|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O przepięknej utopii, która zmaterializowała się niedawno na Dalekim Wschodzie, choć
w nieco nieoczekiwany sposób; 02.01.2014
W połowie kwietnia 1942 roku samoloty amerykańskie zbombardowały po raz pierwszy Tokio,
aluzyjnie dając Japończykom do zrozumienia, że odwet jest możliwy także na ich ziemi.
W Waszyngtonie reporterzy zaczęli natychmiast zadawać prezydentowi F. D. Rooseveltowi
różne pytania, wśród których padła również kwestia miejsca startu samolotów. Nie chcąc
zdradzać tajemnic wojskowych (nieprzystosowane do tego bombowce wystartowały z lotniskowca,
który dopłynął w szeroko rozumiane okolice Japonii) prezydent odpowiedział zdawkowo, że
"z Shangri-La". Musiał być tą ideą zafascynowany, bo tak samo nazwał ośrodek wypoczynku
prezydenckiego w Marylandzie. Dopiero jego następca, gen. D. Eisenhower, przemianował
dziwaczne Shangri-La na swojsko brzmiące Camp David, a to dlatego, że miał syna i wnuka
o tym imieniu.
Bombowce nie miały już dokąd wrócić znad Tokio, więc musiały kierować się na Chiny, gdzie
lotnikami zaopiekowali się zwolennicy Czang Kaiszeka, a Japończycy rozstrzelali większość
tych, których udało im się złapać po bardzo okrutnym przeczesywaniu terenu. Chyba
najlepiej wyszła jeszcze z tej sytuacji ta załoga, której silniki żarły zbyt dużo paliwa
i musiała zdecydować się na plan B - lądowała we Władywostoku i została internowana
(choć na tym jej przygody wcale się nie zakończyły). To ma być jednak tekst o Shangri-La,
a nie Amerykanach i wojnie.
Niejaki James Hilton (1900-1954) był Brytyjczykiem, który napisał dwie znane powieści, a
także parę innych. Oczywiście - znane krytyce, bo sam nie miałem żadnej z nich w rękach.
Jedna z nich (Zaginiony horyzont) mówiła o odciętej w dalekich azjatyckich górach wiosce,
w której żyło się po prostu wspaniale pod mądrymi rządami tybetańskich mnichów, jak to w
oświeconej teokracji normalne. Nazwa okazuje się wcale nie poetyczna, bo Shangri-La znaczy
po tybetańsku po prostu "Przełęcz w górach Szang". Ważniejsze jednak jest to, że mieszkańcy
doliny mieli być długowieczni i szczęśliwi. Mieli do tego żyć w harmonii i oddawać się
kultywowaniu mądrości. Ich kontakty ze światem zewnętrznym miały, z kolei, być jedynie
sporadyczne i czynione tylko w bezwzględnej potrzebie (sprowadzanie niezbędnych sprzętów
i wyrobów cennych dla ducha jak książki albo instrumenty muzyczne). Trochę niepokojące
mogło być to, że przybysze, którzy przypadkiem trafili do Shangri-La, mieli zakaz
opuszczania miejsca zakwaterowania, musząc pozostać w niej aż do śmierci. Ten akurat
aspekt narzuconego szczęścia odpycha mnie natychmiast od całego pomysłu, bo inaczej
szczęście rozumiem.
Wszystko było dobrze dopóki rzecz cała polegała na miazmatycznych wygłupach zachodniej
inteligencji chcącej wierzyć, że gdzieś tam w mrocznym Oriencie na pewno znajdują się
ludzie szczęśliwi w swoich małych, ukrytych przed złym światem, oazach. O! Jakże muszą
być szczęśliwi, kultywując mądrość i kulturę! Nie to, co w Londynie, Nowym Jorku czy
Paryżu! Kłopoty zaczęły się pod koniec XX wieku, kiedy globalizacja osiągnęła dzisiejszy
poziom. Wiele miejsc w Azji uznało, że lekko psychodeliczne Shangri-La jest ich szansą
na przyciągnięcie turystyki, bo turysta przyjedzie głównie z krajów rozwiniętych (albo
z Rosji) i przywiezie swoje brudne, ale za to grube pieniądze, a pecunia non olet.
Szanse miały tylko miejsca położone na obrzeżach Tybetu. Przez pewien czas trwały nawet
dość zasadnicze kłótnie pomiędzy Yunnanem a Syczuanem, podczas gdy inne miejsca, nie
przejmując się Chińczykami (pierwsze wzmianki o takich utopijnych wioskach znaleziono
w twórczości z okresu dynastii Jin, a więc 1.700 lat temu, choć nie padały tam żadne
barbarzyńskie nazwy), też dęły w swoje trąbki, niezmieszane Chińczykami. Wreszcie w
2001 roku klamka zapadła. Miasto Jiantang leżące w północnym Yunnanie przemianowało
się oficjalnie na Xianggelila. Turyści mogą już spokojnie opłacać wycieczki do owianego
legendą Shangri-la, bo to właśnie tam; co ustanowione zostało trzynaście lat temu jednym
podpisem na odpowiednim poziomie decyzyjnym. China rules.
O chińskim słowiku, który pomimo wielkiej kariery był nieszczęśliwy, a umarł w nędzy w przytułku; 04.01.2014
Była najpopularniejszą i najbardziej rozpoznawalną aktorką i piosenkarką Chin w latach
1935-1950. Już jej wczesny życiorys mógłby być scenariuszem filmu, gdyby nie to, że w
tamtych czasach nie był wcale wyjątkowy. Urodziła się ponoć w 1920 roku jako Su Pu (Su
to nazwisko, a Pu - imię). Kiedy miała trzy lata nałogowo palący opium kuzyn wywiózł
ją do innej miejscowości i tam sprzedał, bo potrzebował pieniędzy. Nowa rodzina dała
jej swoje nazwisko i nowe imię, więc od tej chwili nazywała się Wang Xiaohong. Po kilku
latach została adoptowana przez jeszcze inną rodzinę z Szanghaju, kolejny raz zmieniła
nazwisko i stała się Zhou Xiaohong. Przez całe dorosłe życie starała się odnaleźć swoją
biologiczną rodzinę, ale nigdy jej nie spotkała.
Miała ciągoty artystyczne i w bardzo młodym wieku debiutowała na scenie. Pozostawiła
swoje nazwisko ("Zhou" jest dziesiątym pośród najpopularniejszych chińskich nazwisk),
ale zmieniła imię na piękny pseudonim. Od chwili, gdy skończyła 13 lat przedstawiała się
jako Zhou Xuan. "Xuan" znaczy "piękny jadeit", ale, zgodnie z chińską wieloznacznością
słów, może także znaczyć "gwiazda". W 1934 zajęła wysokie miejsce w konkursie piosenkarek
w Szanghaju i została okrzyknięta "Złotym Głosem". Rok później po raz pierwszy pokazała
się w filmie, a w 1937 miała już status wielkiej gwiazdy. Siedemnastoletnia dziewczyna!
(Chociaż chodziły pogłoski, że w rzeczywistości była parę lat starsza, niż sama to
przyznawała). W sumie nagrała ponad 200 piosenek i występowała w około czterdziestu
filmach nakręcanych w Szanghaju i w Hong Kongu.
W latach czterdziestych była już najsłynniejszą spośród ówczesnych chińskich gwiazd,
czyli tak zwanej "siódemki wielkich piosenkarek". Żyła pełnią skandalizującego życia
- miała wielu mężczyzn, a każdy z dwóch jej synów miał innego ojca, przy czym nigdy
nie wyjawiła, kim był ten drugi. A jednak była nieszczęśliwa - podejmowała próby
samobójcze, miała załamania nerwowe, a życie zakończyła w 1957 roku w azylu dla
psychicznie chorych w Szanghaju (przyjechała tam z Hong Kongu już po zwycięstwie
komunistów w 1949 roku), podobno na zapalenie mózgu.
Szanghaj z czasów jej sławy nie miał nic wspólnego z komunistami (Chiny były wówczas
podzielone na kilka niezależnych od siebie stref). Był to prężny ośrodek zarządzany
przez cudzoziemców (koncesja międzynarodowa oraz koncesja francuska), pełen
wieloetnicznego wrzenia, o buzującym życiu towarzyskim, kipiącym energią i bardzo
szeroko pojmowanym grzechem. Za pieniądze można było otrzymać dokładnie wszystko;
problemem mogła być jedynie cena. Nie darmo nazywano go wówczas Paryżem Wschodu,
Królową Orientu i Kurwą Chin (Hong Kong mógł wtedy tylko pomarzyć o statusie i randze
Szanghaju; przyszło to do niego samo, kiedy po 1949 tłumy bogatych uchodźców z Chin
przyjechały do tej brytyjskiej kolonii).
Styl piosenkarski, jaki uprawiała Zhou Xuan to tak zwany shidaiqu. Był to udany
amalgamat nowoczesnego jazzu i tradycyjnych melodii chińskich. Dosłowne tłumaczenie
słowa to "piosenki tej ery". Styl powstał w Szanghaju w latach dwudziestych zeszłego
wieku, a zakończył się wraz z przyjściem komunistów, którzy uznali go za rodzaj
pornografii i zabronili, zamykając za jednym zamachem nocne kluby i topiąc całe
gromady prostytutek na starych barkach. Ciekawostką może być to, że shidaiqu uważał
się za kierunek patriotyczny, bo był śpiewany w języku mandaryńskim, który wcale
wówczas nie był jeszcze powszechnie znany poza Pekinem.
W sieci można znaleźć nadspodziewanie wiele nagrań Zhou Xuan. Mnie specjalnie się
jej śpiew nie podoba, ale nie można przecież wykluczyć, że inni będą zachwyceni.
Poniżej linki do dwóch piosenek. Przypominam, że każdy słucha ich na własną
odpowiedzialność.
1. Wiosenna ulica.
2. Tu nawet nie do końca wiadomo, jak przetłumaczyć tytuł tej piosenki. Istnieją
różne wersje (Śpiewająca dziewczyna, Wędrowna śpiewaczka, Śpiewaczka na skraju nieba)
[Uwaga - na początku trzeba przez minutę podziwiać sceny filmu prowadzące do piosenki].
Można by sporo o niej napisać, ale nie ma na to ani miejsca ani czasu, ani - zapewne
- chętnych do czytania.
O tym, że przez długi czas znajomość tysiąca chińskich znaków była granicą analfabetyzmu w warunkach wiejskich; 07.01.2014
Jeszcze zupełnie niedawno ten Chińczyk, który nie znał 1.000 znaków chińskich był
uznawany za analfabetę. Z tym, że ta wartość dotyczyła wieśniaka, a mieszkaniec miasta
miał poprzeczkę zawieszoną wyżej. Skąd to się wzięło? Odpowiedź nie jest prosta, za to
konieczne będą dygresje od dygresji.
Yan Yangchu urodził się w 1890 roku w niezbyt bogatej rodzinie w Syczuanie. Chodził
do szkółki misyjnej prowadzonej przez amerykańskich protestantów (w 1902 stał się
chrześcijaninem), później studiował w Hong Kongu, a dyplom uzyskał w 1918 już w USA,
na uniwersytecie w Yale. Pan Yan schował ten dyplom do kieszeni i pojechał do Francji,
by być tłumaczem Chińczyków z tzw. Obozów Pracy.
Werbowanie Chińczyków do pracy miało już długą tradycję - wystarczy poczytać książki
Londona o wyspach Pacyfiku, albo przejrzeć historię zachodniej części USA. Może
dlatego postanowiono ich ściągnąć także do Europy. Tam już kolejny rok trwała wojna,
miliony mężczyzn tkwiły w okopach i zaczynało brakować rąk do pracy. Myśl, żeby
wyprowadzić z kuchni kobiety wydawała się jednak rządom tak abstrakcyjna, że znaleziono
inne rozwiązanie (gwoli prawdy niewiele to pomogło konserwatystom, bo dwadzieścia parę
lat później z powodu kolejnej wojny światowej kobiety i tak i tak trafiły do przemysłu
i usług, tworząc realne podstawy pod wywrotową ideę równouprawnienia). Tymczasem zaczęto
kontraktować siłę roboczą z kolonii Wlk. Brytanii. Przyjechali więc pracownicy z Egiptu,
Fidżi, Indii, Malty, Mauritiusa, Seszeli, Południowej Afryki i z wysepek w Indiach
Zachodnich. Razem około 300.000 chłopa. Ale to wciąż było mało, więc spojrzano jeszcze
na Chiny. Zaproponowano trzyletnie kontrakty polegające na pracy przez siedem dni w
tygodniu, po 10 godzin dziennie (bez prawa urlopu) za 1-3 franków dziennie plus żarcie.
Znalazłem źródła, które mówiły o tylko jednym franku dziennie, a w dodatku nie wiem,
czy chodziło o franka francuskiego, czy szwajcarskiego. Jeśli francuskiego, to w 1919
był on wart mniej więcej 13 centów amerykańskich, zaś jeśli szwajcarskiego, to około
18 centów. Było nie było - kupa szmalu. Trzy lata razy 365 dni to 1.095 dni, więc
Chińczyk mógł przez ten czas zarobić od USD143 (franki francuskie, stawka 1/dzień)
do USD592 (franki szwajcarskie, 3/dzień).
Żeby nie było nieporozumień - ci ludzie nie jechali walczyć, tylko pracować na tyłach
lub czasem i przy froncie lecz zawsze jako cywile. Z zasady wykonywali najcięższe prace
fizyczne (jako pracę szczególnie specjalistyczną wymienia się tu nitowanie konstrukcji
stalowych). Do Europy trafiło mniej więcej 150.000 Chińczyków, z czego prawie wszyscy
przebywali przy frontach we Francji, choć Francuzi zwerbowali tylko 40.000 osób, a
Anglicy około 100.000. Niewielka część zginęła, jeśli znalazła się przypadkiem pod
nieprzyjacielskim ostrzałem, ale więcej ludzi zmarło na hiszpankę niż poległo.
To byli najczęściej analfabeci z północnych prowincji (taki był wymóg pracodawców,
żeby nie bali się mrozu), nie znający żadnego języka poza swoim własnym. Młody Y.C.
James Yen (bo tak już nazywał się po studiach w USA) pojechał do Francji nie tylko
jako tłumacz, ale także po to, żeby tym biednym kulisom czytać wiadomości od rodzin
i pisać za nich ich własne listy do kraju. Może nie od rzeczy będzie wspomnieć o tym,
że kontrakty były tak podpisane, że Chińczycy nie mieli prawa wychodzić po pracy ze
swojego obozu, żeby nie mieć żadnych kontaktów z local, European people. Tam Mr.
Yen poznał, jak sam później wspominał, siłę i moralność prostego ludu. Zrozumiał
też, że największym problemem tego ludu jest brak wykształcenia, więc opracował
bardzo popularny w Chinach w latach następnych podręcznik do nauki języka,
umożliwiający czytanie i pisanie w obrębie jednego tysiąca najbardziej podstawowych
znaków. Zapewne stąd wzięła się ta magiczna granica analfabetyzmu (choć całkowitej
pewności tu nie mam).
Chińczycy powrócili do siebie z Europy do końca 1920, oprócz ciężko zapracowanych
pieniędzy przywożąc rzecz najgorszą z najgorszych: wieści, że Europa jest mocno
przereklamowana, a biały człowiek ma tak samo czerwoną krew jak Chińczyk. Mr. Yen
starał się przez kilka następnych lat walczyć z analfabetyzmem i jednocześnie
unowocześniać rolnictwo (na bardzo lokalną skalę) w północnych Chinach niedaleko
Pekinu, ale ten eksperyment przerwał wkrótce atak wojsk japońskich. Nasz bohater
znowu znalazł się w Stanach, później znowu w Chinach, a po 1949 (zwycięstwo
komunistów) wyjechał na Filipiny, kontynuując tam program pomocy najbiedniejszym
rolnikom, co przekształciło się z czasem w uznany ruch międzynarodowy. Zmarł kilka
miesięcy przed swymi setnymi urodzinami w Nowym Jorku.
O tym, że pewne działania nawet najsilniejszych państw mogą być bezdennie głupie; 21.02.2014
Jesienią 1760 wojska rosyjskie stacjonowały w Berlinie, bo prowincje pruskie od
Królewca aż do stolicy kraju znalazły się, wskutek wojny siedmioletniej, we władaniu
Rosji. Nagle zmarła caryca, a jej następca jednym ukazem postanowił prawie już wygraną
wojnę zakończyć, wojska wycofać i przywrócić status quo ante.
W 1772 ten sam władca Prus, któremu dwanaście lat wcześniej spadł z nieba cud wycofania
się wojsk rosyjskich przekonał kolejną carycę, że warto dokonać rozbioru Rzeczpospolitej
i dopuścić do tego jego państwo. Dziwne, zważywszy na to, że w ówczesnej Polsce nic
ważnego nie mogło się stać bez zgody rosyjskiego ambasadora, więc takim krokiem Rosja
oddawała część tego, co mogła już uważać za swoje.
W 2014 roku przebąkuje się o możliwości podziału Ukrainy na część rosyjską i niezależną.
Trudno mi w to uwierzyć, ale przecież Pan Bóg już ogłupiał Rosję (patrz powyższe
przykłady) tak dalece, że ta działała wbrew swoim interesom. Jednolite, niepodzielone
państwo daje jej bowiem możliwość zachowania wpływów na całym terytorium Ukrainy, a
od ewentualnego stowarzyszenia tego kraju z UE do pełnego członkostwa droga bardzo
daleka i wiele rzeczy może się przez te lata wydarzyć. Tymczasem w razie podziału
kraju Moskwa nie ma czego szukać w zachodniej części przez długi czas, a właściwie
nigdy.
Nie wspominając już o tym, o czym mówię od lat (tylko że nikt nie chce słuchać).
Moim zdaniem największym problemem dla Rosji nie jest ani UE, ani USA tylko Chiny,
które pomału podporządkują ją sobie, o ile ona nie pójdzie po rozum do głowy, że
jedyny jej ratunek leży w zbliżeniu się do pozostałych państw hemisfery północnej.
Dlatego ukraiński bufor, będący eksperymentem pokazującym czy i jak można dokonywać
transformacji z systemu bizantyjskiego na demokratyczny mógłby być, wbrew wszelkim
pozorom, bardzo pożyteczny dla władz w Moskwie. Z tym, że powiedzmy sobie prawdę -
jeśli ich kiedyś Chiny uzależnią, przejmując Syberię, to przecież płakać po Rosji
nie będę, tym bardziej, że tego kroku najprawdopodobniej nie dożyję.
O niektórych sposobach tłumaczenia z chińskiego, choć nie tylko; 13.03.2014
Kiedy otworzy się translator google i wybierze jako język źródłowy chiński, to w
dolnym lewym rogu okienka pokaże się dziwaczny znak, a obok niego strzałeczka. Osoba
o duszy doświadczalnika miczurinowca kliknie na nią i wówczas jej oczom ukaże się
taka lista:
1. chiński (uproszczony Han) - Pinyin;
2. Wubi;
3. Zhuyin;
4. Cangjie;
5. chiński (tradycyjny Han) - Pinyin;
6. kantoński;
7. chiński (uproszczony Han) - Pismo odręczne.
Niestety, pierwszych sześć metod zakłada milcząco, że użytkownik zna chiński, a
jedynie opcja ostatnia [7] pozwala znaleźć właściwą wymowę i znaczenie znaku
awet najgłupszemu osobnikowi pod warunkiem, że będzie potrafił odwzorować go na
ekranie z wystarczającą dokładnością. Bo też gdy wybierze się tę opcję, to na
ekranie pokaże się dodatkowe okienko, w którym można (używając myszy), narysować
niebieską linią szukany znak. W miarę rysowania pod tym okienkiem będą się ukazywać,
w poziomej linii, sugerowane znaki. Gdy wreszcie użytkownik uzna, że znalazł był
właściwy i kliknie weń, to ten znak pokaże się w górnym lewym oknie, pod oknem
małymi literkami wymowa z uwzględnieniem tonów, a w prawym oknie tłumaczenie na
język docelowy.
Metoda pierwsza [1] i piąta [5] zakłada, że użytkownik wie, jak się konkretny znak
czyta (znajomość tonu nie jest tu istotna). Trzeba wówczas zapisać to brzmienie
literami łacińskimi. Otworzy się małe okienko, w którym program podpowie pięć
pierwszych znaków o takiej właśnie wymowie, a jeśli naszego wśród nich nie będzie,
to trzeba nacisnąć na strzałkę przy tym małym okienku i pokaże się zestaw następnych
pięciu. Kiedy wreszcie pokaże się szukany znak, klikamy na niego i ten znak pokaże
się w górnym lewym oknie, pod oknem małymi literkami wymowa z uwzględnieniem tonów,
a w prawym oknie tłumaczenie na język docelowy. Różnica pomiędzy [1] a [5] polega
na tym, że niektóre znaki mają dwie metody pisania: uproszczoną i tradycyjną. Wzięło
się to stąd, że po przejęciu władzy w Chinach przez komunistów w 1949 roku okazało
się, że stopień analfabetyzmu był tam bardzo wysoki, zwłaszcza wśród prostych ludzi.
Dlatego nowe władze zleciły opracowanie uproszczenia pisma (niektóre chińskie znaki
porażają swoim skomplikowaniem), żeby ludowi było prościej je zapamiętać.
Metoda szósta [6] jest, w zasadzie, taka sama, jak pierwsza i piąta. Z tym, że wychodzi
się z wymowy kantońskiej, która jest diametralnie różna od pekińskiej, używanej w
[1] i [5].
Metody: druga [2] i czwarta [4] teoretycznie mogą być używane również przez ludzi,
którzy nie znają chińskiego, ale nauczyli się dzielić znak według charakterystycznych
grup kresek (cóż, nawet jeśli jest to w zasadzie możliwe, to jednak zbyt wielu takich
ludzi nie ma i obydwie metody są zazwyczaj używane przez osoby znające chiński). Bo
w znaku chińskim można wydzielić w sposób absolutnie autorytarny kreski charakterystyczne,
według których można próbować te znaki grupować. Jeśli więc użytkownik wie, na jakie
składowe może znak podzielić, to tą drogą dochodzi do małej grupy znaków, spośród
której wybiera właściwy. W tej metodzie poszczególnym klawiszom klawiatury przypisane
są konkretne grupy kresek. Ja nie wiem nic więcej o tych metodach, dlatego nie będę
nawet próbować kłamać, że dużo tu rozumiem. Grupy charakterystycznych kresek w obydwu
metodach nie pokrywają się, bo gdyby tak było to nie byłyby to dwie metody, tylko
jedna. Zupełnie na marginesie - Cangjie to mityczna czterooka postać, której Chińczycy
przypisują wynalezienie pisma, zaś "wubi" znaczy "pięć kresek", bo zakłada się, że za
pomocą pięciu kresek można w tej metodzie opisać każdy znak z wystarczającą dokładnością.
Metoda trzecia [3] to, tak naprawdę, bopomofo. Bazując na tym, że język chiński jest
sylabiczny, na początku dwudziestego wieku opracowano system pozwalający zapisać
brzmienie dowolnej sylaby trzydziestoma siedmioma znakami będącymi uproszczonymi
znakami chińskimi. Sylabę dzieli się na początek, środek i koniec i w ten sposób
można ją zapisać maksymalnie czterema znakami. Czterema, bo czwarty znak określa
właściwy ton wymowy. Jest to tzw. "system nauki poprawnej wymowy" (zhuyin fuhao -
stąd nazwa). W Chinach zarzucono go dość prędko, przechodząc na Pinyin (metoda [1]
oraz [5]), ale do dzisiaj jest używany w szkołach tajwańskich jako pomocniczy. Nazwa
"bopomofo" wzięła się stąd, że "b, p, m, f" to pierwsze znaki tego systemu. Jeżeli
w tekście chińskim pojawi się jakiś rzadko używany znak, to obok mogą się pojawić
malutkie znaczki bopomofo, pokazujące, jak się ten znak poprawnie czyta. Jeżeli tekst
zasadniczy napisany jest poziomo, to bopomofo umieszcza się nad znakiem, a jeżeli
pionowo, to po jego prawej stronie. (Podobny system stosuje się w japońskim, tylko
tam nie używa się bopomofo, tylko sylabariusza japońskiego).
Rozumiem, że teraz czytelnik wie już o tym temacie tyle, co każdy. Warto przypomnieć,
że powyższe metody stosuje się także przy obsłudze komputerowych edytorów tekstu.
O pewnych globalnych aspektach obalających mrzonki europejskich pięknoduchów; 22.03.2014
Politycy Unii Europejskiej wciąż pieszczą plan zmniejszenia emisji dwutlenku węgla.
Żeby tam zmniejszenia! Oni marzą o drastycznym obcięciu jej o 90%. Te piękne,
proekologiczne plany nie napawają jednak optymizmem. Nawet jeśli stawką jest walka
z globalnym ociepleniem, a politycy europejscy pragną być zbawicielami świata nie
pytając innych o zasadność walki, bo ci inni nie dorastają im w świadomości ekologicznej
do pięt.
Po pierwsze wymagać to będzie wielkich kosztów dostosowania przemysłu, samochodów,
gospodarstw domowych itd. Pojawia się więc pytanie, czy to najlepszy moment na tego
typu działania. Poza tym kapitalizm to nie obiad proszony - skoro produkcja stanie
się kosztowniejsza, to ktoś te obciążenia będzie musiał wziąć na barki. I nie będą
to politycy.
Po drugie może też komuś przyjść do głowy bardzo nieprzyjemna myśl. Oto dużą część
przemysłu europejskiego przeniesiono do Chin. Bo taniej, lepiej, a przede wszystkim:
korzystniej. Oczywiście dla kapitalisty korzystniej. No i ten przemysł produkuje tam
całą parą, a że miało być taniej, to jest - w Chinach nie obowiązują europejskie
przepisy, więc robotnikom można płacić mniej (zysk), a środowiskiem można się nie
przejmować (zysk). Dlatego nie trzeba płacić za różne tam filtry, oczyszczalnie i
temu podobne technologiczne wygibasy (zysk). Skutkiem takiego podejścia jest to,
że w takim Pekinie ilość pyłów w powietrzu potrafi przekroczyć 500 ppm (parts per
million) podczas gdy za wartość krytyczną przyjmuje się 25 ppm. A gdyby tego przemysłu
nie przenosić w swoim czasie do Chin, to zostałby w Europie (dawał pracę i pieniądze
tutejszym robotnikom i kadrze) i podlegał rygorystycznym wymogom unijnym. Czyli - per
saldo w skali globalnej skażenie ziemi byłoby mniejsze. Wynika więc z tego, że
politycy UE chcą w tej chwili kosztem swoich społeczeństw walczyć z problemem,
którego kapitalizm europejski jest, w dużej mierze, ojcem.
Mówiąc obrazowo: ilość dwutlenku węgla, o którą możemy zredukować europejską emisję
(wydając na to bajońskie sumy) wcale nie musi być większa od ilości tego gazu
emitowanego w fabrykach pozaeuropejskich, które produkują dla Europy różne produkty.
Europejska konkurencyjność spadnie, a zysk globalny walki z CO2 może okazać się
ujemny pomimo poniesionych kosztów. Może jednak najlepszą metodą walki z emisją
dwutlenku węgla jest powrót produkcji do Europy.
O tym, że rasistowskie urojenia ex-kolonialistów będą powodem końca supremacji państw zachodnich; 26.03.2014
Poniższy tekst stanowi uzupełnienie do ostatniego wpisu, próbując wyjaśnić
prawdopodobną motywację kapitalistów przenoszących produkcję na Daleki Wschód.
Rok sześćdziesiąty ubiegłego wieku nazywany był rokiem Afryki, bo to wówczas
niepodległość uzyskało siedemnaście państw, a w kilku następnych latach pociągnęły
ich śladem prawie wszystkie kraje tego kontynentu. Kolonizatorzy oczekiwali naiwnie,
że wszystko się tam załamie w ciągu paru miesięcy i tubylcy sami jeszcze ich
poproszą o powrót, ale z początku bardzo się zawiedli. Prawda, że jeśli tylko jakiś
kacyk wyznał publicznie, że zaczytuje się Marksem, to obóz pokoju i postępu
natychmiast stawał na uszach, żeby państwu takiego kacyka dopomóc w walce z
neokolonializmem. Tymczasem jednak okazywało się najczęściej, że sztucznie wytyczone
przy linijce granice państwowe tworzą wiele problemów, jedne plemiona, dorwawszy się
do władzy zaczynały natychmiast tępić inne plemiona, doradcy ze wschodu nie
potrafili rozwiązać problemów, z którymi do tej pory się u siebie nie spotykali
(a niby jak?), eksport drewna / owoców tropikalnych / kopalin w tajemniczy sposób
znajdował się znowu w rękach byłych kolonizatorów, a tzw. substancja techniczna
miała skończony okres użytkowania bez remontów. W wielu nowych państwach jedyną
siłą zdolną do trzymania wszystkiego za mordę okazywała się armia, więc nawet tam,
gdzie sierżanci nie zorganizowali jeszcze puczu przeciw rządom poruczników - nawet
tam cywilny prezydent dopieszczał swoje wojsko jak tylko mógł, bo była to jego
przepustka do kolejnych lukratywnych kadencji.
Dość łatwo otrzymywało się wówczas w Afryce pomoc z zewnątrz i najlepiej było,
gdy była to pomoc finansowa. Niejeden majątek polityka powstał z prostych przelewów
takiej pomocy na własne konto w Szwajcarii. Później zrobiło się trudniej, bo
darczyńcy też się już wycwanili i zaczęli dawać pomoc jedynie na konkretny cel
i jeszcze chcieli sprawdzać, podli ludzie, wykonanie tych projektów.
Tak więc najdalej gdzieś tak po dwudziestu latach od chwili ogłoszenia niepodległości
byłe kolonie znajdowały się już najczęściej w stanie o wiele gorszym niż w momencie
odejścia wrednych kolonizatorów, którzy - oprócz wyzyskiwania tubylców - dbali jednak,
żeby wszystko działało mniej więcej tak samo, jak w metropolii. Dlatego za ich czasów
budowano drogi i mosty, uruchamiano połączenia kolejowe, elektrownie i porty, stawiano
kina i sztuczne lodowiska, starano się utrzymywać ład i porządek, choć nie oszukujmy
się - to wszystko jedynie po to, żeby łatwiej było kolonią zarządzać i boleśniej ją
eksploatować. Po paru latach niepodległości wszystko, co pokolonialne pokryło się rdzą
i trądem - choć z zastrzeżeniem, że najczęściej, bo i tam można było wskazać kilka
krajów, które sobie nie najgorzej radziły i były obiektem zazdrości ludzi z innych
państw regionu. Żeby nie być gołosłownym - taki dwuipółmilionowy Dakar ma dzisiaj
wielkie kłopoty z elektrycznością, bo z powodu niewydolności technicznej miejskiej
elektrowni obowiązuje dokładny grafik i każdy wie, w których godzinach doby jego
dzielnica będzie miała prąd przez (chyba) cztery godziny. Bogatsi kupują sobie
generatory na ropę. A Senegal to w regionie ciągle jeszcze państwo dość dostatnie,
bo gdzie indziej bywa gorzej.
Nie wchodząc w szczegóły można powiedzieć, że byli kolonizatorzy zbudowali sobie
rasistowski obraz Murzyna, który wszystko potrafi doprowadzić w krótkim czasie do
ruiny, jeśli zza pleców nie będzie mu w sposób otwarty bądź dyskretny pomagał Biały
Człowiek. Czy to pogląd słuszny, czy nie - można szeroko dyskutować, ale niezależnie
od przyczyn wyniki samorządności afrykańskiej stanowią widok dość opłakany (zwłaszcza
w części zachodniej, choć nie tylko). Przy czym tak dla sprawiedliwości sądów trzeba
powiedzieć, że najprawdopodobniej byli już kolonizatorzy nie musieli sobie nawet
takiego poglądu budować po wypędzeniu, bo mieli go za pewnik w czasie swoich rządów,
traktując Afrykańczyków jak młodszych braci, których trzeba prowadzić za rękę.
Uważam, że ten zachodni mit tubylca (który, pozostawiony sam sobie, wszystko zapuści
aż do upadku) miał spory wpływ na decyzje przenoszenia produkcji do Chin. Kapitaliści
(na pewno europejscy, bo Amerykanie nie mieli kolonii poza Filipinami, ale chyba też
nie odrobili lekcji o przebiegłości tubylca) chyba nie obawiali się, że coś im się
z rąk wymknie, bo dufnie wierzyli, że nawet gdy się obrażą i odejdą, to pozostawione
w chińskich rękach zakłady też po kilku miesiącach zarosną trawą, czy tam bambusem.
I ta właśnie naiwna wiara w oczyszczającą moc bambusa, moim zdaniem, okazała się
największym błędem kapitalizmu. Błędem, który zmieni życie wszystkich ludzi w XXI
wieku. Wszystkich, a więc nasze też, a właściwie naszych nieszczęsnych dzieci. No
i wiadomo już, że dzisiaj możemy jedynie iść i zanieczyszczać groby tych kapitalistów,
którzy przenieśli przed laty produkcję na Daleki Wschód. Nic innego teraz uczynić
się nie da, bo herbata już się rozlała. Możecie jeszcze, mili czytelnicy, zacząć
uczyć się chińskiego. Wy już, z pewnością, nie podołacie, ale następne pokolenie,
zachęcone waszym przykładem, będzie miało jak znalazł.
O własnych wspomnieniach z Wielkiego Muru sprzed prawie dwudziestu lat; 05.04.2014
Chyba wszyscy widzieli zdjęcia Wielkiego Muru, a wiele osób nawet na nim było. Po raz
pierwszy widziałem go w Badaling (八达岭) niedaleko Pekinu w 1989 roku. Turystów zawsze
jest tam "wielka ćma" - to miejsce ludne, a nawet zatłoczone, bo mało komu chce się
odejść kawałek po murze i dlatego na pierwszych stu metrach można czuć się jak w wyjściu
z kościoła po sumie.
Kiedy pokazywałem Mur dzieciom w roku 1994, sam już nie wiem dlaczego odeszliśmy kawałek
w bok od głównego wejścia - zapewne szukaliśmy cienia. A tam ujrzeliśmy tablicę
upamiętniającą dotację pakistańską. Zdumiony, pstryknąłem zdjęcie, a ponieważ napisy
nie są specjalnie wielkie, więc przytaczam tu wersję angielską i tłumaczenie na polski.
Oryginał angielski:A PORTION OF GREAT WALL FROM NORTH TOWER 6-7 WAS RESTORED THROUGH
A FRIENDLY DONATION BY THE GOVERNMENT OF THE ISLAMIC REPUBLIC OF PAKISTAN AS A TOKEN
OF ETERNAL FRIENDSHIP BETWEEN CHINA AND PAKISTAN.
HIS EXCELLENCY MR. M. AKRAM ZAKI AMBASSADOR OF PAKISTAN TO CHINA UNVEILED THIS PLAQUE
ON 20.03.1989.
Tłumaczenie: FRAGMENT WIELKIEGO MURU OD WIEŻY PÓŁNOCNEJ 6 - 7 ZOSTAŁ ODBUDOWANY
DZIĘKI PRZYJACIELSKIEJ DONACJI POCZYNIONEJ PRZEZ RZĄD ISLAMSKIEJ REPUBLIKI PAKISTANU
JAKO SYMBOL WIECZNEJ PRZYJAŹNI POMIĘDZY CHINAMI A PAKISTANEM.
JEGO EKSCELENCJA PAN M. AKRAM ZAKI, AMBASADOR PAKISTANU W CHINACH ODSŁONIŁ TĘ
TABLICĘ 20.03.1989.
Jest dla mnie zagadką, czemu kraj wysyłający rakiety w kosmos i mający wielkie
ambicje polityczne przyjmuje pieniądze na odbudowę symbolu swojego państwa.
O dynastii Tang, cukrze, modliszkach i innych tajemnicach Orientu; 29.04.2014
Zapytano mnie ostatnio, czy mój blog spełnia zadania dydaktyczne. Oniemiałem. Musiałem wydukać prawdę (że nie), ale postanowiłem sobie solennie, że od dzisiaj to się zmieni. Dydaktyko - przybywaj!
Zapewne wiele osób pamięta, że w latach 618-907 rządziła w Chinach dynastia Tang (唐代).
Co więcej, jej rządy to był okres rozwoju, potęgi państwa i bogactwa. Te krzaki w
nawiasie to właśnie "dynastia Tang" po chińsku (czyta się: Táng dai). "Táng" to
pierwszy ze znaków i, jak widać, wymawia się go tonem drugim, bo kreska nad literą "a"
idzie do góry.
Znaki chińskie tworzone są bardzo często ze złożenia znaku prostszego z innymi
charakterystycznymi znakami, które uznano za na tyle ważne, że według nich tworzy
się słowniki, grupując według nich słowa. Różnie to różne autorytety przyjmują, ale
generalnie można powiedzieć, że jest ich mniej więcej 180. Te charakterystyczne znaki
będące elementami znaku bardziej złożonego plasuje się zwykle po lewej lub na górze
znaku, zaś te główne (po prawej lub u dołu) dają znakowi dźwięk, czyli mówią
czytelnikowi, jak taki skomplikowany znak przeczytać. To pewne uproszczenie, ale
na początek musi wystarczyć.
Spójrzmy na trzy znaki, które znalazły się w grupie tych znaków specjalnych.
Przypominam: one mogą istnieć samoistnie, a także stanowić składową znaków bardziej
skomplikowanych. Pierwszy znak to "ryż" 米 (mi). Drugi to "ziemia" 土 (tu). Trzeci
("ręka" - shou) jest ciut bardziej skomplikowany. A to dlatego, że gdy występuje
jako znak samodzielny, to wygląda tak: 手, zaś w znakach złożonych przybiera marniejszą
postać (tylko z lewej strony): 扌. Żeby powiedzieć prawdę, to "ziemia" jako element
składowy też ma bardziej ukośną dolną kreseczkę, ale to już doprawdy drobiazg
nieistotny dla niezsinizowanych dzikich.
W ten sposób otrzymujemy trzy nowe słowa, które wymawia się dokładnie tak samo
(táng, każde tonem drugim). Pierwsze 糖 znaczy "cukier". Drugie 塘 "staw". A
trzecie 搪 to czasownik "unikać". Żeby było trudniej istnieją też jeszcze
zupełnie inne słowa, które także wymawia się dokładnie tak samo (táng tonem drugim),
ale zapisuje w odmienny sposób (wiertarka, klatka piersiowa, główne pomieszczenie
domu, modliszka i inne).
Następny wpis poświęcę bliższemu przyjrzeniu się cukrowi, który krzepi. Czuję już
entuzjazm czytelników i to dodaje mi siły.
PS W nocy dopiero zrozumiałem, że niektórzy nie mają obsługi znaków chińskich w
swoich komputerach. Dla nich wstawiłem obrazek, który (mam nadzieję) rozwiąże problem.
O niektórych przysmakach dalekowschodnich, o których każdy słyszał, a mało kto widział; 02.05.2014
W ostatnim wpisie pisałem o potrzebie Dydaktyki. Przykro mi to powiedzieć, ale ta
potrzeba wcale nie została zaspokojona, więc czuję imperatyw kontynuacji cyklu.
Przypominam, że miało być o cukrze.
Osoby, które obecnie są już w wieku dość zaawansowanym, a które w cyklu rozwojowym
czuły się młodymi chłopcami (na temat odczuć młodych panienek nic nie wiem i dlatego
odpuszczam sobie tę część wywodu, aby nie popaść w drażniące błędy) z pewnością
czytały natrętnie przeładowany erudycją cykl książek o przygodach Tomka Wilmowskiego.
[Dla ewentualnych młodych czytelników tego bloga wyjaśniam, że młodociany Tomek
jeździł, z niezrozumiałą dla mnie w tej chwili predylekcją, po najgorszych dziczach
świata na samym początku XX wieku, jeszcze przed I wojną, łowił dzikie zwierzęta do
hamburskiego zoo pana Hagenbecka, a każda strona książki o nim wygląda tak samo.
Jedna trzecia od góry to wątła treść gęsto upstrzona numerami przypisów, zaś dolne
dwie trzecie to wyjaśnienia w owych przypisach.]
No i w którymś tam tomie Tomek trafia do środkowej Azji, a konkretnie do Chotanu i
tam, wraz z przyjaciółmi, uczestniczy w uczcie zamożnego Chińczyka. Wśród oszałamiającego
bogactwa dań podano także pijawki w cukrze, które doskonale wzmagały apetyt na alkohol
(spokojnie, nie młodocianego Tomka, tylko jego druha w wieku jego własnego ojca -
bosmana Nowickiego). No i po tym krótkim wstępie doszliśmy do tematu cukru.
Pijawki w cukrze kołaczą się w świadomości przeciętnego Polaka jako jeden z wyróżników
odmienności kulinarnej Chin. A jednak moje poszukiwania w sieci hasła "pijawki w
cukrze" nie dały oszałamiającego rezultatu. Możliwości są jedynie dwie: albo jestem
tak głupi, że nie potrafię niczego znaleźć, albo (przyznam, że wolę tę opcję) w
sieci niewiele na ten temat jest. Zacząłem jednak intensywnie myśleć i wydaje mi
się, że, nawet jeśli nie wyjaśniłem tej zagadki, to znacznie się do jej rozwiązania
przybliżyłem. Skreśliłem bowiem pijawkę, a na jej miejsce wstawiłem strzykwę, czyli
trepanga vel ogórek morski. I przypomniały mi się oglądane na własne oczy chińskie
obrazki, czyli trepangi z cukru, pysznie prezentujące swoje wypustki (są też,
oczywiście i inne sposoby przyrządzania trepangów).
Trepang w cukrze to po chińsku: 糖干海参 [táng gan haishen] (tym razem nie podaję
dodatkowo obrazka w formacie *.jpg, bo i tak, o ile znam życie, nikomu prawidłowa
pisownia tego rarytasu nie będzie potrzebna. A gdyby była, to proszę zwrócić się
do mnie bezpośrednio). Cóż tu dalej pisać? Raz zobaczyć to dziesięć razy usłyszeć,
więc zachęcam do zerknięcia tutaj na różnorakie obrazki wyszukane przez google'a.
Te wszystkie czarniawe niby-dżdżownice z rzadkimi łże-kolcami to właśnie trepangi
po obróbce cukrowej.
A w następnym odcinku napiszę (chyba, że mi umiłowanie Dydaktyki przejdzie), o tym,
jak niejaka Urszula Iguaran utrzymywała rodzinę produkując zwierzątka z karmelu i
co literatura tego typu ma wspólnego z Chinami, o ile w ogóle ma.
O ludziach cukru - krótko i zwięźle; 03.05.2014
Wbrew pozorom rzecz nie będzie o "królach cukru" i ich imponujących osiągnięciach
w kapitalizmie. Pominę także wspomnienia młodości i nie będę nikogo zanudzać problemami
kolejnych kampanii buraczanych, bo sprawy wojenne nigdy mnie nie pociągały. Zgodnie z
obietnicą cyklu idziemy w cukier, bo cukier nie tylko krzepi.
Skoro ostatnio obiecywałem wspomnieć o Urszuli Iguaran, to wypadałoby dotrzymać słowa,
żeby nie tracić wiarygodności. Ta cała Urszula była małżonką Jose Arcadio Buendii, co
każdy może sam stwierdzić, sięgając do "Stu lat samotności" Gabriela José de la
Concordia Garcíi Márqueza. W całej historii Macondo jej wyroby na tle realizmu
magicznego były ostoją realizmu funkcjonalnego, przeznaczonego głównie dla dzieci,
na tyle niewinnych i jeszcze niewytarzanych w grzechu, żeby móc znajdować przyjemność
w zwykłych słodyczach, choć jedli je także i dorośli w rzadkich chwilach wolnych od
radosnego folgowania chuciom cielesnym. Bo też Urszula wspomagała budżet domowy (a
chwilami zwyczajnie utrzymywała dom) produkcją zwierzątek z karmelu. "Dzieci i dorośli
z zachwytem ssali smaczne zielone kogutki bezsenności, śliczne różowe rybki nakrapiane
bezsennością i żółte koniki zatrute bezsennością". Tyle mówi znaleziony na chybił
trafił cytat i teraz mogę już spokojnie przejść do tematu głównego, zapominając raz
na zawsze o U. Buendia i nie przejmując się problemem bezsenności, bo cukier przede
wszystkim.
Jeżeli coś istnieje na Dalekim Wschodzie zaledwie od czterystu lat, to jest to właściwie
nowinka, której nie znali przodkowie, a przez to rzecz niejako podejrzana swoją
nowomodnością. A musimy cofnąć się w czasie właśnie o cztery wieki, do dynastii Ming.
To wówczas pojawili się tak zwani "ludzie cukru" [糖人 - táng rén], którzy w cukrze
zobaczyli swoją szansę. Stałym elementem chińskiego krajobrazu zostali dopiero za
kolejnej dynastii - Qing i, jeżeli ma się trochę szczęścia, można ich spotkać nawet
dzisiaj. To był rodzaj specyficznych domokrążców, którzy mieli zwykle ze sobą mały
piecyk na węgiel drzewny, metalowe naczynie, chochlę, pincetę, coś do gładzenia i
kawałek marmuru lub metalu. Rozpalali piecyk, podgrzewali cukier w naczyniu, a gdy
zaczynał być plastyczny, wyciągali małą kulkę i zaczynali ją już to ugniatać w
dłoniach (aż strach pomyśleć), już to nadmuchiwać słomką, nadając swojemu dziełu
pożądany kształt. Bardziej wymyślne tworzono pomagając sobie prostą pincetą, dodawano
na wierzchu kolor (zwykle czerwony lub zielony), wsadzano w ciepłą jeszcze masę
patyczek i voila! Gotowe do sprzedaży. Bo też zapomniałem dodać, że zwykle robiono
to na oczach oczarowanej i gotowej do zakupów dzieciarni. Były okresy, gdy ci
rzemieślnicy, rozumiejąc kłopoty finansowe, akceptowali w zamian za swoje zwierzątka
złom, stare ubrania, a w nowszych czasach nawet pastę do zębów [!], co dobrze
świadczy o dalekowschodnim parciu na higienę jamy ustnej.
A po co, w takim razie, kawałek marmuru? Sprawa jest banalnie prosta, bo klient
nasz pan. Okazało się, że istnieje popyt na zwierzątka dwuwymiarowe i wówczas cukier
wylewano cienkim strumieniem na chłodne podłoże, formując go, zanim zastygnie, w
wybraną postać. Takie twory nazywano "cukrowymi obrazkami" [糖画 - táng hua].
Chińczycy są bardzo skłonni do hazardu, więc nawet już dzieci mogły dać upust temu
dążeniu. Prawie każdy człowiek cukru ma ze sobą tablicę z obrotową wskazówką -
dziecko pokręca, wskazówka, niczym w ruletce, kręci się swobodnie i pokazuje... smoka,
feniksa, kurę, kaczkę, albo inne stworzenie. Teraz trzeba zapłacić i człowiek cukru
zaraz wykona zamówienie.
Tak jak wszędzie jedni są zwykłymi rzemieślnikami, a drudzy ocierają się o sztukę,
albo w sposób oczywisty są prawdziwymi artystami. Wystarczy spojrzeć tutaj i wszystko
będzie jasne. Na czwartym i ósmym zdjęciu od góry widać ten opisany powyżej kręciołek
do losowego wybierania zwierzaczka, a wszystkie inne pokazują, co można z karmelu
uzyskać. I przyznać trzeba, że efekty zapierają dech w piersiach. Przynajmniej moich.
A dodatkowo trzeba pamiętać, że to wszystko z karmelu, więc gdy głód przyciśnie,
spokojnie można dzieło sztuki zjeść, posilając się w tak kulturalny sposób.
Zapewniam najsolenniej, że to nie koniec cyklu o cukrze. Żeby zachęcić do oczekiwania
na kolejne odcinki mogę nadmienić ("nadmienić" jakoś o wiele uroczyściej brzmi, niż
banalne "powiedzieć", czy "poinformować"), że "cukier" to w wielu językach
bałkańskich "šećer".
O tym, co jeszcze można w Chinach dostać na ulicy na patyczku; 06.05.2014
Słowo húlu (葫芦) znaczy "tykwa". A kiedy przed nią postawi się znak "cukier", wówczas
opisuje się pojęcie tánghúlu (糖葫芦), czyli "owoc kandyzowany". Na północy kraju jest
rzeczą popularną i zwyczajną, że gdzieś na ulicy stoi sobie kobieta (czy też mężczyzna)
i sprzedaje takie owoce nanizane na patyczek. Patyczki są zwykle, a jakże by inaczej,
wykonane z bambusa, a ich długość najczęściej oscyluje gdzieś tak około 20 cm. Nie jest
to jednak jakaś wartość obowiązkowa, bo jestem przekonany, że widziałem przekupniów z
o wiele dłuższymi patyczkami. Sprzedawca może mieć je w jakimś naczynku, stojące
niczym bukiet kwiatów, albo też słodycze mogą sobie leżeć na czymś w rodzaju małej
stolnicy z nacięciami na pionowych krawędziach - tak, że patyczki idealnie leżą w
tych nacięciach, a owoce nie dotykają powierzchni płaskiej. Albo też człowiek ma
ruchomą wersję swojej firmy, to znaczy chodzi sobie tu i tam, dzierżąc w ręku kij;
taki zwykły, jak od szczotki, choć dłuższy. Na czubku przymocowana jest jakaś
brukiew, czy coś podobnego (nigdy się dobrze nie wpatrzyłem), a patyczki są powbijane
w tę bulwę.
Tradycyjnie spragnionym słodyczy oferowano tak spreparowane owoce głogu, ale później
przyszła różnorodność (nie wiadomo, czy rozmysłu, czy zwyczajnie kiedyś głogu zabrakło).
Dzisiaj można wybierać pomiędzy rajskimi jabłuszkami, truskawkami, jagodami, winogronami,
cząsteczkami mandarynek, kawałkami ananasów, kiwi, bananów lub nawet małymi pomidorkami.
Więcej - zaczęto też eksperymentować z polewą, zastępując cukier czekoladą lub dodając
do masy ziarna sezamu.
Gdybyście jednak byli w Pekinie (Beijing), to tam nazywa się ten cymes bīngtánghúlu
(冰糖葫芦), czyli "tykwa cukru lodowego". No i, spyta ktoś dociekliwy, skąd
w tym wszystkim wzięła się ta cała tykwa? To chyba oczywiste - te kuleczki nanizane
na patyk kojarzyły się tamtejszym ludziom nieodparcie z kształtem tykw. Przyznam, że
mnie się nie kojarzą, ale ja nie jestem Chińczykiem, ani nawet osobą porządnie
zsinizowaną.
No a co z sugerowanymi w poprzednim tekście Bałkanami? Cóż, to był tylko ser w pułapce.
O żółwiu z cukrem lodowym; 08.05.2014
Przyznaję, że trochę to wygląda psychodelicznie, ale przecież warto się wgłębić
i spróbować zrozumieć, skoro wiedza może dać zupełnie nieoczekiwane wyniki, zwłaszcza
dla mężczyzn (patrz punkt 7 - "napełnić gazem impotencję"). Przepis pokazujący
wykorzystanie cukru lodowego [rock candy po "amerykańsku"] w chińskiej kuchni wziąłem
stąd, a później zleciłem
maszynie (niezastąpiony translator sieciowy), żeby pokazała
od razu tłumaczenie na polski (tekst niebieski niżej; słowa pozostawione po angielsku
zielone; słowa ciągle po chińsku kursywą). Moim zdaniem jest powalające, a dodatkowo
sprawia mi przyjemność, bo przecież w Ningbo byłem. No i maj (patrz punkt 10) to
najlepszy czas na ten przepis z powodu podaży kalafiorów, chociaż łeb żółwia
jaszczurowatego ciągnąć trzeba ciężko ciężko, więc jednak niezbędny jest też wysiłek
czyli nie jest to przepis na pyszne pulchności dla wszystkich.
Rock candy żółw
Rock candy żółw jest najbardziej znane miejsca w Ningbo Han potraw. Zrobić kolejny
cukierek Turtle Rock nazwie "mistrz", to pierwszy z ostatnim piętrze rzeki Yong,
jest jednym z dziesięciu najlepszych dań Ningbo. Pyszne dania pulchności, są słodkie,
słone wejście cechy smakowe zamknięcia.
1. Nazwa angielska
Rock candy żółwia: żółw parze zupa w cukier kryształ.
2. Należy kuchnia
Ningbo w pierwszych dziesięciu najlepszych potraw, do jedzenia ruannuo run ustach,
kwaśne, słodkie i słone, niepowtarzalny smak. To danie jest tonik, cukier, rock i
Lucjan gulasz, z yin, dostroić, tonik, qi, odprowadzania ciepła i innych funkcji.
3. Skuteczność dania
Uprawa tonik krwi yin odżywiająca niedożywienie.
4. Opis
Żółw jest głównym surowcem, być cukier kryształ i inne przyprawy, z kolorowym huang
liang, miękką woskowej wargi ust, pachnący, słodki i kwaśny smak słony, smaczne, a
ze względu na sosie z gorącym oleju podczas gotowania wiążą się ściśle żółwie, może
utrzymać dłużej czas ciepła. Bogaty wybór składników białka, jod, żelazo, witaminy B
i tak dalej.
5. Produkcja procesowa
Produkcja materiałów
Składniki: turtle (750 g).
Przyprawy: sojowy (30 g), cebula (10 g), cukru kryształu (30 g), imbir (5 g), smalec
(rafinacja) (40 g), wino z ryżu (25 g), oleju z orzeszków ziemnych (35 g), sól (2 g).
Proces produkcji
a) żółw yang umieścić, należy udać się, szybko złapał go za szyję palcami, ciągnąć
ciężko, ciężko rozszerzenia powłoki szyi wraz z powrotem po krwi odsączone do 90 [deg C]
zanurzenie ciepłej wody;
b) w przypadku ryb skorupy żółwia wrzucony biały, wyczyścić, nogi, brzuch, w zimnej
wodzie i spódnicy białej folii, z myjni z powrotem szczotka czarny powłoki;
c) aby otworzyć brzuch wypatroszony, odcinając głowę i ogon, zhao jian, a następnie
pokroić na 8 równomiernie;
d) kawałki żółwia do wody garnek gotowane, usunąć i zmyć wodą, a łza ścięgna krwi,
przygotować bloki i masło;
e) wok ciepła ze śliskiego patelni, dodać olej arachidowy, aż ciepła bacheng dodać
scallion, imbir, aż pachnące, bloki push snapper (brzuch w dół), gotowane w winie
ryżowym jia pokrycia lekko dusić;
f) po dodaniu 750 ml wody, gotować 3 minuty, niski dusić ciepła pokryte 25 minut
lub tak;
g) być miękkie i nieelastyczny, gdy stek, dodać czerwony sos, sól, cukier, smalec,
przykryć i gotować na wolnym ogniu przez około 20 minut;
h) dusić aż mięso i spódnice ruannuo, a następnie przełączyć się mieszać sos, side
kołysanie się zebrać w garnek stek marynaty;
i) aż sos gęsty lepki, gdy mżawka smalec, następnie wstrząsnąć pan zrobić sos
walczy mieszaninę oleju z sosem była galaretowata, mżawka smalec, wstrząsnąć patelni
i podawać.
Wskazówki technologiczne
Ogień gotować, gotować na małym ogniu, dodać sól, sos sojowy, cukier spalić smaczne,
zmienić sos, mieszając na średnim ogniu rozpuścić sos, dom moc ognia, słodkie wejście,
zamknięte słony smak, niepowtarzalny smak.
6. Dania smakują
Smak: słodkie i pikantne. Pyszne pulchności, są słodkie, słone wejście cechy smakowe
zamknięcia.
7. Recepty żywienie
Żółwia: żółw wartość żywności wysokiej, smak ryby szczególnie smaczne, bogate w
substancje odżywcze. Ryby i jego ekstrakt mogą skutecznie zapobiegać i hamować raka
wątroby, raka żołądka, ostra białaczka limfoblastyczna, oraz w celu zapobiegania i
leczenia z powodu chemioterapii, radioterapii, osłabienie wywołane, niedokrwistość,
leukopenia zatoru. Turtle krwi jest również lepszy efekt netto, jeść może obniżyć
poziom cholesterolu we krwi, choroby wieńcowej u pacjentów z nadciśnieniem tętniczym,
a zatem korzystne. Żółw też "poszkodowanym pracownikom, napełnić gazem impotencja,
dabuyin niewystarczające." Świeże snapper są też wtórne skutki gruźlica, anemia,
fizycznej słabości i innych pacjentów. Ryby z natury, słodkie, z yin chłodzenia,
bushenjiangu, łagodzi przeciążenia xiaopi rolę.
8. Przepisy
Żółwia: żółw nie z brzoskwiń, amarant levin (?), jajka, wieprzowina, królik, mięta, seler,
kaczka, musztarda, kurczak, węgorz, krab z jedzeniem.
9. Składniki odżywcze
Kalorie (1.710,20 kcal). Białko (135,80 g); tłuszcz (107,16 g); węglowodany (49,66 g);
błonnik (0,34 g); witamina A (1.068,70 g); karoten (92,50 g); tiamina (0,57 mg);
ryboflawina (1,13 mg); niacyna (25,46 mg); witamina C (2,30 mg); witamina E (2.037,27 mg);
wapń (575,14 mg); fosfor (930,55 mg); sód (3.245,19 mg); magnez (168,39 mg); żelazo
(25,38 mg); cynk (18,09 mg); selen (114,66 g); miedź (1,01 mg); mangan (1,07 mg); potas
(1.607,58 mg); kwas foliowy (9,00 g); cholesterol (794,70 mg).
10. Historycznych i kulturowych
Rock candy żółw jest najbardziej znane miejsca w Ningbo Han potraw. Kwiecień i maj
każdego roku, południowa kwitną regionu kalafior, to czas, kiedy najbardziej płodne,
żółw, żółw ma kalafior znany w tej chwili jest najlepszy czas, aby gotować Turtle Rock
candy. Rock candy jest łatwo dokonać sos zgęstnieje, dodać sok z żółwia z tworzywa
sztucznego, a Szanghaj ognia sławę tradycyjnych potraw.
11. Związane z legendą
Według legendy, 100 lat temu, północnym brzegu rzeki w Ningbo, Riverside ma mały sklep
monopolowy, dozowniki Rock candy spalić żółwia znany. Spalił danie, pachnące, woskowa
bawełna, zarówno słodkie i słone, smaczne, wyjątkowe wysiłku. Pewnego dnia, pola do
dwóch wind, próbował Pekinie egzamin, podobny do tego jak ta restauracja Ningbo, picia,
oglądania Riverview. Ludzie patrz był uczony, zapytał: "Szanowny mąż chce spróbować
jedzenia".
Dwa wyciągi są bogate dzieci, powiedział. "Wszystkie dania, smak i służą meble". Tak
więc, ludzie nadal wysyłać sobie potrawy kanałów, dwa wyciągi, patrz ostatni służył
Turtle Rock Candy, głowy żółw morski Alice, świeciło wspaniale, pachnący, a następnie
xieqi smak, jeden z jego ust; bawełna woskowa słodki, nietypowy smak fanxiang, pochwały,
skarbnik zapytał: "nazwę, co danie?". Skarbnik zobaczyć dwóch graczy są w pierwszej
linii z egzaminu, wpadł na pomysł, wyślij ciemne głową, powiedział: "miaozai". "Drogi mężu,
który był" mistrzem "jest również" wyciągi słuchał, lianhu bomb dala!
Tak się złożyło, aż do upadku Jiebang, w którym naprawdę podnosi mistrza. Jego powrót
do domu, błyskotliwość, specjalnie ponownie zarządu Yongjiang to mała restauracja,
jeść, nazwany "mistrzem"! Mówi się, że jedzenie to danie, ciała i zdrowia sanwant, huk
moc liceum są również naczynia. Na szczęście, w malarstwie, które z kolei opracowanie
"Turtle Rock cukierki", tak publicznych mistrz smak i zadbane cztery skarby rozwiń
papier ryżowy, z szacunkiem mistrz restauracji tytułu. Klasyczny mistrz chętnie
odsetki, nie uchylać, sięgnąć po pióro i napisał "Imperial House" trzy znaki. Od
tego czasu, na najwyższym piętrze znana wschodniej Zhejiang. Poddasze Turtle Rock
dania słodycze, również znany za granicą. Później Szanghaj otworzył także dwie
górne piętro; "Yongjiang Imperial House", "cztery z Cesarskiego Domu" i są w dobrym
gotowania słynnego Rock candy żółwia.
Mam nadzieję, że teraz (a) bardziej doceniacie moje nieśmiałe próby przemycenia
kilku znaków do tekstu, który u mnie jednak zwykle coś znaczył, (b) wiecie już,
co sądzić o tłumaczeniach maszynowych.
O ostatecznym wyjaśnieniu tematu cukru powiązanego z Dalekim Wschodem; 09.05.2014
Sprawa jest nad wyraz prosta. Parę dni temu w jednej z dzielnic mojego miasta był
wielki festyn. A na nim rozdawano za darmo książki, w złudnym mniemaniu, że jak za
darmo, to ludzie wezmą, a skoro już wzięli to może jeszcze je przeczytają. Wziąć,
to wzięli, ale co do przeczytania, to bym za bardzo się nie podniecał, bo ludzie są
wtórnymi analfabetami i niczego, czego nie muszą, nie czytają. A zresztą nawet
gdyby chcieli, to i tak nic nie zrozumieją.
No i chapnęliśmy z małżonką dwie książki (po francusku dla niej, a po angielsku
dla mnie), co widząc obsługa stołu zaczęła zachęcać do zakupu przeze mnie róży
dla małżonki, bo to stary kataloński zwyczaj. On daje jej kwiat, a ona jemu - książkę.
Czego to ludzie nie wymyślą! Dlaczego akurat kataloński? Ale pal sześć - różę
wręczyłem.
I właśnie wówczas wzrok mój padł na cieniutką książczynę, która okazała się
niechlujnie wydanym tomikiem wierszy. Wierszy nie cierpię i nie rozumiem, a gdybym
tylko mógł - zabroniłbym ich wydawania. Zafrapowało mnie jednak to, że ten akurat
tomik został objęty honorowym patronatem Ambasadora Nadzwyczajnego i Pełnomocnego
Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce. Bo też prawie każdy z prezentowanych tam
wierszy został przetłumaczony na chiński. Na obrazku pokazuję ten, który mnie
zafrapował poprzez nowatorskie (przynajmniej dla mnie) użycie słowa "pączki" w
literackiej chińszczyźnie. Oryginał nie powalił mnie na kolana, ale z racji mojej
niechęci do liryki to nic nadzwyczajnego. Dlatego nawet nie staram się go tu
zamieścić, bo po co? Ewentualnie, jeżeli taka będzie wola ludu, zrobię to w
następnym tekście. Wola ludu musi być jednak odpowiednio liczna - bez tego nic.
O tym, jak z żółwia na słodko wyszedł gulasz z Lucjana; 11.05.2014
Parę dni temu zamieściłem wynik tłumaczenia maszynowego przepisu na żółwia
skórzastego na słodko. Automaty mają to do siebie, że tłumaczą szybko, jednak
rzadko kiedy wynik ich pracy jest zadowalający. W dodatku co innego, gdy język
źródła jest z tej samej rodziny, co język docelowy, a co innego, gdy tłumaczy
się na język bardzo odległy od oryginału. Tak było też i tym razem. Tłumaczenie
z chińskiego na polski dało opłakane rezultaty. Na tyle opłakane, że, zwykle
ignorujący takie kwiatki, Wachmistrz
zwrócił uwagę na "gulasz z Lucjana".
Wszystkie ślady prowadzą do konkluzji, że tłumaczenie z języka A na język B
(gdzie zarówno A i B nie są angielskim) jest prowadzone zawsze poprzez tłumaczenie
na angielski (ukrywane przez translator). Dlatego, tak naprawdę, komputer tłumaczy
jak następuje: język A -> angielski -> język B. Widać to wyraźnie po słowach
angielskich tkwiących w wynikowym tekście B, gdy program niezbyt wie, jak sobie
poradzić, bo nie znalazł odpowiedników słów w języku B. A gdy nie wie, jakie są
angielskie odpowiedniki słów z języka A, wówczas w tekście wynikowym tkwią także
słowa z oryginalnego tekstu A. Tak właśnie było w przepisie na żółwia w cukrze,
bo można tam zobaczyć zarówno słowa chińskie (kursywą), jak i angielskie
(zielone).
Po tym krótkim wstępie można już przejść do rzeczy. Przepis kazał brać do tej
potrawy żółwia skórzastego (甲鱼, jiayú). Translator znalazł słowo oznaczające
nazwę takiego żółwia, z którego robi się zupę także w Stanach Zjednoczonych.
To tak zwany snapping turtle, którego nazwa bierze się stąd, że wyjęty z wody
zachowuje się agresywnie i kąsa swoimi dziobopodobnymi szczękami (to snap to
po angielsku tyle, co "chapnąć", "capnąć" [zębami]). Tak więc zamiast chińskiego
"jiayú" maszyna przeszła do angielskiego "snapper". Dlaczego "snapper",
a nie "snapping turtle"? A bo ja wiem? Tezę tę potwierdza pozostałość -
właśnie słowo "snapper" w punkcie 5e tłumaczenia przepisu. Można je uważać za
odpowiednik słowa "kąsacz", o ile takie słowo istnieje. Teraz program przeszedł
do następnego kroku: do znalezienia polskiego odpowiednika angielskiego słowa
"snapper". Pechem tego tłumaczenia było to, że "snapper" to ryba oceaniczna
z okoniokształtnej rodziny Lucjanowatych. Stąd tylko krok do wstawienia w
miejsce chińskiego "jiayú" polskiego "Lucjan".
Zwrot oryginalny był zapisany jako: 甲鱼与冰糖同炖。
Brzmienie zwrotu oryginalnego to: Jiayú yu bingtáng tóng dun.
Tłumaczenie maszynowe: cukier, rock*) i Lucjan gulasz.
Tłumaczenie słowo po słowie: Żółw skórzasty i cukier lodowy razem gulasz.
Tłumaczenie proponowane: Gulasz z żółwia skórzastego z cukrem lodowym.
Tym samym Lucjan został uchroniony przed zakusami kanibali, którzy chcieliby
powoływać się na ten blog.
*) Pozostałość z tłumaczenia zwrotu "cukier lodowy" - rock sugar.
O pewnym referendum odrzuconym przez lud; 17.05.2014
Помню,
что в этот
день в зале
горпреза
(городского
президиума)
во время
заседания
был шум.
Председатель
пытался
восстановить
порядок, но
это ему не
удалось.
–
Как же это
так,
граждане? Как
же? В конце
концов, вы
должны
провести
референдум
по этой теме.
– ласково
говорил он –
Ну да, по порядке
должно быть:
карточки
вопросов
референдума
из райкома
пришлют,
назначат
комитет.
Власть знает,
что нужно. А
вы так сразу…
–
Молчать! –
некультурно
прорвал ему
угрюмый
человек
являющийся
командиром
новых (кроме
всего, какие
из них новые,
когда до тех
пор они уже
составляли у
нас
большинство).
– И без
референдума
немедленно
провозглашаем
здесь нашу
дули куодзя (
独立国家 duli guojia)!
–
Никак нет,
нет единого
мнения! – покраснели
лица
председателя
– Я вас сразу
очень
серьёзно
предупреждаю,
что я буду призывать
армию…
–
Просто
попробуйте! –
угрожал этот
коварный
человек,
улыбающийся
с насмешкой.
А потом,
вытягивая из
кармана
большое,
оксидированное
оружие,
добавил
низким голосом
неприятно
через зубы –
Скотина.
Люди
начали
вставать со
своих мест и
украдкой
уходили
боковую
дверью. С
наших почти уже
никого не
было.
–
Посмотрите
вокруг! –
говорил
громко угрюмый
китаец –
Китайские
миролюбивые
граждане
составляют
во всей провинции
большинство,
поэтому они
имеют право
требовать
самоопределения.
Ваше время
прошло, у нас
есть уже 2046 год.
На данный момент
китайские
военные
пересекли
границу и
занимают всю
территорию,
чтобы
навести здесь
мир и
порядок. Вы
не были в
состоянии сделать
этого до сих
пор.
–
Люди! –
застонал
председатель,
посматривая
беспомощно
по сторонам –
люди, что-то
скажите,
пожалуйста…
К
сожалению, из
россиян
присутствовали
уже только
несчастный
председатель,
я (я не был
виден из-за
широких плеч
китайцев,
поэтому что я
невысокий
человек) и
наш преподаватель
русского
языка Ваня
Яковлев.
–
Иван
Прохорович…
– прохрипел
председатель
– Ваня, скажи
что-нибудь.
–
Меня зовут
Вань Я, я
теперь
китаец –
сказал Ваня,
почему-то
бледнея – я
буду теперь
преподавателем
русского
языка как
иностранного.
–
Видите – уже
тише сказал
китайский
местный чуси
(zhuxi) – он 王亚 (Wang Ya),
именно
сейчас стал
настоящим
китайцем. Это
правильно.
Теперь,
несколько
месяцев
спустя, я уже
могу быть
совсем
спокойным.
Показалось,
что в Китае
люди очень
хорошо живут.
Я думаю, что в
следующем
месяце
мамаша
приедет из
Донецка,
чтобы здесь
иметь лучшую
жизнь. В
конце концов,
мы, китайские
люди имеем
очень
сильное
чувство
семьи.