim "wspólna mowa" - putonghua. Tak jak w krajach niemieckich każdy mówi w swojej
małej ojczyźnie po swojemu, zaś gdy trzeba przechodzi na Hochdeutsch - tak samo jest i w
Chinach. Od 1958 roku dialekt pekiński jest nauczany obowiązkowo we wszystkich szkołach, więc
każdy, kto ma mniej niż sześćdziesiąt lat ma szansę dogadania się ze współobywatelami z innych
prowincji. Bez tego nie jest to takie oczywiste.
Wszystko dlatego, że im dalej na południe,
tym więc tonów. Bowiem języki chińskie są tonalne, to znaczy, że taka sama sylaba wypowiedziana
inną melodią znaczy coś zupełnie innego. W mandaryńskim mamy cztery tony, w Szanghaju już pięć,
a im dalej na południe, tym liczba tonów rośnie, osiągając siedem, czy nawet więcej przy
granicy z Wietnamem. Dokładając tę wiadomość do informacji, że grupa południowa języków
chińskich różni się znacznie od języków grupy północnej mamy komplet - Chińczyk z północy
nie dogada się z Chińczykiem z południa, jeżeli każdy z nich będzie się upierał i gadał w
swoim narzeczu. Gdy spotkają się mieszkańcy sąsiednich prowincji, to nie ma wielkiego
problemu - albo mówią tym samym językiem, albo różnice są jeszcze niewielkie. Rosną jednak
znacząco wraz z odległością pomiędzy miejscami zamieszkania rozmówców. Na szczęście pismo
jest wspólne i wszędzie takie samo. To znaczy: znaki mają wszędzie identyczne znaczenie,
chociaż obywatel Pekinu przeczyta je inaczej, niż mieszkaniec Kantonu, czy Hong Kongu. Dla
przykładu - znana dzielnica Hong Kongu nazywa się 九龍 Kowloon (to znaczy
"dziewięć smoków"). Te same znaki człowiek z północy przeczyta "jiou long" i również dla niego
to będzie "dziewięć smoków".
No i co trzeba robić, jeśli chcą się dogadać obywatele, z których jeden pochodzi z Mandżurii,
a drugi z wyspy Hajnan, a więc z dwóch krańców państwa? Odpowiedź jest prosta - przejść na
dialekt pekiński. No a starzy ludzie, którzy nie uczyli się putonghua mają jeszcze jedną
szansę. Mówią do siebie, a jednocześnie kreślą palcem na wnętrzu dłoni słuchacza (?) właściwe
znaki. Ten niespecjalnie rozumie, co druga osoba mówi, ale potrafi przecież czytać. Później
role się odwracają - drugi pisze pierwszemu na dłoni, a teraz ten czyta, niezbyt rozumiejąc
mowę. A co mają robić niepiśmienni? Trzeba było się uczyć, bo teraz można już tylko poprosić
innych o pomoc.
Była tu mowa o prowincjach, czyli takich jakby chińskich województwach. Jest ich dwadzieścia
kilka, a przeciętny Polak nie wyduka nazwy nawet jednego z nich, chociaż zwykle są ludniejsze
niż cały nasz kraj. Ich nazwy pokazują przyziemność tamtejszego słowotwórstwa, co może dziwić,
bo zwykle kojarzymy z Chinami nazwy wyszukane i poetyczne: te wszystkie Oczy Feniksa czy
Tchnienie Smoka. A tu okazuje się, że prowincje nazywają się wręcz prostacko. Ot, płynie
sobie rzeka (河 he) i rozdziela ziemi szmat. Rzeka płynie równoleżnikowo, więc
jedna prowincja nazywa się "Na północ od rzeki": 河北 Hebei, a druga, oczywiście:
"Na południe od rzeki" - 河南 Henan. Kawałek dalej mamy kompleks olbrzymich
jezior, a jezioro to po chińsku 湖 hu. I od razu, jak łatwo się domyśleć, mamy "Na
północ od jeziora" - 湖北 Hubei, a druga: "Na południe od jeziora" - 湖南
Hunan. Niedaleko Pekinu są niewielkie, ale wyraziste południkowe góry (山 - shan), więc
nazwy tamtejszych prowincji każdy utworzy teraz już nieomal automatycznie: "Na wschód od gór"
- 山东 Shandong i "Na zachód od gór" - 山西 Shanxi.
Istnieje jeszcze prowincja Shaanxi, która leży dość daleko od Shanxi. W czym rzecz? I dlaczego
podwójne "a"? Widać to na pierwszy rzut oka, gdy używa się znaków chińskich (陕西
Shaanxi i 山西 Shanxi). Chodzi o odróżnienie tonu sylaby: 陕 to trzeci ton,
a 山 -pierwszy. Podwójne "a" to zapis odróżniający nazwy obu prowincji literami
łacińskimi, będący chyba już ostatnim reliktem propozycji innej
romanizacji zapisu,
przedstawionej przez naukowca chińskiego bodaj jeszcze przed II Wojną.
Po tym krótkim wstępie doszliśmy do momentu wyjaśnienia tonów języka mandaryńskiego. Jest
ich cztery. Przywykło się je nazywać niewymyślnie: pierwszy, drugi, trzeci i czwarty. Albo
bardziej szczegółowo, pokazując, jaki rodzaj modulacji należy stosować:
1. pierwszy: równy
2. drugi: wznoszący
3. trzeci: opadająco-wznoszący
4. czwarty: opadający.
W zapisie alfabetem łacińskim używa się kreseczek nad samogłoską: ē, é, ĕ, è,
albo podając tony w nawiasach za sylabą: shan(1), shan(3). W zasadzie cudzoziemiec ma
niewielkie szanse, żeby nauczyć się prawidłowej wymowy. Nawet, jeśli włoży w to wiele wysiłku
i opanuje ją poprawnie, to - najprawdopodobniej - będzie to czynił z widoczną, egzaltowaną dla
słuchacza, przesadą, która może śmieszyć Chińczyków. Bywają, oczywiście, wyjątki.
Przy okazji, nawet w tak okrojonej wypowiedzi o Chinach, trzeba podać żelazną regułę
chińskiego ---> jedna sylaba = jeden znak.
II. Geografia, klimat i trochę historii
Chiny są krajem przeogromnym. Jeżeli nałoży się ich kontur na mapę Europy, to okaże się, że
wymiarowo są to twory podobne. Dlatego na północy i w Tybecie (西藏 - Xizang)
zimy mogą być bardzo mroźne, podczas gdy na południu nikt nie widział śniegu. Większość
ludności mieszka na równinnym wschodzie kraju, podczas gdy górzysty i wyżynny zachód jest
raczej niezaludniony. Takie ukształtowanie terenu daje w rezultacie dużą prędkość zmian
pogody. Niziny nadmorskie, pozbawione gór, nie stanowią bowiem żadnego oporu dla mas
powietrza. Dlatego południkowe wiatry gnają bez żadnej przeszkody ciepłe powietrze na linii
północ - południe. Zmienność pogody widoczna jest "w oczach" - dobowe różnice temperatury
mogą dochodzić nawet do kilkunastu stopni. Pył z odległej pustyni Gobi (戈壁 -
Gebi) potrafi dolecieć daleko na południe od Pekinu, pokrywając wszystko cienką czerwonawą
warstewką. Dopiero na południu kraju pokazują się malowniczo postrzępione góry, znane z
fotografii i różnych starożytnych obrazów.
Przez Chiny płynie kilka wielkich rzek, licząc od północy: Huang he (黄河 - Żółta
Rzeka) - 5.464 [km], Jangcy jiang (w chińskim używa się nazwy: 长江 - Chang jiang
dosł. Długa Rzeka) - 6.418 [km] długości, a już na południe od Hong Kongu - Rzeka Perłowa
(珠江 - Zhu jiang) - 2.200 [km]. Ich wody pozwalają na nawodnienie wielkich
połaci kraju. Warto zauważyć, że od miasta Hangzhou (na południe od Szanghaju), przez Jangcy
i rzekę Żółtą, daleko na północ (bo praktycznie aż do stolicy) biegnie najdłuższa na świecie
sztuczna droga wodna, zbudowana przez ludzi: tak zwany Wielki Kanał (大运河
- Da Yunhe), liczący sobie około 1.800 kilometrów, budowany przez kilka dynastii.
Na swej drodze Huang he przepływa przez obszar lessowy, skąd porywa olbrzymie ilości gruntu
i dlatego zmienia tam swój kolor na żółty. Z powodu wysokiej zawartości lessowego błota,
płynąc już przez Nizinę Chińską ulega często zamuleniu, przez co "zatyka się", wylewa i zmienia
swoje koryto. Takie wydarzenia mają zawsze tragiczny wymiar, gdyż pociągają za sobą śmierć
setek tysięcy, a nawet kilku milionów, ludzi. W czasach historycznych zanotowano półtora
tysiąca wylewów i dwadzieścia kilka (26) zmian biegu koryta rzeki, przy czym skrajne miejsca
wpadania rzeki do morza są odległe od siebie o kilkaset kilometrów (maksymalnie nawet
900 [km]). To tak, jakby Wisła raz uchodziła do Bałtyku w okolicach Gdańska, a raz gdzieś
koło Kilonii.
Inną ciekawostką dotyczącą tej rzeki jest to, że stosunkowo duże ilości mułu powodują
podniesienie łożyska rzeki w jej dolnym biegu, przez co rzeka płynie w wałach ponad poziomem
okolicy. Od tysiącleci rzeka wpływała na historię kraju. A to z tego powodu, że wierzono tam
(i bodaj wierzy się do dzisiaj), że dobra władza sprawuje swój urząd z Mandatu Niebios
(天命 - Tian ming). Dopóki władza jest dobra, dopóty Niebiosa jej sprzyjają.
Gdy jednak władza wynaturza się i staje się przeszkodą dla rozwoju kraju, wówczas Bogowie
cofają swoje poparcie dla władzy, co od razu widać gołym okiem. Po prostu na kraj spadają
nieszczęścia: trzęsienia ziemi, susze powodujące głód, czy wreszcie zatkanie Huang he
skutkujące katastrofalną powodzią itd. Doświadczając takich znaków cofnięcia Mandatu Niebios
lud tracił cierpliwość, wzniecał powstania i kilkakrotnie dochodziło do obalenia starej i
powołania nowej dynastii.
Historia powtarzała się tu z pewną udokumentowaną cyklicznością. Z biegiem lat dynastia
zwykle się degenerowała, poszczególni władcy oddawali się uciechom życia dworskiego,
konkubinom, koteriom i przyjemnościom, które wymagały pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.
Dlatego decydowano się na podnoszenie podatków, wierząc, że lud musi przetrzymać wszelkie
kaprysy swego władcy. Niewielkie powstania trwały właściwie zawsze, ale z racji swej
ograniczoności terytorialnej były z łatwością pacyfikowane przez wojsko. Wielu władców
zostało owładniętych myślą o życiu wiecznym tu na ziemi i kroniki mówią o przynajmniej kilku,
którzy zmarli po zażyciu eliksiru nieśmiertelności. Dopóki wszyscy przyjmowali milcząco, że
władza ma Mandat Niebios, jakoś to - lepiej, czy gorzej - szło. Do czasu jednak. Bowiem gdy
zdarzył się któryś z wymienionych wcześniej kataklizmów na wielką skalę, wówczas wybuchały
równie wielkie niepokoje, już na skalę ogólnopaństwową.
Powstańcy organizowali się we własne
oddziały, czasem część wojska przechodziła na ich stronę. Dobry i zdolny dowódca (nawet z ludu)
mógł zdobyć wielką popularność i, w rezultacie, po zdobyciu stolicy mógł założyć własną
dynastię. Pierwsze jego ruchy były zawsze takie same. Najpierw trzeba było zabić wszystkich
członków poprzedniej dynastii, wraz z dziećmi, żonami i konkubinami, a następnie ulżyć ludowi
poprzez zmniejszenie podatków, nakazanie prac publicznych, obniżenie cen urzędowych,
zmniejszenie długów, rozdanie ziemi, ukaranie najbardziej znienawidzonych urzędników,
wymianę arystokracji na nowe rody, zniesienie monopoli itd. Zazwyczaj najlepszymi cesarzami
byli ci pierwsi, a czasem drudzy z kolei - na samym początku nowej dynastii. Później
następowało uspokojenie państwa, na tronie można było łatwo przyzwyczaić się do myśli, że
władza należy się nam jak psu micha, więc czas na jakieś drobne przyjemności, stąd późniejsi
władcy przestawali się interesować stanem państwa, przedkładając nad to uciechy życia
dworskiego, konkubiny, koterie, co wymagało pieniędzy, więc trzeba było wreszcie zapomnieć o
dobru ludu i podnieść podatki. Aż po kilku pokoleniach znowu zdarzyła się naturalna
katastrofa, albo coś jeszcze gorszego - z północy na teren osłabionego państwa wjeżdżali
barbarzyńcy z silnym postanowieniem przejęcia władzy. Zdarzyło się to kilkakrotnie.
Za każdym
razem powtarzał się podobny scenariusz. Niewielki lecz bitny naród barbarzyńców wkraczał konno
ze stepów, pokonywał siły cesarskie, zdobywał stolicę, mordował wszystkich ważnych wraz z ich
żonami, małżonkami i konkubinami, przejmował władzę i zakładał nową dynastię. A to wszystko
przy całkowitej obojętności ludu, któremu zwykle było wszystko jedno, komu płaci podatki,
pamiętając przecież o Mandacie Niebios. Nowa władza przyjmowała chętnie wszelkie zdobycze
cywilizacji chińskiej, sinizowała się bardzo szybko i najdalej po kilku pokoleniach śladu
nawet nie było po tych barbarzyńcach, bo roztapiali się w chińskim morzu. Dalej już szło
według poprzedniego scenariusza. Właśnie z tego powodu, żeby uniemożliwić barbarzyńcom
wkraczanie do Chin, postanowiono odgrodzić się od nich realną przeszkodą, której nie byliby
w stanie sforsować. Tak powstał najbardziej chyba znany na świecie symbol Chin, czyli Wielki
Mur (长城 - Chang Cheng, dosłownie: "Długie Miasto") - mający w chwili świetności
około 6.700 kilometrów długości. Rozpoczynał się na północ od Pekinu nad samym morzem i
ciągnął się tysiącami kilometrów w głąb Azji aż do nieprzejezdnej pustyni. Miejscami
rozgałęział się, co jeszcze komplikowało jego zbudowanie. Co pewien odcinek stacjonowały
przy nim garnizony wojskowe, a z wież muru miano kontakt wzrokowy z sąsiadami, aby móc ich
w odpowiednim momencie zaalarmować rozpalonymi ogniskami o grożącym niebezpieczeństwie
najazdu. Budowla robi ogromne wrażenie swoim ogromem, choć turysta jest tam zadziwiony, że
w udostępnionym miejscu (zwykle w Badaling [八达岭] jakieś 80 kilometrów
od Pekinu).
Mur poprowadzono najwyraźniej po poziomicy, bo meandruje zupełnie szaleńczo,
jakby nie liczono się z kosztami materiałów. Co więcej, nawet cegły położono tam równolegle
do powierzchni gruntu, a nie poziomo, co sprawia dość surrealistyczne wrażenie. Mur budowano,
przebudowywano, uzupełniano i naprawiano przez setki lat, mając nadzieję na zatrzymanie
inwazji z północy. A jednak barbarzyńcy stale najeżdżali Chiny. W pewnej chwili zamieszek
wewnętrznych okazało się jednak, że sami Chińczycy otworzyli bramy i barbarzyńcy wcale nie
musieli muru forsować, tylko wjechali sobie wygodnie i pokojowo, jako oczekiwani sojusznicy,
a kiedy już wjechali, to założyli kolejną dynastię. Ciekawym rysem wiele świadczącym o
tamtejszych stosunkach niech będzie fakt, że tak wielkie przedsięwzięcie wymagało stałego
napływu rąk do pracy, bo śmiertelność przy Murze była znaczna i jest to chyba jeden z
większych cmentarzy świata. Dlatego były okresy, że wszystkich przestępców w całym kraju
skazywano na odpowiednią do popełnionego czynu liczbę lat przymusowej pracy przy budowie
Muru. To jeszcze nie szokuje, jednak informacja, że państwo nie tolerowało śmierci skazanego
przed upływem końca kary, już może szokować. Tak więc, gdy ktoś skazany na ten rodzaj robót
zmarł przedwcześnie w trakcie kary, obowiązkiem kogoś z rodziny było stawić się na jego
miejscu i pracować do momentu upłynięcia nakazanego czasu. Pewną pociechą za to jest fakt,
że Mur jest jedynym tworem człowieka, który widać ponoć z kosmosu.
III. Ludzie: obyczaje, kuchnia i zachowanie
W tych "okolicznościach przyrody" mieszkają ludzie narodowości Han (Chińczycy) i trochę
mniejszości narodowych, o których u nas nikt nigdy nie słyszał, choć niektóre mniejszości
liczą sobie nawet kilka milionów ludzi. Większość z nich wszystkich zawsze była wieśniakami,
bo też od zawsze Cesarstwo Chin było krajem rolniczym.
Tu mała dygresja: w czasie swoich kilku tysięcy lat historii Chiny nie zawsze były
zjednoczone. Dwukrotnie miało miejsce rozbicie na niezależne królestwa, przy czym ich nazwy
potrafią bez ściągi wyliczyć tylko historycy specjalizujący się w dziejach Chin. To rozbicie
trwało łącznie dobrze ponad pięćset lat, a do tego jeszcze trzeba dorzucić długoletnie
okresy, kiedy istniały dwa lub nawet trzy państwa, które uważały się za właściwych
spadkobierców tradycji imperialnej. Cesarstwo upadło z powodu swojej niewydolności w 1911
roku. Dopiero po utworzeniu Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku komuniści, naśladując
moskiewską drogę rozwoju, postanowili gwałtownie rozwinąć przemysł ciężki w sytuacji, gdy
prawie 90% ludności było chłopami, pozostałe 10% mieszkało w miastach, a o klasie robotniczej
praktycznie nikt nie słyszał.
Od zawsze państwo opierało się na chłopie, jego pracy, podatkach, obowiązku służby wojskowej,
uczestnictwie w pracach na rzecz państwa (jak budowa Wielkiego Kanału, Wielkiego Muru, czy
innych, mniejszych projektów). Państwo przywykło także do tego, że ludzi ma zawsze w nadmiarze,
przejmować się nimi nie musi, a kilkadziesiąt tysięcy w tę, czy we w tę nie gra żadnej roli.
Taka wizja społeczeństwa dotrwała właściwie aż do czasów dzisiejszych, czego dowodem może
być arbitralna decyzja przesiedlenia milionowych rzesz ludzkich podczas budowy elektrowni
Trzech Przełomów. Wielki Sternik (Mao Zedong) wsławił się swoimi wizjami Trzeciej Wojny
Światowej, po której - jak uważał - ludzkość miała zredukować się bardzo znacznie, ale to
furda! skoro Chińczycy nadal byliby największym narodem świata, nawet pomimo utraty większej
części ludności.
Co ciekawe, w Chinach nie było w zasadzie nigdy prawdziwego niewolnictwa. Nie trzeba się
było posuwać do takiej formy, bo pozycja chłopa niewiele się od niewolnictwa różniła, a dla
posiadaczy sytuacja braku oficjalnego poddaństwa była o niebo wygodniejsza, bo o niewolnika
trzeba przecież dbać, a to kosztuje. Tymczasem wieśniaków był cały czas nadmiar, pomimo
wysokiej śmiertelności dzieci. Chłop był przez całe wieki niepiśmienny, tyrał w pocie
czoła, kłaniał się każdemu, płacił podatki, nie miał żadnej gwarancji jakiejkolwiek
sprawiedliwości. Do najbardziej śmiałych wyczynów chłopskich (oprócz, oczywiście, powstań)
było zapłacenie komuś za napisanie skargi, wzięcie jej pod pachę, udanie się do siedziby
najbliższych władz, przycupnięcie przy budynku lokalnego kacyka w oczekiwaniu momentu, gdy
skargę można by mu wręczyć. Żadnych manifestacji, skandowania, rzucania kamieniami. Chłop, przyzwyczajony do niesprawiedliwości, czekał pokornie na okazję. A i tego było zwykle władzom zbyt wiele, gdyż uważały, że takie ostentacyjne czekanie na mandaryna zakłóca przyrodzony porządek rzeczy i jest policzkiem wymierzonym w dobre rządy. Miejsce chłopa jest przecież na polu.
Jedyną radością chłopa była jego baba, która rodziła mu co chwila dzieci. Nawet kilkanaścioro,
bo przecież część i tak umarła. Jeśli kogoś było stać, mógł brać sobie następne żony - jego
wola. W razie głodu, czy długów za opium można było dzieci (i żony także) sprzedać, czy
oddać do burdelu i zyskać w ten sposób nieco gotówki. Kiedy sprzedało się już wszystko,
zadłużyło tak, że nie sposób się było z tego żadną miarą wywikłać, pozostawała jeszcze
jedna droga: "ziemia zapomnienia". Chłop szedł na pole, objadał się ziemi, przez
chwilę miał rzadkie odczucie sytości, a później umierał w ciężkich boleściach, unikając kar
za zadłużenie.
W miastach zajmowano się handlem, rzemiosłem, leczeniem, różnymi usługami, prowadzeniem
kuchni, służono zamożniejszym, trudniono się przenoszeniem towarów, obroną osób bogatych itd.
Rodziny były patriarchalne, wielopokoleniowe i zajmowały najczęściej domy tak zbudowane,
że tworzyły rodzaj zamkniętego podwórka, z wszystkimi oknami wychodzącymi właśnie na nie,
a nigdy na ulicę. Bo też ulica chińska to ciąg murów z bramami, gdyż wszyscy, których było
na to stać bardzo dbali o swoje odseparowanie od reszty świata.
W Chinach im jakaś tradycja starsza, tym, oczywiście, lepsza - bo przecież przodkowie mylić
się nie mogli. Zdaje się, że gdzieś tak w X wieku zapoczątkowano krępowanie stóp kobiet, bo
- podobno - stawały się przez to piękniejsze, chodziły z większą gracją, oczarowując tym
sposobem samców (w Europie dopiero w XVIII wieku zadeklarowanym fetyszystą małej stopy był
niejaki Rétif de la Bretonne, który dał nazwę odchylenia: retyfizm). W Chinach z wiekami
tendencja narastała, od XII wieku była już powszechna wśród arystokracji, a od XVII także
wśród szerokich rzesz. Gra była warta świeczki - córki o bandażowanych stopach (im krótsza
stopa, tym większa szansa na awans) mogły znaleźć sobie dobre partie. Bo też mężczyzn
chińskich opanował na prawie tysiąc lat istny amok podziwiania "złotego lotosu",
jak nazywano takie zdeformowane stopy. Najpiękniejsze były te, które miały długość 7-10
centymetrów; za to ich właścicielki nie mogły zrobić kilku kroków bez dotkliwego bólu.
Ale nic to! Nie miały przecież chodzić - będąc zadekretowanymi pięknościami o niewielkich
stópkach miały tarzać się ze swoim panem i władcą w pościeli, jako istne gwiazdy erotyki.
Po upadku cesarstwa (1911) zakazano tych praktyk, a komuniści od 1949 wprowadzili surowe
kary za bandażowanie stóp młodych dziewcząt.
Erotyce i pornografii poświęcali Chińczycy wiele czasu i wysiłku, choć jednocześnie byli
(i pozostali) bardzo pruderyjni. Na przykład do dzisiaj większość badan lekarskich odbywa
się przez ubranie, a podczas zakładania mówiącemu te słowa elektrod do elektrokardiogramu
młoda pielęgniarka była czerwona ze wstydu i wyraźnie skrępowana tym, że musi (?) ogolić
pacjentowi część klatki piersiowej (to o tyle dziwne, że w Europie nigdy nie był przy tym
badaniu potrzebny zabieg golenia). Ale przecież w tej samej chwili widzi się Chińczyków z
całym spokojem rozmawiających w aptekach o lekach na potencję, takim tonem, jakby mówili o
pogodzie, z niewzruszonym spokojem i godnością. No a w każdej aptece jest wydzielony
kącik (szafka, pokój - zależy od wielkości apteki) na leki dotyczące seksualności: od
różnych pigułek i maści, po "chusteczki potęgujące przyjemność" i urządzenia z gumową
pompką na podciśnienie do powiększania penisa. Dziwne, bo przecież podobno w 1949 w
Szanghaju zwalczono prostytucję ładując dziewczyny na stare barki, które odholowano w
morze i zatopiono. Gdzie indziej "tylko" wywieziono je w dzikie regiony kraju.
Dzisiaj jest podobno dobrze widziane, by rzutki biznesmen mógł sobie pozwolić na utrzymankę
lub nawet kilka. Po to chociaż, by móc przechwalać się przed kolegami - biznesmenami w
klubach, gdzie szklanka whisky kosztuje i sto dolarów. Sto dolarów? A tak! Można, oczywiście,
znaleźć z łatwością miejsca, gdzie oryginalne trunki są dużo, dużo tańsze. Chodzi jednak
nie o oszczędności, tylko o ostentację, o pokazanie wszystkim, że biznesmena stać. Obecnie
cło na zagraniczne samochody wynosi w Chinach bodajże 160% wartości, a przecież można
zobaczyć na ulicach prywatne Rolls-Royce'y. Prywatne samochody poznaje się po zielonych
tablicach rejestracyjnych.
Obecnie obowiązuje w Chinach polityka jednego dziecka*). To znaczy - obowiązuje Hanów,
bo mniejszości narodowe mogą mieć tyle dzieci, ile chcą. Skutkuje to dwiema rzeczami:
1. wolno robić badania prenatalne i przeprowadzać aborcję na życzenie, więc jest to zjawisko
powszechne, na skutek którego wśród młodego pokolenia istnieje duża przewaga chłopców. Nie
wszyscy z nich znajdą sobie żony. Na wsi już dzisiaj dużym wzięciem cieszą się kobiety
nieco ociężałe umysłowo, byleby były silne. Dziecko przecież urodzą, a ciężkiej pracy na
roli się nie przestraszą, bo są za głupie. Istna radość rolnika.
2. Jedyne dziecko, wielka nadzieja rodu, szczęście dwojga rodziców i czworga dziadków
wyrasta siłą rzeczy na skrajnego sobka. Już mówi się o pokoleniu "małych cesarzy". Co będzie
dalej - nie wiadomo.
Jeśli jest się bogatym, można kupić sobie piękny dom. Jeśli nie - ma się problem. Większość
mieszkań w miastach to lokale komunalne, o niskim standardzie, niewielkie i tragicznie
zapuszczone. W latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku bogaty przecież, jak na chińskie
warunki, Szanghaj z dumą obwieszczał, że gwarantuje swoim mieszkańcom chyba cztery metry
kwadratowe powierzchni mieszkaniowej na głowę. A może nawet pięć, bo tego autor tych
zapisków nie jest do końca pewien. Najwyższe władze Chin uchwaliły dawno temu, że na północ
od Jangcy Jiang może zimą być zimno i dlatego mieszkania na tym terenie mogą mieć ogrzewanie.
Natomiast wszystko na południe od rzeki jest na terenie ciepłym, więc tam nie wolno budować
mieszkań z ogrzewaniem. Czasem to nie chce działać, bo w takim Szanghaju (trochę na południe
od Jangcy) zimą potrafi być minus kilka stopni (prawda, że góra dwa-trzy dni), ale wieją
zimne wiatry i przy bardzo wysokiej wilgotności wrażenie zimna jest szczególnie nieprzyjemne.
Przy braku ogrzewania wszyscy trzymają okna otwarte, żeby przewiew chronił przed pleśnieniem,
a w okresie zimowym mieszkańcy zakładają na siebie chyba wszystkie ubrania, jakie posiadają
i niczym dziwnym nie jest widok mężczyzny ubranego w palto, marynarkę, dres pod spodem,
sweter, koszulę, drugą koszulę, podkoszulkę, kalesony, spodnie od dresu i na to właściwe
spodnie. A głowa często goła, albo udekorowana nausznikami.
A przecież małe dzieci ubiera się w Chinach szczególnie specyficznie: ich ubranka mają
rozcięcia we wszystkich warstwach odzieży tak, żeby ubranka rozsuwały się przy przykucnięciu.
W ten sposób wszystkie dzieci mogą spokojnie siusiać (i nie tylko) bez konieczności wołania
rodziców, przebierania, ściągania majtek itp., ale równocześnie zdobywają chroniczne
przeziębienie pęcherza, które towarzyszy wielu Chińczykom do końca życia, co widać po
częstotliwości ich wizyt w toaletach.
Toaleta publiczna to zupełnie osobna historia. Teraz pewnie już więcej jest takich, do
jakich przywykliśmy, jednak w mniejszych miejscowościach wciąż jeszcze są takie na styl
chiński. A znaczy to, że jest to pomieszczenie, w którym na podłodze jest rowek od ściany
do ściany, z niewielkim spadkiem w jedną stronę. Spadek kończy się wylotem na zewnątrz,
gdzie stoi plastikowy pojemnik na nieczystości. Używa się w ten sposób, że wchodzi się
do takiej toalety, spuszcza spodnie i kuca nad rowkiem. Jeśli akurat korzysta parę osób,
to można sobie przyjemnie porozmawiać, bo przecież pomieszczenie nie ma żadnych ścianek
działowych. Co jakiś czas przychodzi obsługa, spłukuje rowek z węża, pomagając sobie
szczotką ryżową na kiju i sprawdza, czy pojemnik zewnętrzny jest już pełny. Jeśli tak,
to wymienia go na nowy, a po pełne co jakiś czas przyjeżdża ciężarówka, żeby cenny nawóz
wywieźć na pola pobliskiej kooperatywy rolniczej. Pewnie dlatego w Chinach nie ma zwyczaju
jedzenia surówek.
W ogóle jedzenie to osobny rozdział życia i, kto wie, chyba jeden z ważniejszych. Przy czym
trzeba wyraźnie podkreślić, że dla Chińczyka jedzenie to nie tylko kwestia napchania się,
zdrowia, czy miłych doznań przy stole. O nie! Chodzi tu o wiele spraw, które nam raczej nie
przyszłyby do głowy, bo to i równowaga pomiędzy ying a yang, ale także dobowy
cykl przepływu energii pomiędzy różnymi organami wewnętrznymi oraz wpływ typu potrawy na te
organy z uwzględnieniem pór roku. To cudzoziemcowi wydaje się, że wystarczy wejść do knajpy
i zamówić jedzenie. Dla Chińczyka jest to sprawa o wiele bardziej skomplikowana, bo trzeba
przecież wziąć pod uwagę wiele czynników, żeby doprowadzić do szeroko rozumianej HARMONII.
Żeby coś zjeść trzeba najpierw to kupić (mówimy o warunkach miejskich, na wsi wygląda to
nieco inaczej). Jeśli w pobliżu władze municypalne wybudowały halę targową, no to zawsze
trochę łatwiej. Ale jeśli nie ma na to pieniędzy, to też nie ma problemu. Najczęściej wydziela
się jakąś mniejszą uliczkę, na której umiejscawia się lokalny rynek. Tam po obu stronach
stoją jakieś stragany, na których można zaopatrzyć się w to, co niezbędne do przygotowania
dobrze przemyślanego jadła. Wszędzie i zawsze pełno różnych warzyw, z których większość
pochodzi z małych ogródków przydomowych, na które władza dała zgodę ledwie kilkanaście lat
temu. Całe mnóstwo jaj: kurzych, kaczych i przepiórczych. Sprzedaje się je na wagę, a cena
przepiórczych niewiele różni się od pozostałych. Obok słynne chińskie "stuletnie jaja",
które doskonale smakują z odrobiną masy czosnkowo-solnej i kroplą sosu sojowego. Dalej
ryby (najczęściej żywe), krewetki, trepangi i meduzy, drób, żółwie, kraby, wreszcie mięso
rąbane razem z budą (bo najlepsze jest takie, w którym będzie kość, którą da się smakowicie
pocmoktać).
Jeśli kupi się rybę, to można zażyczyć sobie zarżnięcia, wypatroszenia, odcięcia łba i
oskrobania na miejscu. Większość ludzi chce jednak zrobić to samodzielnie przy domu, więc
jedyne, czego zażądają, to przeciągnięcie przez pysk ryby sznurka, dzięki czemu można ją
powiesić żywą na kierownicy roweru i dowieść do siebie wciąż świeżą. Taki sam los spotyka
kury: im krępuje się łapy i wiesza się łbem na dół na kierownicy. Taka kura wisi sobie
spokojnie, czasem obija się o jezdnię, ale zwykle ani gdaknie, tak jej już jest wszystko
jedno. Poderżnięcie gardła w domu kupującego jest dla niej właściwie chwilą zakończenia
męki. Bo też Chińczycy nie wykazują jakiejś specjalnej troski o humanitarne traktowanie
zwierząt.
Podaż na rynku zmienia się wraz z miejscem w państwie. Generalnie można powiedzieć, że im
dalej na południe, tym większa oferta. Bo też na południu ludzie jedzą bez mrugnięcia okiem
rzeczy, przy których ci z północy mogliby się czasem zawahać. Ci z północy mówią nawet o
południowcach z przekąsem, że "jedzą wszystko, co ma nogi, za wyjątkiem stołu i wszystko,
co ma skrzydła, za wyjątkiem samolotu". Prawdą jest, że w Kantonie i okolicach można na
rynku dostać bez kłopotu rarytasy gdzie indziej trudno dostępne, albo zupełnie nieobecne.
A między nimi: węże, psy, koty, jeże, dziki, myszy, skorpiony, różne owady, czy nawet
łuskowce albo skrzypłocze.
Nie należy zakładać, że codzienne posiłki każdego Chińczyka to nieustająca orgia żarcia.
Wcale tak nie jest, bo na co dzień je się raczej skromnie. Śniadanie to jakieś buły na parze,
kleik ryżowy i zwykle na tym się kończy. Obiad (吃饭 - chifan) dostaje się
obowiązkowo w pracy i wiele tu zależy od zamożności firmy. Zwykle to ryż z kawałkiem ryby
lub mięsa i większą ilością zieleniny. Zupę podaje się na końcu posiłku. Pora obiadu to
południe, a po nim ma się zapewnioną prawnie przerwę na zasłużony odpoczynek (休息
- xiuxi), która trwa ponad godzinę, a w przypadku występowania wysokich temperatur może być
znacznie przedłużona.
Jeśli robi się obiad w domu, to bardzo często jest tak, że mieszkańcy hutongów
(胡同) przygotowują go właściwie na ulicy, gdzie co kilka domów wisi na
zewnętrznej ścianie kran z wodą i betonowy zlew dostępny dla wszystkich. Smaży się w wokach
na niewielkich piecykach typu "koza", do których wkłada się charakterystyczne wkłady z
prasowanego miału węglowego. Tu też nie ma mowy o wystawnych ucztach, bo to ani miejsce,
ani możliwości.
Dopiero wypad do restauracji to chwila, w której można sobie pofolgować kulinarnie. Każdy
może sobie znaleźć miejsce, które odpowiada jego oczekiwaniom i możliwościom portfela. Są
bowiem restauracje bardzo drogie, ale są też i niewielkie prywatne knajpki (na kilka
stolików), gdzie ceny są dość przystępne, a jedzenie tak samo smaczne. Wchodzi się więc do
wybranej restauracji i zajmuje stolik. To niby banał, ale przecież wiele zależy, w ile
osób się idzie. Jeśli nie ma nas więcej niż czworo, to można zająć zwykły, prostokątny
stolik z czterema krzesłami. Tak jednak robią zwykle cudzoziemcy, a Chińczyk, jeśli już
wybierze się do restauracji, to zwykle w większym gronie, więc wybiera stół okrągły, przy
którym zmieści się i dwanaście osób. Tu zawsze na stole leży drugi, sporo mniejszy,
okrągły blat na łożysku, dzięki czemu może się on obracać wokół pionowej osi.
Weszliśmy, usiedliśmy. Jeśli to na południe od Jangcy, to nie ma żadnego ogrzewania.
Jeśli jest ciepło, to zupełnie nas to nie obchodzi, ale jeśli to zima, to jest trochę
gorzej i trzeba siedzieć w kurtkach, bo temperatura wewnątrz jest mniej więcej taka, jak
na zewnątrz. Zapraszający zaczyna zamawiać potrawy, a obsługa nalewa z rozmachem herbatę
do stojących przed każdym czarek. Żeby nie było poczucia biedy należy zamówić tyle dań,
ilu jest gości plus jeszcze jedno. Jeśli zamówi się więcej, to nie ma problemu - goście
będą bardziej zadowoleni. Postawiona przez knajpę gratis herbata jest zwykle bardzo cienka,
ale spełnia dwie funkcje - można trochę zwilżyć gardło, a zimą ogrzać o nią zziębnięte ręce.
Teraz można już poczuć się trochę odprężonym więc TRZEBA zapalić papierosa, gdyż Chińczycy
są na tym polu zwykłymi nałogowcami. Ludzie częstują innych z lubością i nikomu nie
przeszkadza, że obdarowywany właśnie pali jednego. Pali? To naszego włoży sobie za ucho
i też dobrze! Papierosów nigdy dość. Sąsiadowi podamy z paczki, ale jak uhonorować tego,
który siedzi naprzeciwko? Żaden problem: wyciągamy papierosa z paczki naszymi paluchami i
zręcznym ruchem pstrykamy go w stronę tamtego człowieka, który złapie go z dużą zręcznością.
Obsługa zaczyna wnosić zakąski i ustawiać je na ruchomym blacie. Zwykle to paski mięsa w
czosnku, łapki kurczaka na kilka sposobów, skrzydełka, ścięgna z solanki, krojone w paski
meduzy, kawałki trepangów, pieczone w całości ptaszki ryżowe, żółte grzyby na długich
nóżkach, labaicai (辣白菜), czyli rodzaj kapusty w kwaśno-ostrym sosie,
kawałki toufu (jest kilka rodzajów), smażone strączki, grzyby podobne do olszówek i wiele,
wiele innych. Gdy goście zajmują się jedzeniem tych przystawek, kuchnia przygotowuje dania
główne.
Przed nami stoi miseczka, a obok leżą pałeczki (筷子 - kuaiz). Kto nie umie
się nimi posługiwać, ten albo musi się żywić w Chinach jedynie w wielkich hotelach, które
na życzenie serwują bez mrugnięcia okiem sztućce, albo musi umrzeć z głodu, albo się w
końcu nauczyć. Przekąski ustawiono na brzegu ruchomego blatu i przed nami stoi właśnie
jedno z dań. Sięgamy pałeczkami, chwytamy trochę i niesiemy do ust. Zwykle nie składujemy
w swojej miseczce. Tymczasem ktoś pokręcił blatem i teraz stoi przed nami coś zupełnie
innego. Jeśli to jemy, sięgamy teraz po to. Jeśli tego nie cierpimy lub nam szkodzi,
dyskretnie omijamy tę kolejkę. Za chwilę blat przesunie się dalej i będziemy mogli
skosztować czegoś innego. Jeśli trafiliśmy na kość, jakąś twardszą cześć łodygi, łuskę,
chrząstkę albo coś podobnego to bez chwili wahania wypluwamy to na oczach wszystkich na
stół, tuż za naszą miseczką. Nikogo to nie zdziwi, ani nie zszokuje, bo to zachowanie
doskonale przyjęte na bardzo nawet wystawnych przyjęciach. Inni robią to samo, kupka
niejadalnych resztek zmieni się w istne wały, kiedy podadzą kraby, a zapraszający jest
bardzo zadowolony, bo widzi, że goście dobrze się czują, a to może znaczyć tylko
jedno = smakuje im, a o to chodziło.
Można już też zacząć zabawę w picie alkoholu. Tu znowu kłania się geografia, bo na
północy Chińczycy są w stanie pić imponujące ilości mocnego alkoholu (wódki), w okolicach
Szanghaju preferują już to wino shaoxińskie, przypominające przyprawę maggi, już to piwo,
a na południu czerwienieją z przepicia po szklance piwa, bo mają słabe głowy. Najczęściej
podaje się piwo, nalewane przez obsługę do szklanek. Popijamy, ile chcemy i kiedy chcemy,
chyba że ktoś wpadnie na szatański pomysł uhonorowania miłego gościa. Wówczas podchodzi się
do niego z naszą szklanką (kieliszkiem) i proponuje toast: "Gan bei!" (干杯),
czyli "do dna". Uhonorowany powinien faktycznie wypić do dna, podczas gdy ten, który toast
zaproponował często ledwo wargi macza, choć zwykle też pochłania wszystko. A tu już
nadchodzi następny chętny do uhonorowania miłego gościa, który w ten sposób ma łatwą
szansę na spicie się niczym świnia. Czasem, na szczęście, zapraszający siedząc na swoim
miejscu podnosi naczynie i, patrząc na miłego gościa, ogłasza "Gan bei!", po czym wszyscy
opróżniają swoje szklanki i na tym się pijaństwo kończy. Tak więc wiele zależy od upodobań
i stanu wątroby zapraszającego.
Ale już obsługa zabiera z blatu niedojedzone resztki zakąsek i przynosi w zamian dania
ciepłe; wszystkie za jednym zamachem i stawia je na stół. Tu możliwości są, w zasadzie,
nieograniczone i aż strach próbować je opisywać, bo to się zwyczajnie nie uda. Słynnym
daniem (które trzeba zamawiać z jednodniowym wyprzedzeniem) jest kaczka po pekińsku,
popularne jest mięso wieprzowe. W celu zrównoważenia zamawia się także ryby, których
jest olbrzymia liczba rodzajów, pomnożona jeszcze przez liczbę sposobów przyrządzenia.
Drogimi daniami są: psina i kraby. Można zamówić węże, a w przypadku bardzo drogiego
przyjęcia zupę z płetwy rekina. Zupę podaje się na końcu przyjęcia, tuż przed ryżem,
którego już nikt nie powinien ruszyć, bo pożerając go udowodni tym samym, że się nie
najadł, przez co zawstydzi gospodarza. W trakcie dań mięsnych dobrze jest sprawić sobie
mały, figlarny przerywnik: na przykład ciastko ze słodką masą fasolową, by pobudzić
kubki smakowe. I można wracać do ryby ruszającej jeszcze żywym łbem, czy rozgrzanej
płytki żeliwnej, na której własnoręcznie smaży się mięso, ryby lub warzywa. Jednak
pamiętać trzeba, że największych przeżyć doświadcza się jedząc dania wyszukane, czyli
rzadkie i trudno dostępne. A więc żywe krewetki, zwane "skok przez stół", łapy wielbłąda,
czy mięso czegoś, co bardzo trudno upolować (np. cywety). Na koniec mały deser: cząstki
mandarynki lub arbuza, względnie posłodzony cukrem pomidor. Jeżeli tylko się da, to
lody (冰淇淋 - bingji ling), bo Chińczycy są ich pasjonatami. A później
już tylko można głośno bekać, żeby wzbudzić prawdziwe zadowolenie gospodarza (smakowało!)
i można już przejść do ulubionej zabawy całego Dalekiego Wschodu: karaoke.
IV. Ekonomia, współczesność i wątpliwości
Każdy, kto widział współczesne zdjęcia lub filmy z Szanghaju, czy Pekinu nie miał chyba
żadnych wątpliwości - nowoczesność, wielkie pieniądze, drapacze chmur, estakady, autostrady,
najszybsze na świecie pociągi. Ameryka może tylko zazdrościć, o nas już nie wspominając. To
niby prawda, ale jednak nie do końca. To, co widać, to te miejsca, które Chińczycy sami
chętnie pokazują. A Szanghaj, Kanton i Pekin to jeszcze nie całe Chiny. Na prowincji jest
inaczej i raczej nie ma czego zazdrościć.
Po pierwsze: człowiek nie liczy się tam wcale, bo ludzi jest zbyt wielu i ich własny rząd
zdaje się mieć ich za nic. Dlatego w razie wielkiej, prestiżowej budowy przegania się
przeszkadzających obywateli ze zdumiewającą łatwością, a ich pretensje o rozsądne
odszkodowania są często powodem zdumienia kapitalistów i władzy.
Po drugie: przeciętna płaca ciągle jest znacznie niższa od naszej. A poza tym pracownik
nie ma zwykle żadnych praw, ubezpieczenia, zapewnionej opieki lekarskiej itd. Jeśli mu
maszyna urwie rękę, to on znajdzie się natychmiast na ulicy, sam ze swoim problemem. Na
spór sądowy z pracodawcą zwykle zwolnionych nie stać, więc wracają do siebie na wieś.
Po trzecie: kapitalizm w Chinach jest wyjątkowo bezwzględny. Jego owoce są jednak
istotnym dowodem na wielki skok technologiczny, zrobiony bez oglądania się na ludzi
i ekologię.
Po czwarte: cały świat pragnie dzisiaj przenieść produkcję do Chin z powodu niższych
kosztów produkcji (to punkt do przemyślenia dla tych, którzy ufnie wierzą, że płace w
Chinach są wyższe niż w Polsce). Prawo chińskie, które umożliwiło tworzenie przedsiębiorstw
z kapitałem zagranicznym mówi wyraźnie, że w takich firmach partner chiński MUSI mieć
pakiet większościowy. A jeśli tak, to w pewnym momencie przyszłości strona chińska będzie
miała wystarczające narzędzia, żeby blokować wszelkie propozycje zagranicznego partnera.
To może się zawsze skończyć całkowitym przejęciem przedsiębiorstwa przez stronę chińską.
Kiedy? W chwili, kiedy strona chińska dojdzie do wniosku, że da sobie radę bez kapitału
i technologii zza granicy. To może nastąpić wcześniej, niż nam się wydaje, bo Chińczycy
są bardzo pracowici, a w tak licznym społeczeństwie zawsze znajdzie się ludzi zdolnych,
którzy będą w stanie pociągnąć sprawy konstrukcyjne i technologiczne. W końcu sto lat
temu produkty japońskie też były postrzegane jako ostatni Scheiß i chłam, a dzisiaj
nikt tak o nich nie odważy się powiedzieć. Dlatego rodzą się zasadnicze pytania i dziwne,
że nikt z wielkich tego świata ich nie wypowiada na głos:
1. Czy rozsądnym jest przenoszenie produkcji czego tylko się da do Chin, jeśli wisi
nad tym procederem niebezpieczeństwo utraty kontroli biznesu na rzecz Chińczyków?
2. Czy nasze wnuki nie będą przychodzić zanieczyszczać naszych grobów właśnie za ten
transfer produkcji na Daleki Wschód, przez co one w przyszłości będą klepać w Europie
i USA biedę?
*) Polityka ta została ostrożnie odwołana w ostatnich latach - zgodzono się, najpierw
w miastach, na posiadanie drugiego dziecka. Decyzja ta nie wywołała wielkiego entuzjazmu
wśród Chińczyków w wieku rozrodczym. [przypis z 2019 roku]