|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O wiecznie pijanym szewcu i jego odczuciach; 20.05.2014
Moja ś.p. babcia często mówiła o wiecznie pijanym, zawistnym szewcu, który cieszył się po kolejnym konklawe,
że kardynał X nie został papieżem. Widzę coraz wyraźniej, że staję się właśnie takim szewcem. Chociaż nie -
są przecież chwile, w których jestem trzeźwy i to właśnie wówczas mogę odczuwać swoje złośliwe zadowolenie.
Wiadomością dnia jest dla mnie to, że pan Putin wróci z Szanghaju z pustymi rękoma. Bo przecież pojechał tam,
by uroczyście podpisać kontrakt dziesięciolecia, kontrakt, który miał dobitnie pokazać europejskim głupkom, że
Rosja zawsze może się do nich obrócić plecami i sprzedać swoje dobro gdzie indziej. Tymczasem Chińczycy
wystawili, tak naprawdę, pana Putina do wiatru w sposób haniebny. Skoro bowiem pewne koła moskiewskie, zbliżone
do Gazpromu, szeptały coraz głośniej, że tę cudowną umowę dywersyfikującą odbiorców podpisze się w maju, a
prezydent kraju właśnie w maju pojechał do Chin, to oczekiwania mogły być tylko jedne.
Myślę, że Rosjanie, przyzwyczajeni do swojej mocarstwowości, zapomnieli już jak wyglądają rozmowy z Chińczykami.
Uważali, że ci ostatni w końcu ulegną, bo Moskwa ma nieodparty wdzięk, sprawdzony w tylu już umowach
międzynarodowych.
Ciekawe, czego oznaką jest brak tego porozumienia ekonomicznego. Czy to dowód na to, że Rosjanie zatracili
poczucie rzeczywistości (i Chiny właśnie przywołały Rosję do porządku, pokazując, kto w tej parze rządzi i
rządzić już będzie)? Czy też podstępne uderzenie od środka, mające na celu podkopanie pozycji prezydenta
(ktoś doskonale wiedział, że to mission impossible, a pomimo tego celowo wmanewrował w nią swego wodza)?
Chciałbym zobaczyć, co będzie się działo za murami Kremla po powrocie.
================
Dopisane 21.05.2014
Okazuje się, że Chiny podpisały jednak ten wielki kontrakt z Gazpromem - rzutem na taśmę. I jeszcze drugi,
o wiele mniejszy z prywatną firmą Novatek na około 3 mln ton gazu skroplonego (= 4,1 mld metrów sześciennych)
rocznie przez okres 20 lat z zachodniej Syberii. Ciekawe, że Rosjanie nie chcą powiedzieć, jaką cenę utargowali,
zasłaniając się "tajemnicą". Drugą ciekawą dla mnie sprawą jest to, że gospodarze trzymali Rosjan w niepewności
do ostatniej chwili, więc widocznie negocjacje musiały być prowadzone nerwowo aż do tej ostatniej chwili. Czas
pokaże, z czego Rosjanie zrezygnowali, żeby tylko ten kontrakt podpisać.
O pewnym statku nie wiedzieć czemu uznawanym za polski; 22.06.2014
W kwietniu 1873 roku w Stoczni Wschodniej w Glasgow zwodowano statek, który był już sześćdziesiątym czwartym
wytworem tych zakładów. Statek miał stalowy kadłub, a napędzał go silnik parowy, chociaż miał też cztery maszty
i mógł iść pod żaglami. Ochrzczono go jako "Duke of Sutherland". W 1892 roku, kiedy miał prawie dwadzieścia lat,
wymieniono mu silnik na mocniejszy, trzycylindrowy.
Na początku był zarejestrowany w Barrow (północno-zachodnia Anglia) i zmieniał co kilka lat właścicieli.
Przy kolejnej zmianie (1904) postanowiono przemianować go na "Macquarie" (prawdopodobnie dla uczczenia byłego
gubernatora Australii). Dwa lata później zakupiła go firma William Katz z Szanghaju i od tego momentu statek
już do końca znany był jako "Hanamet" (co to słowo oznacza - nie mam pojęcia). Nie należy jednak rozumieć, że
statek był chiński, bo XIX wiek to okres, kiedy Chińczycy znienawidzili cudzoziemców (= zamorskie diabły)
panoszących się na ich ziemi i wprowadzających tam nowoczesny kapitalizm z bezczelną pewnością siebie i nie
oglądając się wcale na local people. Firma W. Katz, mająca siedzibę w Szanghaju, była więc amerykańska.
Oto bowiem 30 sierpnia 1914 roku gazeta "The New York Times" pisze o tym, że brytyjski torpedowiec zajął
poprzedniego dnia jako zdobycz wojenną amerykański statek "Hanamet", a jego właściciel zwrócił się do
amerykańskiego konsula o odszkodowanie, skoro jednostka płynęła spokojnie z Szanghaju do Qingdao (prowincja
Shandong), na pokładzie miała tylko osoby cywilne i nie przewoziła kontrabandy. Pytaniem jest więc, pod jaką
flagą pływał statek, skoro Brytyjczycy uznali go za łup wojenny (Chiny przystąpiły do I wojny dopiero 14 sierpnia
1917 roku, w dodatku po stronie zwycięzców)? Odpowiedź trochę dziwi: pod amerykańską, chociaż raczej prawem
kaduka, bo statek nie był nigdy wpisany do żadnego amerykańskiego rejestru, jak wiele podobnych mu jednostek
żeglujących po morzach Dalekiego Wschodu, a nawet przepisy amerykańskie kazały konfiskować takie statki, gdyby
wpłynęły do portu pod amerykańską jurysdykcją. Chodziło jednak o to, że w tym rejsie jego załoga składała się
z Niemców (Qingdao do końca I wojny było kolonią niemiecką), gdyż po ogłoszeniu wojny wejście do portu zostało
przez Niemców zaminowane i poprzednia brytyjska załoga bała się tam płynąć.
Dalej trafiłem na czarną dziurę, jednak statek musiano zwrócić właścicielowi, bo w 1923 roku figurował jako
własność firmy William H.M. Taylor, zarejestrowanej w Pekinie i w Szanghaju. I tu dochodzi się do momentu, w
którym statek zetknął się z Polską.
Kilka dni temu byłem na wykładzie poświęconym postaci ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego i dzięki temu
dotarłem do tabeli, która twierdziła, że największym polskim statkiem w 1923 roku był... "Hanamet", należący do
firmy Grünblatt, zarejestrowany we Władywostoku. Jedno ze znalezionych przeze mnie źródeł twierdzi, że statek
w 1924 przeszedł w ręce firmy W. Katz i nie wiadomo, co się z nim później stało (kłóci się to z artykułem
mówiącym o zatrzymaniu statku należącego do firmy W. Katz już w 1914). Drugie zaś - przeciwnie, mówi że w 1925
firma Taylor odsprzedała go firmie Greenblatt z Qingdao, która, z kolei, zezłomowała jednostkę w Wolnym
Mieście Gdańsku. Trudno więc uznać pięćdziesięcioletniego trupa za istotne wzbogacenie naszej floty.
==================
Dopisane 26.06.2014
Odnalazłem w sieci fragmenty książki pióra pani Isabelle Maynard "China dreams: growing up Jewish in Tientsin".
Z tego tekstu wynika, że do początku lat dwudziestych zeszłego wieku s/s "Hanamet" należał do rodziny Zimmermanów
z Władywostoku. Fragment podaję poniżej w oryginale, źródło można znaleźć
tutaj.
"He [my grandfather, David Tsimmerman] had by then amassed a fortune, owning a flour mill, a
lumberyard that sent lumber to London, a railroad with its own trains and modern equipment, and a meat plant
that supplied the local garrison in Vladivostok. His house at 46 Borodinskaya had eight rooms. Grandfather
David was one of six brothers, and the clan was a powerful force in Vladivostok's business world. Among them
they owned a silver mine in Tiv Te Khe, the Hanamet (a steamship), and several hotels. Their houses dominated
the two main boulevards in town - Borodinskaya and Kitaiskaya. (...) In the early twenties my father and his
family steamed on their boat, the Hanamet, to Tientsin to wait out the Russian Revolution. Thinking that it
would only last a while, they brought little with them."
O jeszcze jednej, dość dziwnej, Ostatniej wieczerzy; 26.06.2014
Pan Zhang Hongtu (张宏图) mieszka dzisiaj gdzieś pod Nowym Jorkiem i może spokojnie patrzeć w przyszłość,
gdyż osiągnął to, o czym marzą wszyscy artyści - rozpoznawalność i sławę. Urodził się w 1943 roku gdzieś
w głębokich Chinach w rodzinie muzułmańskiej. Jego ojciec był niespokojnym duchem, więc państwo Zhang stale
przemieszczali się z miejsca na miejsce. Młody Zhang zaczął studiować sztuki piękne w Pekinie, ale rewolucja
kulturalna pokrzyżowała mu plany. Wykorzystał ten czas nietypowo, przemierzając z grupą przyjaciół szlak
Wielkiego Marszu (trasy, którą przeszli wcześniej komuniści pod wodzą Mao Zedonga). Niewiele mu to pomogło,
bo został zaatakowany za złe pochodzenie (ojciec był przez pewien czas wiceprzewodniczącym Związku Muzułmanów
Chińskich) oraz za słabo ukrywane zainteresowanie sztuką zachodnią. Ostatecznie jakoś tam skończył studia i
dostał nakaz pracy w pekińskiej fabryce biżuterii jako designer.
Jak sam twierdzi z pracą dawał sobie radę w ciągu jednego dnia, zaś całą resztę czasu poświęcał na twórczość.
Prędko zaznał losu wszystkich niepokornych artystów w bloku postępu i pokoju - cenzura często nie dopuszczała
jego prac na wystawy. Dzięki rozgłosowi, jaki zdobył w 1980 roku jako jeden z młodych artystów wystawiających
swe prace w Narodowej Galerii Sztuki w Pekinie mógł zaryzykować i wystąpić o prawo wyjazdu na studia do Stanów
Zjednoczonych. Nie wrócił już stamtąd do kraju.
Stany tylko na filmach są ziemią obiecaną dla wszystkich. Zhang Hongtu zdobył rozgłos w USA dopiero po kilku
latach, gdy połączył swe azjatyckie doświadczenie z amerykańskim bluźnierstwem. Przedstawił bowiem dzieło,
na którym zastąpił twarzą przewodniczącego Mao znany obrazek z pudełka z płatkami owsianymi (jedzonymi dla
zdrowia prawie w każdym amerykańskim domu, nie to co u komunistów żrących niezdrowe sadło). Później już poszło
z górki.
Najśmieszniejszy rozgłos zapewnił mu senator Edward Kennedy. Tuż po wydarzeniach na placu Tian Anmen w
Pekinie (1989) artysta namalował swoją wersję Ostatniej wieczerzy i zgłosił ją do wystawy organizowanej w
Waszyngtonie przez koła senatorskie. To właśnie wówczas senator Kennedy uznał obraz za "świętokradczy" i nie
dopuścił do jego ekspozycji. Zhang wycofał się z tej wystawy, a część innych artystów zrobiła w proteście to
samo, wyrażając myśl, że oto człowieka, który walczył z cenzurą w Chinach ta sama cenzura dopadła w Stanach
Zjednoczonych. Ostatecznie obraz wyceniony na potrzeby wystawy na 4.000 USD został po kilku latach zakupiony
za 50.000 USD.
Czy obraz był wart tej ceny? Czy senator miał rację, czy też ośmieszył się nieznajomością sztuki? Każdy może
zobaczyć sam, udając się na oficjalną stronę artysty.
O widmie krążącym po Azji; 27.06.2014
Gdzieś tak dwa tygodnie temu nasz minister spraw zagranicznych wypowiedział był myśl, która odbiła się
szerokim echem aż po Władywostok. Oto bowiem stwierdził, że "lepiej być partnerem Europy niż wasalem Chin",
co znalazło natychmiastowy oddźwięk w wypowiedziach jego rosyjskiego odpowiednika, pana S. Ławrowa. Ten ostatni
wyśmiewał opinię swojego "polskiego kolegi" już to w swoim pojedynczym występie przed kamerami, już to we
wspólnym omawianiu polityki we wszechrosyjskim programie telewizyjnym wraz z niejakim panem A. Puszkowem,
który też jest tam człowiekiem dość ważnym, bo piastuje niepośledni urząd przewodniczącego Komitetu Spraw
Zagranicznych Dumy.
Już tylko to wskazuje na wagę wypowiedzi pana Sikorskiego, bo jego słowa musiały Moskwę zaboleć do żywego,
skoro nadała im taką oprawę i postanowiła dać im tak jednoznaczny "odpór". Tymczasem jednak, żeby móc
kontynuować moje rozważania, trzeba skoczyć ładnych kilka tysięcy kilometrów na drugi koniec świata.
Wen Wei Po (文汇报) to gazeta, która powstała w Szanghaju w 1938, a od 1948 jest wydawana w Hong Kongu.
Od czasów przekazania tego terytorium przez Wlk. Brytanię Chinom uznawana jest za organ otwarcie propekiński.
Co ciekawe, nie czyni tego w sposób prostacki i wciąż jest postrzegana jako gazeta poważna. Służby dyplomatyczne
czytają ją bardzo chętnie, bo to w niej, a nie w gazetach pekińskich, pojawiają się pierwsze wiadomości
dotyczące chińskiego programu kosmicznego i Ludowej Armii Chin. Wiadomości, które zwykle się sprawdzają.
Dlaczego Pekin przekazuje je w ten sposób? A bo ja wiem? Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, pewnie nie
siedziałbym tu, gdzie siedzę, tylko byłbym bardzo ważnym redaktorem za bardzo ważne pieniądze.
W każdym bądź razie w tej gazecie ukazał się prawie już rok temu (08.07.2013) artykuł pod wiele mówiącym
tytułem: "Sześć wojen, które Chiny muszą przeprowadzić w ciągu najbliższych 50 lat". Nie będę streszczać
całości, bo jestem na to zbyt leniwy (kto chce, może się sam zapoznać - w sieci są wersje:
angielska, rosyjska i chińska),
tylko wypunktuję owe przewidywane wojny:
- pierwsza (2020-2025): zjednoczenie z Tajwanem;
- druga (2025-2030): odbicie wysp Nansha Qundao (Spratly);
- trzecia (2035-2040): odbicie południowego Tybetu;
- czwarta (2040-2045): odbicie wysp Diaoyu (Senkaku) i Liuqiu Qundao (Ryukyu);
- piąta (2045-2050): przyłączenie Mongolii;
- szósta (2055-2060): odebranie Rosji ziem utraconych w XIX wieku.
Szósta wojna oznaczałaby zajęcie Tuwy oraz przynajmniej wybrzeża Pacyfiku od Władywostoku po Chabarowsk.
Nie pamiętam dokładnie, jak tam przebiegała granica za dynastii Qing, bo - jeśli dobrze rozumiem - do chwili
nadejścia wojsk rosyjskich nie było z kim tej granicy wytyczać, więc Pekin mógł uważać, że jego władza sięga
tak daleko na północ, jak tylko człowiek może dotrzeć.
Skoro Wen Wei Po opublikowała taki artykuł, to przecież nie stało się to przypadkiem, bo w kontaktach
z chińską władzą przypadków nie ma. To kolejny utwór w koncercie granym przez Pekin na wielu fortepianach.
Na pewno jednak nie należy takiej aluzji lekceważyć. No i skoro ja, nie liczący się człowiek posiadający
niszowy blog, wiem o tym artykule, to przecież i pan Ławrow, i pan Puszkow, i zapewne też panowie Miedwiediew
z Putinem znali go już 09 lipca zeszłego roku. Może nie zrobił na nich wrażenia? A jednak pan Sikorski
tłumaczący im, że dla Rosji lepiej by było stać się akceptowaną częścią Europy wyraźnie wszystkich tam
zirytował.
O pewnym malarzu z Mongolii Wewnętrznej; 30.06.2014
Pan Wei Dong (魏东) urodził się w 1968 roku i niewiele można o nim znaleźć w sieci. Najczęściej pojawiają
się bowiem informacje o finansowcu noszącym takie samo miano, który popełnił kilka lat temu samobójstwo,
bodajże skacząc w Pekinie z okna. Tymczasem artysta, do oglądania dzieł którego chciałbym zachęcić, jest
żyjącym malarzem, który został już w Chinach zauważony.
Jeśli ktoś interesował się choć chwilę chińską sztuką, to wpadł zapewne w pułapkę wytartych kolein. Wziął
za dobrą monetę architekturę Qingów, pomalowaną jarmarcznymi kolorami, od których oczy bolą jeszcze przez
kilka dni po zwiedzaniu. Zapoznał się ze zgiełkiem drażniących ucho dźwięków opery pekińskiej, która wcale
nie jest tam jakoś specjalnie starożytna. Obejrzał kilkanaście stereotypów malarskich z czcią powielanych
praktycznie bez najmniejszej zmiany od dwudziestu kilku wieków: złamana sosna na szczycie góry, bambusy,
ryba zawieszona w niebycie, mędrzec kontemplujący przestrzeń, bawoły w wodzie, konie w biegu lub na uwięzi,
krewetka w bystrym nurcie, kwiat czegoś tam narysowany góra czterema kreskami lub trzema plamami wreszcie
landszaft pełen uroczo przewiewnych altan i pagódek wśród stromych skał. A wszystko ukraszone z boku jakimś
poematem zapisanym kaligrafią tak nieczytelną, że przez to zbliżoną do ideału piękna.
Pan Wei Dong tworzy coś zupełnie odmiennego, choć jest wyraźnie zawieszony w chińskiej estetyce. Sięga
często do okresu rewolucji kulturalnej i, moim zdaniem, utrwala na swych obrazach całkowicie pozbawione
zmysłowości wizje erotyki rodem ze sklepu mięsnego. Już choćby dlatego warto zerknąć na jego obrazy
uwiecznione w sieci, bo taka tematyka nie pojawiała się w sztuce chińskiej od czasów tak zwanych "obrazów
z pałacu wiosny". Znalazłem dwa adresy, pod które chciałbym wysłać wszystkich zainteresowanych sztuką.
Po rosyjsku - tutaj. Po angielsku (choć na chińskiej stronie) - tutaj. Z powodu sporej liczby obrazków
te strony mogą się otwierać nieco dłużej, niż by się chciało. Życzę wyrazistych doznań estetycznych.
O desperackich rozważaniach Rosji; 04.07.2014
Znalazłem w sieci następującą informację:
Chińscy turyści mogą w najbliższej przyszłości nie potrzebować wizy, aby przebywać na Krymie. Jak podaje
ITAR-TASS powiedział o tym wiceszef współpracy międzynarodowej Rostourism, pan W. Fomin na Forum Turystyki,
rozpoczętym tydzień temu w Pekinie. "Obecnie rozwijamy możliwości włączenia Krymu w ruch bezwizowy z Chinami.
Po zakończeniu formalności dotyczących statusu prawnego spółek turystycznych na Krymie przedstawimy Chinom
listę firm, które będą mogły przyjmować chińskich turystów" - powiedział pan Fomin. Według sekretarza
generalnego Chińskiego Stowarzyszenia Planowania i Rozwoju przedsiębiorstw zagranicznych, pana He Zhengweia,
w ubiegłym roku liczba chińskich turystów w Rosji osiągnęła liczbę miliona osób, zwiększając wynik z 2012
roku o 40%. 400 tysięcy z nich odwiedziło stolicę Rosji. Jak powiedział gazecie "Kommiersant" minister-radca
ambasady rosyjskiej w Chinach, pan E. Tomichin, obecnie najbardziej popularnymi miejscami są Moskwa,
Petersburg i miasta Złotego Pierścienia Rosji. Obecnie, aby wjechać na terytorium Rosji, chińscy obywatele
muszą uzyskać wizę.
No i pięknie. To dowód na to, że ideologiczna tromtadracja przed kamerami to jedno, a niemożność zapewnienia
wystarczającej liczby rosyjskich turystów to drugie. Skoro jednak Rosja dobrowolnie coraz głębiej włazi
smokowi w paszczę, to jej sprawa. Od dawna mówię, że kiedy się przecknie z letargu, będzie już za późno,
no ale nie jest źle, zwłaszcza patrząc z naszego punktu widzenia. Przecież nikomu (a szczególnie Chinom)
nie zależy na istnieniu silnej Rosji.
O tym, co może wyniknąć z niewyraźnej wymowy; 24.07.2014
Chińczycy posługują się mową, w której tak zwane "tony" mają kapitalne znaczenie. Bo też ta sama sylaba
wypowiedziana na różne sposoby (różnymi tonami) będzie przyjmować różne, często diametralnie odmienne
znaczenia. Dlatego wyjątkowo ważne dla nich stają się te przypadki, w których ton zostaje z rozmysłem
zmieniony, a wynikowe słowo (zdanie) znaczy coś zupełnie innego, niż wypowiedź wyjściowa.
Na przykład liczebnik "cztery" wymawia się czwartym tonem i jest dobrze. Niech no jednak ktoś wypowie
takie samo słowo trzecim tonem, a otrzyma coś strasznego: "śmierć". Dlatego czwórka jest absolutnym tabu
na całym Dalekim Wschodzie i biada takiemu, co to zaproponuje Chińczykowi czteropak.
Takich przykładów można podawać więcej, ale żeby zakończyć ten króciutki wpis czymś przyjemniejszym
niż "śmierć" chciałbym zaproponować wszystkim udającym się do Chin kawalerom zapamiętanie liczby 521.
Zamorski diabeł nie musi nawet specjalnie seplenić, żeby każda, choć trochę zainteresowana dziewczyna,
zrozumiała, że chodzi o wyznanie miłości.
O tym, że wino można robić dosłownie ze wszystkiego; 26.07.2014
Japoński termin "bakufu" oznaczał pierwotnie prowadzenie gospodarstwa domowego szoguna, ale z czasem
zaczęto go powszechnie stosować do opisu systemu rządu feudalnej dyktatury wojskowej, wykonywanej w imieniu
szoguna. Można więc ze spokojem powiedzieć, że "bakufu" = "szogunat". Czy też może, zgodnie z ostatnią modą
na seplenienie: siogunat.
Jak to zwykle z humanistami bywa - kłócą się, jak zakreślić czasowo okres zwany w Japonii Sengoku. Jego
koniec to jeszcze nie budzi emocji: to obalenie bakufu (dla tego jednego słowa całe to poprzednie wyjaśnienie)
Muromachi (1573). Ale już początek to powód do kłótni historyków. Może zamach stanu Meio (1467)? A skądże!
Raczej początek wojny Onin (1493)!
Nieważne! Ważna jest wiadomość, że to w tym okresie medycyna japońska zaimplementowała na dobre myśl z
kontynentu - żeby leczyć ekskrementami. Szczególnie ukochano wówczas końskie odchody, uważając je za idealny
środek; zwłaszcza na rany postrzałowe. Sposób użycia był różnorodny i nie doczytałem, od czego zależał. Ale
każda droga była dobra: można było ranę okładać bezpośrednio końskimi fekaliami, pić ich wodny roztwór lub
decydować się na doustne przyjmowanie leku nieprzetworzonego.
W Chinach i w Korei specyfik był już znany od dawna, sprawdzony i opisany. Nie zdziwi zatem jego zróżnicowanie,
bo można było używać odchodów nie tylko końskich, ale także pochodzących od kurczaków, latających wiewiórek,
nietoperzy, zajęcy, psów, kotów, wróbli, jedwabników, a nawet dżdżownic. Zakres leczonych chorób także budził
podziw, bo obejmował przypadki od złamań i krwawień aż po epilepsję i raka.
Królowało jednak nad tym wszystkim wino pędzone z ludzkich fekaliów. Niezrozumiałym jest dla mnie to, że
przepis na to swoiste panaceum zachował się jedynie w Korei, a źródła chińskie wcale nie nadymają się do
walki o pierwszeństwo w tym względzie, choć przyznają, że dla celów medycznych odchody wykorzystywano w ich
kulturze już za dynastii Tang (618-907), zwłaszcza "białe", cokolwiek by to miało znaczyć.
Wino z ludzkich ekskrementów to po koreańsku ttongsul (똥술). Przygotowanie go jest wyjątkowo proste. Kiedy ma się
czas należy wziąć kawałek bambusa, naciąć w nim otwór i utkać w tym otworze szpilki sosny, albo innego drzewa
iglastego, które jest pod ręką. Później wkłada się taką szczotkę do naczynia napełnionego kałem i winem. Z
przykrością muszę wyznać, że nie potrafię odpowiedzieć na podstawowe pytanie, czyli jakie muszą być proporcje
i czy wino musi być ryżowe. Po kilku miesiącach (od 3 do 7), kiedy wszystko już ładnie sfermentuje, wyciąga
się bambus i wyciska najlepsze wino z tych igieł i bambusa.
Inaczej jest, gdy nie ma w apteczce dobrego, wielomiesięcznego wina i trzeba improwizować. Wówczas zalewa
się świeży stolec zwykłym winem, miesza i czeka trzy dni. Czwartego mamy gotowe tzw. "dzikie wino wytrawne",
też ponoć bardzo lecznicze.
Aż dziw, że tak cenne źródło leczniczych napojów alkoholowych u nas marnuje się całkiem bezproduktywnie,
użyźniając niepotrzebnie Bałtyk. Ale że Polak potrafi, więc mam nadzieję wkrótce usłyszeć o udanej
implementacji dalekowschodniej tradycji także na naszym obszarze.
PS Całkiem spory tekst, a ani razu nie użyłem w nim słowa "gówno", choć aż się prosiło.
PS2 Spodziewam się też rychłego odzewu z NFZ. Taka okazja, by wydatnie zmniejszyć koszty leczenia nie może
się przecież zmarnować.
O dość odległym mieście; 14.08.2014
Sądzicie, że jak jest tam Bosfor i Złoty Róg to może chodzić tylko o Istambuł? A skądże! No, dobrze: tak
dokładnie to tamtejsza cieśnina nazywa się Wschodni Bosfor. Ale Złoty Róg nie ma już żadnych dodatkowych
wskazówek w nazwie. Kto wie, co to za miasto?
Mogę chyba spokojnie zakładać, że mało kto, więc trzeba podpowiadać dalej. Na fladze i godle miasta widnieje
tygrys. Ludność miejscowa wydaje się nie mieć czasu, żeby nazwać porządnie okolicę, bo jadąc w głąb lądu
napotyka się pierwszą rzeczkę, która nosi niewymyślną nazwę "Pierwsza rzeczka". A kawałek dalej ta druga
nazywa się... tak, zgadłeś, czytelniku: "Druga rzeczka".
A może wszystko wyjaśni dość długa nazwa? Fuladiwosituoke? Jestem przekonany, że teraz wyjaśniłem
wszystko i nie ma już co ukrywać - tak, piszę o Władywostoku. To o co chodzi z tym koszmarnym ciągiem liter,
który podałem przed chwilą? Fuladiwosituoke? To też Władywostok, tylko w wydaniu chińskim. A więc chyba nawet
już ważniejszym, niż brzmienie rosyjskie, skoro w Kraju Nadmorskim Chińczycy staną się za chwilę tą
mniejszością, która będzie lokalną większością. Najprawdopodobniej w pewnej chwili przestaną być uprzejmi i,
zamiast męczyć się barbarzyńskim dla nich mianem, zastąpią je swoim własnym, którego używają na oznaczenie
tego miejsca od zawsze: Haishenwai. To znaczy tyle, co "klif strzykwy", bo, najwyraźniej, czego jak czego,
ale trepangów (ogórków morskich) było tam zatrzęsienie.
Rosja przybyła tu dopiero w 1860 roku (po podpisaniu traktatu pekińskiego, mocą którego tzw. Mandżuria
Zewnętrzna przeszła w ręce Moskwy spod panowania cesarza chińskiego). Dziesięć lat później otworzono port,
a status miasta przyznano dopiero w 1880 roku. W roku 1890 uznano, że fortyfikacje są już rozbudowane w
wystarczającym stopniu i można przestać je powiększać, a w 1916 roku dotarła tam kolej transsyberyjska,
dając po raz pierwszy możliwość bezpośredniego dojechania pociągiem do stolicy imperium i dalej na zachód.
Nazwa miasta jest niezwykle wymowna, bo Rosjanie nie starali się ukrywać swoich zapędów. Na Kaukazie założyli
Władykaukaz (czyli: "władający Kaukazem"), a na Dalekim Wschodzie Władywostok, co przekłada się jak "władający
wschodem". Od razu też rozpoczęli usuwanie chińskich osadników, zastępując ich pomału własnymi. Dzisiaj trend
odwrócił się zupełnie - współcześni chińscy osadnicy zaczynają być powodem poważnego zmartwienia rosyjskich
władz.
Miasto jest, w zasadzie, położone na półwyspie Murawiowa-Amurskiego, który nie jest tożsamy z pamiętnym
Murawiowem wieszatielem. W zasadzie - bo wraz ze swoim rozwojem rozlało się także na przeciwległy brzeg
zatoki i sporą wyspę. Już nazwy jego rejonów (dzielnic) są pouczające: rejon Leninowski, rejon Pierwszomajowy,
rejon Pierwszo-rzeczkowski, rejon Radziecki i rejon Frunzego.
To najważniejszy port handlowy i wojenny Rosji na Dalekim Wschodzie. Dla Chin nie będzie mieć takiego
znaczenia. Warto pamiętać, że w Chinach nie do końca pogodzono się z nierównoprawnym traktatem pekińskim,
a 154 lata to dla mieszkańca Państwa Środka jak wczoraj.
O pewnych wnioskach, które nasuwają się same; 14.09.2014
Rosja z własnej woli przestawia na naszych oczach swoje zwrotnice, kierując się tam, gdzie nie ma
najmniejszych szans zachowania status quo, czyli do Azji. Złośliwi powiedzieliby, że azjatycki
charakter państwowości zdecydował się wreszcie na przyrodzony kierunek, ale nie należy słuchać
zgorzkniałych ironistów. A jednak istnieją mocne przesłanki, że dobre samopoczucie władców Rosji,
wynikające z bezspornej hegemonii nad ładnym kawałkiem niezamieszkałej i zlodowaciałej części tego
kontynentu najprawdopodobniej pryśnie jak bańka o szmat głazu. Jeszcze za życia moich dzieci. Ale
tematem tego tekstu nie jest antyrosyjska polityka Kremla, bo to nie mój problem.
Если хотят пусть
идут на хутор бабушки. Tu
zaproponuję pewne rozwiązania systemowe, które UE powinna przyjąć jako swoje.
Kontrakt tysiąclecia (do którego Rosja będzie najprawdopodobniej dokładać, skoro wstydzi się ujawnić
wynegocjowane ceny) skieruje dużą część syberyjskiego wydobycia do Chin. W ślad za tym rurociągiem
pójdą zapewne inne, bo pan Putin postanowił ukarać Europę. I nieważne jest, czy mu się to odwidzi
(i zaproponuje jeszcze więcej gazu i ropy, nawet w lepszych cenach), czy nie. Bezpieczeństwo energetyczne
Unii nie może zależeć od humoru jednego człowieka, który rządzić będzie swoim krajem dożywotnio (a ma
dopiero 62 lata, więc jeszcze długie lata na stolcu przed nim).
Dlatego należy za wszelką cenę zdywersyfikować źródła nośników energii, rezygnując z rosyjskich.
Zaniepokojonych zachodnioeuropejskich poputczików uspokajam - sama Rosja mówi, że się tego nie boi,
bo ma w zapasie Chiny. Tak więc: należy w ciągu kilku lat wygasić wszystkie kontrakty na rosyjski gaz i
ropę, zastępując je dostawami z innych krajów. Jeśli tego nie zrobi się teraz, za kilka lat Rosja i tak
wyśle wszystko do Chin, bo, najprawdopodobniej, nie będzie miała możliwości odmówienia swoim chińskim
starszym braciom. Wówczas szok będzie jeszcze większy i żal, że jest się mądrym po szkodzie. Poza tym
trzeba wycofać wielką forsę z frontu walki z globalnym ociepleniem i przesunąć ją do badań nad alternatywnymi
źródłami energii.
Nawet jeśli przez kilka lat będę zmuszony do gotowania na kuchence elektrycznej, to jestem gotów to
przeżyć. Warto byłoby, żeby choć raz być mądrym przed szkodą. Tym razem dotyczy to nie tylko nas - kraju
będącego absolutnym królem mądrych po szkodzie, ale całej zjednoczonej Europy.
O odmiennym spojrzeniu na niektórych Chińczyków; 20.10.2014
Jeśli ktoś uważa, że Chińczycy są narodem skupionym jedynie na pracy i nie stać ich na szalone pomysły,
to się myli. W porządku, należy przyjąć ze spokojem, że większość faktycznie pracuje, a po pracy żyje
normalnym życiem, nie wykraczającym poza ramy codzienności. Spotyka się jednak także i tam ludzi, którzy
mają iście ułańską fantazję. Wystarczy spojrzeć choćby na te kilka zdjęć pewnego skałołaza.
O przeciwieństwie spływu Dunajcem; 29.10.2014
Kiedy od czasu do czasu przemogę się, wejdę na jakąś poważną stronę i zacznę czytać wpisy pod artykułami
o Chinach (to dzisiaj modny temat, więc pełno ich wszędzie), wówczas prawie zawsze gorzko tego żałuję.
Jacyś pomyleńcy bajdurzą tam zazwyczaj jak opętani, wytykając zdradę naszym władzom i głośno klaszcząc w
podziwie dla osiągnięć i rozwoju Chin, tego kraju dostatku i szczęśliwości, gdzie najgorszy nawet obywatel
żyje sobie jak pączek w maśle, na pewno o niebo lepiej niż przeciętny Polak. O! bo chińska władza - dobra,
a polska - zła.
Dlatego proponuję maleńką wycieczkę krajoznawczą. Najpierw trzeba wylądować w prowincji Hubei i skierować
się na jej zachodni kraniec, do miasta Badong leżącego nad Jangcy. Tuż obok do głównej rzeki wpływa maleńki
dopływ (raptem 60 km długości), który znany jest w całych Chinach ze swojej malowniczości. A to z tego powodu,
że Shen Nong Xi (bo tak się ta rzeczka nazywa) przepływa przez trzy przełomy górskie, których widok zapiera
dech w piersiach. Dlatego wielu turystów płaci przyzwoite pieniądze, żeby wsiąść na łódkę i rozkoszować się
widokiem.
Łódki są wieloosobowe i cały problem leży w tym, że trasa turystyczna przewiduje najpierw dotarcie wysoko
w górę rzeki pod prąd, a dopiero później spływ. W tym celu, trochę powiosłowawszy, przez pierwszych kilkanaście
kilometrów wykorzystuje się okolicznych mieszkańców (sami chcą, bo o pracę trudno) jako burłaków ciągnących
łodzie linami. Im większy przełom, tym bardziej rwący nurt, więc tym większy, ku uciesze turystów, wysiłek
burłaków. W sieci można znaleźć zupełnie sporo filmów pokazujących tę rzekę i samo ciągnięcie, ale na początek
proponuję, żeby zerknąć tylko na ten filmik. Zdjęcia może nie są najwyraźniejsze, ale za to jest krótki i
rozumiem, że każdy niezadowolony ze swego bytu tutaj, a wierzący w bardzo bogatą szczęśliwość w Chinach,
chętnie by się z tamtymi ludźmi zamienił na pracę.
A jeżeli będę miał jeszcze zapał, to przy okazji opiszę, jak to trzech niskich rangą aparatczyków z tamtych
okolic, znudzonych pływaniem w kółko po rzece, postanowiło zabawić się z kobietą, która była tym pomysłem
zaskoczona. Wynikła z tego afera, która poruszyła całe Chiny. Niczego jednak nie obiecuję.
O pewnym lubieżnym aparatczyku; 01.11.2014
Bohater tej opowieści był Dyrektorem miejskiego biura promocji biznesu w gminie Badong w prowincji Hubei,
a więc nie byle kim. Jedne źródła podają, że miał 41 lat, a drugie, że już 44. To pokazuje, jak dalece
całe późniejsze zdarzenie było niewygodne dla chińskich władz, skoro nawet taka informacja nie jest pewna.
Było nie było, pan Dyrektor ten dzień (10 maja 2009) postanowił zapewne rozpocząć od śniadania w towarzystwie
dwóch bliskich współpracowników.
Jakie śniadanie mogą sobie zamówić w restauracji przedstawiciele miejscowych elit partyjnych? Można się
tylko domyślać, że nie było one bardzo liche i, z pewnością, czerpało garściami z kuchni stolicy prowincji,
Wuhanu. Menu jest tylko moją sugestią, dlatego proszę się nie unosić, jeśli ktoś wie (lub tylko uważa), że
w Badong panowała inna moda kulinarna. Ile dań można zamówić na skromne śniadanie głodnych aparatczyków?
Załóżmy, że tylko pięć, bo nie ma przecież żadnych dowodów na to, że ulegali sybarytyzmowi.
Tak więc na początku powinien pojawić się gorący makaron (regan mian). Przyrządza się go normalnie.
Ugotowany makaron miesza się z olejem sezamowym i suszy. Kiedy przychodzi czas spożycia podgrzewa się go
na miejscu wrzątkiem, miesza z dodatkami i warzywami i podaje. Teoretycznie jako dodatków używa się
najczęściej sosu sojowego, pasty sezamowej, oleju z chili, pokrojonej orientalnej cebuli (Allium tuberosum)
oraz suszonych lub marynowanych warzyw. Można jednak dodać także mięsa, ryby, czy krewetek, jeśli taka jest
wola klienta.
Później czas byłby na grzbiet kaczki (ya bozi). Kaczka po wuhańsku jest pojęciem dość szerokim, bo może
oznaczać dania z różnych części ptaka, włączając w to język, głowę, łapy (mniam, mniam), wątrobę lub nerki.
Jednak niewątpliwie najbardziej popularnym, więc zapewne także i najsmaczniejszym, jest pikantny grzbiet
koloru czerwonobrązowego. To akurat nie jest jakaś specjalna cecha wyróżniająca, bo wszystkie wyżej
wymienione kawałki kaczki będą tego koloru, jeśli zamówimy je przygotowane na modłę wuhańską. Mimo wszystko
warto to zapamiętać, bo taka kaczka jest smaczna, zdrowa, pożywna i wcale nie tania.
Trzecim daniem mogłoby być zupełnie niewymyślne doupi. Nawet nie bardzo wiem, do czego to danie porównać.
Chyba do specyficznego kulebiaka na gorąco. Trzeba zrobić ciasto z mąki, jajek, mleka i sproszkowanej
zielonej fasoli. Do środka wkłada się mieszaninę smażonego ryżu, kawałków tak zwanego twarogu fasolowego,
wieprzowiny, grzybów i szalotki. Można, oczywiście, dodać wołowiny, krewetek itd., bo kto zabroni? Jednak
w pierwotnym przepisie takich dodatków nie było. Po upieczeniu kroi się ciasto na kawałki o szerokości
niecałego centymetra. Na osobę podaje się 2-3 kawałki.
Teraz czas na pierogi xiaolongtangbao. Tu ważnym jest, czy do mąki na ciasto pierogowe dodaje się
środków rośnięcia, czy nie. Xiaolongbao albo ich nie zawierają, albo mają ich w sobie niewiele. Widać
to gołym okiem - ciasto jest gładsze i nieco przeźroczyste. Skleja się je u góry, co nadaje pierogom
charakterystyczny kształt i układa je na piętrowych bambusowych koszykach do gotowania na parze. Na
początku takie pierogi robiono z wieprzowiny, ale prędko postawiono na różnorodność. Zupełnie normalny
jest dzisiaj wybór pomiędzy xiaolongbao z mięsem, krewetkami, mielonym krabem, innymi owocami morza,
czy warzywami. Czy ktoś zauważył, że piszę teraz o xiaolongbao, a na początku mowa była o xiaolongtangbao?
Słowo "tang" oznacza (jeśli wypowie się je z odpowiednim akcentem) "zupę". Wydawałoby się, że pierogi w
zupie to żaden tam rewelacyjnie nowatorski wymysł. Niby tak, ale tutaj mamy do czynienia z zupą w pierogach.
Chodzi o to, że oprócz mięsa (czy czego tam) do środka pieroga wkłada się też trochę auszpiku (słonej
galarety), która w stanie ciepłym rozpuszcza się. Jeśli ktoś chapnie cały pieróg na raz, to po rozgryzieniu
poczuje tę zupę na języku. Jeśli zaś ktoś kulturalnie nagryzie pieróg trzymany w pałeczkach, ten obleje
się wyciekającą ze środka zupą. Podaje się te pierogi w tych samych bambusowych koszykach, w których są
gotowane, tyle że po zdjęciu pokrywki. Też bambusowej. Zazwyczaj macza się takie pierogi w occie z Zhenjiangu
(Zhenjiang cu) z wiórkami świeżego imbiru.
No i, na koniec, deser: słony pączek (mian wo). Robi się go zwyczajnie, smażąc na głębokim oleju mocno
osolone ciasto z mleka sojowego, mleka ryżowego, mąki, sezamu i posiekanej szalotki. Dla chętnych podaje
się także wersję słodkawą, do której zamiast soli dodaje się pokrojone w cienkie plastry pataty. Do tego
jakiś napój: zapewne herbata dobrej jakości, bo wierzyć mi się nie chce, żeby ktoś pił do śniadania piwo.
No i po śniadaniu. Może teraz do biura? A może na spacer (w marcu w Hubei temperatura osiąga zwykle 18-26
stopni Celsjusza)? A może do miejscowego najlepszego hotelu Xiongfeng (Skarb)? Mają tam dobrą łaźnię pod
dźwięczną nazwą Miasto Marzeń, a w gorącej łaźni, po masażu, można poczuć się niczym cesarz. Praca przecież
nie ucieknie. No i, chłopaki, w tych łaźniach pełno chętnych dziewczyn łaziebnych. Więc poszli, nie
przeczuwając, czym się ta wyprawa zakończy.
O pewnej Chince, która nie chciała służyć za kobietę; 02.11.2014
Bohaterem poprzedniego tekstu był Pan Dyrektor Deng Guida. Nie wiadomo, czy tego dnia spożył był ze
współpracownikami solidne śniadanie, czy nie, bo cały opis menu to mój wymysł od początku do końca, żeby
czytelnikom pokazać różnorodność kuchni prowincji Hubei. Na pewno jednak poszedł z dwoma podległymi mu
mężczyznami do Miasta Marzeń, żeby zażyć rozkoszy związanych z łaźnią.
Miasto Marzeń to nie była taka sobie zwykła łaźnia dla tych, którzy, nie mając w domu łazienki, zapragnęli
od czasu do czasu popluskać się nieśpiesznie w wannie, a nie tylko brać prędko prysznic w pracy. To był
ekskluzywny bath center, na poziomie takich samych z Szanghaju, czy Pekinu. A więc to była łaźnia très
chique et à la mode (pamiętajmy, że to był hotel na zadupiu prowincji, bo Badong to nawet nie było właściwie
miasto, tylko nazwa gminy, która cała nie przekraczała pół miliona mieszkańców, więc w warunkach chińskich
zapadła dziura, niewarta najmniejszej wzmianki; zaś te smutne wydarzenia miały miejsce w mieście Yesanguan,
jednak całość jest znana jako incydent z Badong). Zapewne też dość droga łaźnia, przynajmniej jak na
lokalne warunki.
Typowym było, że gościa (gości) już w drzwiach witała uśmiechnięta obsługa, prowadziła do sali, w której
oczekiwało się na przygotowanie osobnej łazienki, proponowała zakąski lub napitki, żeby szanownym gościom
nie dłużyło się karygodne czekanie. Dopytywano też wówczas, czy chodzi o usługę prostą (kąpiel), czy też
bardziej wymyślną (kąpiel, masaż, pedicure, manicure, itd.). Niewykluczone, że usługą zupełnie typową,
choć skrzętnie kamuflowaną, był też seks wliczony w wyższą cenę, bo tradycja burdeli miała w Chinach
kilka tysięcy lat i usiłowania komunistów niewiele tu mogły zmienić.
Tu mały wtręt osobisty. Piszący te słowa trafił był kiedyś do Dairenu, gdzie rzuciły go sprawy służbowe.
Po kilku dniach oddawania się celowi podróży, znalazł był w końcu czas wolny i ostatniego dnia przed
ylotem do domu udał się wieczorem na miasto, aby wybrać restaurację, w której zamierzał pooddawać się
rozpuście kulinarnej, ze szczególnym wskazaniem na trepangi, które pasjami uwielbia. Dairen tego czasu
wyglądał tak sobie, a już o jakichś specjalnych neonach, czy innych banerach reklamowych nie było mowy
w ogóle. Wreszcie oczom piszącego ukazał się malowany szyld głoszący, że tu mieści się świetna restauracja.
Dlaczego akurat ta, skoro kilkanaście innych nie zrobiło wrażenia? A bo ja wiem? Personel wydawał się
zaalarmowany widokiem cudzoziemca, jednak skonstatowawszy, że dziki (z widocznym trudem) potrafi wydać z
siebie kilka słów po chińsku, uspokoił się zupełnie i zaprowadził miłego gościa do salki jadalnej. Ta była
czymś tak kuriozalnym, że miły gość zaczął się nerwowo zastanawiać, w co wdepnął i czy aby ujdzie z życiem
(był w końcu sam). Proszę sobie wyobrazić pomieszczenie szerokie na jakieś 2,20-2,50 m, a długie na 3,50 m.
Na osi stał tam masywny stół, zaś po obydwu jego bokach bardzo solidne drewniane ławy o ponadprzeciętnej
szerokości, pokryte poduszkami. Sufit podwieszony był na wysokości gdzieś tak 2,10-2,20 m. Wchodziło się
przez drzwi, które można było zamknąć od środka! Obsługa z rozpędu pukała nawet wówczas, kiedy w środku
siedział samotny cudzoziemiec. Wszystko, oprócz blatu stołu, pokryte było jakimś błękitnym welurem, zaś
na ścianie zamocowany był ściemniacz, którym można było regulować jasność światła (żadnych okien nie było).
To był niewątpliwie burdel, zaś to pomieszczenie przeznaczone było dla dwóch par pragnących mieszaniny
uciech stołu i łoża. Nie było też mowy o żadnej pomyłce, bo gdy już przyniesiono zamówione dania,
przyszedł chyba sam Gastwirt und Puffvater i, starannie wymawiając słowa, żeby być przez dzikiego
dobrze zrozumianym, zapytał, czy szanowny gość potrzebuje, być może, w swojej samotności dziewczyny?
Tak więc owego dnia chiński diabeł zaprowadził Dyrektora Deng Guida oraz dwóch jego podwładnych do Miasta
Marzeń, luksusowej łaźni w Yesanguan, małym mieście gminy Badong w prowincji Hubei. Przy drzwiach
przywitała go młoda dziewczyna (miała 21 lat) nazwiskiem Deng Yujiao. Wbrew pozorom, nie była w żaden
sposób spokrewniona z Dyrektorem (w Chinach nazwiskiem jest pierwsza sylaba, więc on to był Pan Deng,
zaś ona - panna Deng). Goście znaleźli się w sali oczekiwania, a na zwykłe pytanie, czego sobie życzą,
odpowiedzieli ustami swojego szefa, że, oprócz zwykłej w takiej sytuacji kąpieli, chcą także "specjalnej
obsługi". W pełnej eufemizmów mowie chińskiej oznacza to tyle, że szanowni goście wyjawili otwarcie swój
zamiar pokopulowania sobie w atmosferze wonnej pary wodnej. Panna Deng Yujiao stwierdziła, że to nie
należy do jej obowiązków i zamierzała opuścić salę oczekiwania, na co, z kolei, widocznie już rozgrzani
samą myślą aparatczycy ani myśleli pozwolić.
Nie mam przecież pojęcia, czy ekskluzywna łaźnia służyła gościom także i tego typu usługami, jednak
panna Deng była tam zatrudniona jako pedicurzystka i, najwyraźniej, nie zamierzała zmieniać charakteru
swojej pracy. Może chciała iść zawołać miejscowe prostytutki na etacie? A może to zwykła potwarz w
stosunku do tak eleganckiego miejsca i, zwyczajnie, młoda kobieta chciała tylko uciec przed rozochoconymi
samcami? Ci jednak nie dawali za wygraną i, po chwili, sytuacja wymknęła się spod kontroli.
O tym, co właściwie zaszło w luksusowej łaźni w Badong; 03.11.2014
W poprzednich tekstach próbowałem nakreślić najbardziej zgrubny obraz sytuacji, w której zaszły te
głośne i bulwersujące zdarzenia. Byłem przy tym delikatny aż do bólu, poddając w wątpliwość możliwość
istnienia burdeli w komunistycznych, bodaj z nazwy, Chinach. A przynajmniej przyznając możliwość, że to
tylko wymysł niechętnych. Tymczasem wystarczy poszperać trochę w sieci, żeby znaleźć w dość łatwy sposób
artykuły z prasy Hong Kongu (są często po angielsku, co znakomicie ułatwia percepcję), które nie
pozostawiają żadnych złudzeń. Władza, zazdrośnie strzegąc swoich przywilejów, przymyka oczy na to,
co dzieje się na prowincji. Dlatego burdele, lepiej lub gorzej zakamuflowane jako łaźnie, salony
masażu itp. stały się zwykłą już i całkiem banalną składową chińskiego krajobrazu. Są zapewne cennym
elementem, który pozwala miejscowej policji dawać się korumpować zarówno finansowo jak i w naturze,
a któż jest takim smokiem cnoty, żeby odmawiać czegoś, co mu się należy, jak psu micha ryżu?
Symptomatyczne jest to, że wszelkie oficjalne informacje w sieci skrzętnie omijają odpowiedź na
pytanie, czy Miasto Marzeń oferowało swoim klientom płatny seks w cieple łaźni, czy nie. Tak więc
otwartym pozostaje pytanie, czy Pan Deng i jego koledzy mogli poczuć się zdumieni oporem dziewczyny,
która poważnie chciała być tylko pedikiurzystką, a oni jej opór brali za pozorną grę, mającą wzmóc
ich podniecenie, więc pewnie, w sumie, podwyższającą jedynie cenę.
Kiedy wreszcie nieodwołalnie przychodzi czas opisania tego, co zdarzyło się w momencie, kiedy panna
Deng chciała opuścić salę oczekiwania, okazuje się, że nic nie jest do końca ani jasne ani pewne. To,
co przedstawię poniżej, to tylko jedna z wersji pojawiających się w sieci - o innej opowiem trochę
później (tam panna Deng wcale nie jest pedikiurzystką, choć dalej odmawia awansom mężczyzny). Pan
Deng Guida, bardziej chyba zdumiony, niż rozzłoszczony postawą kobiety, którą uważał za płatną dziwkę
sięgnął po argument, który, jak mu się zapewne wydawało, zakończy niepotrzebne dyskusje. Wyciągnął
bowiem z kieszeni plik pieniędzy i zaczął uderzać nimi dziewczynę po twarzy, pytając podniesionym
głosem, ile kosztuje. Później do świadomości społecznej dotarło, że ten plik wsunięty niedbale do
kieszeni to było cztery tysiące yuanów. Suma może jeszcze nie kolosalna, ale już taka, że większość
zwykłych Chińczyków mniej zarabia na miesiąc. Dwaj podwładni, wierni konfucjańskiemu podporządkowaniu
zwierzchnikowi przez cały czas stali biernie obok, czekając chyba, żeby nieodparty autorytet szefa
zadziałał i krnąbrna, ani chybi głupia, dziewucha zaczęła się nareszcie obnażać. Nie znając tej
strony życia Chińczyków nie potrafię sobie nawet wyobrazić, czy w planach panowie mieli używanie
trzech kobiet, czy też postanowili zadzierzgiwać więzy partyjne dzieląc się jedną (oczywiście w
ustalonej kolejności starszeństwa służbowego).
Tymczasem Pan Deng, waląc pieniędzmi, zapędzał dziewczynę na kozetkę, krzycząc przy tym, że
ona (dziewczyna, nie kozetka), nigdy tyle forsy nie widziała, a on mógłby ją pieniędzmi zwyczajnie
zabić, bo tyle ich ma. Obalona dziewczyna zerwała się jakoś z leżanki i zaczęła uciekać, ale
panowie zaczęli teraz działać kolektywnie i znowu obalili ją w poziom. Pan Deng był już na niej,
zaś Pan Huang Dezhi (zastępca Pana Denga) postanowił szefowi pomóc i zaczął rzekomo ściągać z
leżącej kobiety spodnie i bieliznę, co musiało być dość nieporęczne zważywszy, że już przecież
leżał na niej Pan Deng, choć nie wiadomo, po co, jeśli była ubrana. Trzeci aparatczyk (Pan Deng
Zhongjia, lat 45; był drugim zastępcą Pana Deng Guida) albo był nieśmiały, albo zbyt mało znaczył,
żeby starać się pomóc szefowi w takiej sytuacji.
Dalej źródła stają się coraz bardziej mętne. Jedne bowiem twierdzą, że pannie Deng udało się wyjąć
z kieszeni narzędzie do obcinania paznokci (była, w końcu, na etacie pedikiurzystki), a drugie, że
jednak nie - że to był trzycalowy nóż do owoców, który lubiła sobie nosić w kieszeni. Albo, że ten
nóż leżał sobie na paterze z owocami na stoliczku przy sofie. Niezależnie od tego, czym posłużyła
się zaatakowana kobieta, okazała się bardzo skuteczna. Kilkukrotnie dźgając Pana Denga na oślep
przecięła mu najprawdopodobniej tętnicę szyjną i głęboko skaleczyła również Pana Huanga. Obaj
zaatakowani brutalnie mężczyźni odskoczyli od morderczyni (trzeci zdaje się, że nadal nic nie
robił, choć może zaczął wtedy pomagać zwierzchnikom toczącym strumienie krwi). Wówczas, co warto
podkreślić, panna Deng sięgnęła do kieszeni po telefon i zadzwoniła na policję, informując, że
zraniła mocno człowieka, który usiłował ją zgwałcić w Mieście Marzeń, więc wzywa policję i
niezbędną karetkę. Drugi telefon wykonała po chwili do matki.
Zanim przyjechała policja Pan Deng Guida zdążył oddać lubieżnego ducha do komunistycznego nieba,
bo z tętnicą szyjną nie ma żartów. Panu Huangowi udzielono pomocy lekarskiej. To, co zdarzyło się
do tej pory jest niewinną bajką dla małych dzieci w porównaniu z tym, co nastąpiło później.
=============
Przyznaję, że mnie ta historia bardzo zafrapowała, bo pokazuje bylejakość podstaw ideologicznych tak,
wydawałoby się, wielkich Chin. Dlatego liczyłem na większy oddźwięk czytelników, a cisza, jaka do
tej pory nastała, mocno podważa celowość kontynuacji cyklu. Może faktycznie nikogo to nie obchodzi.
O sprawiedliwości w okolicach mostu na rzece Sidu; 04.11.2014
Mieścina Yesanguan w gminie Badong w prowincji Hubei, o ile w ogóle komukolwiek się z czymkolwiek
kojarzy, to tylko z przepięknym mostem na rzece Sidu. Przyznać trzeba, że okolica jest malownicza,
a most świadczy o prawdziwych umiejętnościach chińskich konstruktorów i budowniczych. Yesanguan
leży niedaleko i to tam działy się rzeczy, o których pisałem ostatnio.
Zakończyliśmy opowieść o nieporozumieniach w grupie ludzi noszących przypadkiem to samo nazwisko
na tym, że Pan Deng Guida wykrwawiał się właśnie na śmierć (no ciekaw jestem, jakie były ostatnie
myśli bezczelnego aparatczyka), Pan Huang Dezhi lizał własne rany, Pan Deng Zhongjia dalej był bierny,
zaś panna Deng Yujiao dzwoniła na policję. Jedno ze źródeł podaje jednak, że panna Deng wcale nie
była pedikiurzystką, tylko obsługiwała karaoke w barze. A Pan Deng, z alkoholem w dłoni po ciężkim,
znojnym dniu, zobaczył ją w tym barze wieczorem (żegnaj wizjo obfitego służbowego śniadania!) i,
kiedy wyszła, poszedł za nią (chyba z kolegami?) nawet kilka pięter i przydybał gdzieś w służbowej
łazience, gdzie robiła małe pranie. Ta niepewność źródeł jeszcze bardziej zaciemnia całą sprawę,
ale - jeśli to ta wersja jest prawdziwa - tym bardziej obciąża Pana Denga.
Tymczasem policja przyjechała, zobaczyła, spisała protokół, pozwoliła zabrać trupa pana Denga
do kostnicy, a poranionego pana Huanga do szpitala, przeszukała torebkę panny Deng i puściła tę
ostatnią do domu. Nastały dwa dni, podczas których system zbierał siły. Nikt nie przekona mnie, że
aparatczycy tej gminy nie znali się jak łyse konie, nie łączyły ich różne interesy i że dalsze
działania były samoistne. Już 12 maja 2009 do domu panny Deng w Mulongya zastukała policja i zabrała
ją do szpitala. Ale, ale - zawoła czujny czytelnik - pomyliłeś się, bo ona przecież nie była ranna,
więc pewnie zabrano ją do aresztu. Nic z tych rzeczy. Poza tym sprawiedliwość ludowa nigdy się nie
myli: policja odwiozła pannę Deng na obserwację do szpitala. A stało się tak dlatego, że podczas
wnikliwego przeszukania dwa dni wcześniej wszystkich możliwych miejsc w poszukiwaniu dowodów w
torebce panny Deng znaleziono silne środki nasenne. Ona sama przyznała, że ma kłopoty ze snem, więc
rozwiązanie okrutnej zagadki samo wpadało policji w ręce. Niezrównoważona morderczyni na prochach
zabiła, będąc w ostrej depresji, spokojnego i szanowanego obywatela, pana Deng Guida. O samoobronie
przy próbie gwałtu nie było nawet mowy. Tak przynajmniej uważał Pan Yang Liyong, który działał tu
jako prokurator albo oskarżyciel publiczny (trudno jest określić jednym słowem pozycję kogoś, kto
oficjalnie był Sekretarzem Komitetu Politycznego i Prawnego gminy Badong oraz Dyrektorem lokalnego
Biura Bezpieczeństwa Publicznego). W celu potwierdzenia podejrzeń co do jej stanu niezbędna była
już tylko obserwacja w szpitalu. Wypuszczenia za kaucją odmówiono najkategoryczniej.
Inne źródło mówi o tym, że to sama rodzina poprosiła o zbadanie oskarżonej w szpitalu w mieście
powiatowym, w samym Enshi. A to dlatego, że rodzina uważała za okoliczność łagodzącą wyjawienie
problemów panny Deng ze snem, trwających od trzech lat. Poza tym młoda kobieta była załamana
psychicznie i podobno doszła do siebie dopiero po pięciu dniach od zabójstwa, a więc już w szpitalu.
Trzeba także pamiętać, że dziadek panny Deng (Pan Deng Zhenglan) był emerytowanym sędzią gminy, więc
pewnie też posiadał jakieś nieformalne znajomości, zwane w Chinach guanxi. Na wszelki wypadek czuję
się w obowiązku przypomnieć, że w Chinach nie obowiązuje pseudohumanitarne fiu-bździu i w najlepsze
stosuje się karę śmierci. A tą pachniało w tych okolicznościach na pewno.
Dalsze wydarzenia pokazują dobitnie, do czego może prowadzić pobłażliwość. Lokalne organy partii nie
zdołały najwyraźniej przeciągnąć już dawno temu na swoją stronę wszystkich, którzy mogliby się choć
trochę w powiecie liczyć i skutki okazały się opłakane. Najpierw personel szpitala wpuścił ekipę
miejscowej telewizji (Enshi TV) do separatki, w której leżała panna Deng! No i w godzinie największej
oglądalności, w najbardziej popularnym miejscowym dzienniku (Tonight 9:30PM) pokazano ją przywiązaną
pasami za ręce i nogi do łóżka (policja mówiła później o "procedurze zabezpieczenia"). Co gorsze
morderczyni członka partii, zamiast zamknąć się i cicho leżeć zaczęła bezczelnie krzyczeć coś
w rodzaju: "tatusiu, oni mnie biją".
Później przyszedł dowód na to, że zakładanie internetu wszędzie, gdzie tylko popadnie zupełnie
się nie opłaca. Po tym nieszczęsnym reportażu do domu państwa Deng zastukał nieznany im człowiek,
przedstawił się jako bloger o pseudonimie "Rzeźnik" i zaproponował pomoc. Ponieważ naciskał, żeby
rodzina nie robiła niczego bez niego, wzbudził tym niechęć dziadka, pana Deng Zhenglana, który
widział widocznie możliwość cichego załatwienia sprawy, więc dość sucho mu podziękował. Jednak
matka dziewczyny, pani Zhang Shumei (w Chinach mężatki pozostają po ślubie przy swoim dotychczasowym
nazwisku) dała się skusić i zgodziła się na pomoc. "Rzeźnik" załatwił dwa dni później przylot
dwójki adwokatów z Pekinu, którzy podjęli się obrony za darmo, dla dobra publicznego. Pani Zhang
Shumei podpisała im odpowiednie pełnomocnictwo. Tymczasem "Rzeźnik" faktycznie działał - w
chińskiej sieci wrzało, mnożyły się wpisy popierające pannę Deng, wylewała się niechęć do butnych,
bezczelnych, pewnych siebie, głupich, leniwych i bezkarnych aparatczyków. Pojawiały się nowe
strony poparcia, oferowano koszulki z napisem "Nie jest grzechem bronić się przed gwałtem".
Na ulicach zatrzymywano ludzi z transparentami w obronie oskarżonej. Głos zabrała Ogólnochińska
Liga Kobiet. Zaczęto cytować wersy z poematów samego Mao Zedonga, gdzie któryś tam znak czytano
tak, jak imię panny Deng (przy pewnej wieloznaczności języka jest tam możliwe wiele spraw,
które Europejczykowi do głowy nie przyjdą), co miało być ostentacyjnym pokazaniem nieposłuszeństwa
wobec błędnej linii partii - słowem zapachniało gniewem ludu. Kiedy ilość krytycznych,
antypartyjnych wypowiedzi przekroczyła w internecie kilka milionów, partia zrozumiała, że to
wcale już nie chodzi o jednego wypasionego i lubieżnego głupka z dołów aparatu, ani o ofiarę
jego nieudanego gwałtu.
Tymczasem pekińscy adwokaci wywołali popłoch w gminie, bo najpierw poszli wprost na policję i
złożyli akt oskarżenia przeciwko Panu Huang Dezhi, później zaatakowali oskarżyciela publicznego,
Pana Yang Liyonga, który w upublicznionej wypowiedzi dla bardzo poważnej gazety z Guangzhou
(Kantonu) mówił ewidentne bzdury (był już 22 maja 2009). Wreszcie oświadczyli, że posiadają
oczywisty i bezsporny dowód winy Pana Deng Guida. Powiało grozą, jednak nie ma takiej sytuacji,
z której partia nie byłaby w stanie wyjść obronną ręką. O tym, cóż to były za oskarżenia, a cóż
za bzdury i jaki to niby był dowód - następnym razem.
O sprawiedliwościach: ziemskiej i partyjnej; 05.11.2014
Imię panny Deng: Yujiao składa się z dwóch znaków. Yu oznacza "nefryt", zaś Jiao to
"delikatność, wrażliwość". Razem mamy "Nefrytową delikatność" - chińscy rodzice zazwyczaj
dają swoim córkom imiona pełne poezji i wdzięku. Jest to możliwe dzięki temu, że nie istnieje
w tamtejszej kulturze jakiś skończony zbiór imion, tak jak u nas. Tam rodzice sami imię swego
dziecka wymyślają, nie mając tu żadnych granic poza własnym dobrym smakiem.
Jak już wspominałem pekińscy adwokaci złożyli skargę na Pana Huang Dezhi, jakoby miał
uczestniczyć w próbie gwałtu, usiłując ściągnąć siłą dżinsy i bieliznę z panny Deng, kiedy
prała. Słowa "kiedy prała" zgadzają się bardziej z wersją, w której dziewczyna miała być
pracownicą obsługującą karaoke w barze, niż z tą, w której była pedikiurzystką. Jednak w
oficjalnym opisie sprawy powraca się do tej właśnie profesji. W znacznie późniejszym artykule
w prasie kantońskiej (a więc, siłą rzeczy, zależnej od życzeń władzy), który wyraźnie
próbował tonować całe wydarzenie rozdzielając winę równo na wszystkich, wspominano o tym,
że napaść na pannę Deng miała miejsce w "pomieszczeniu uzdatniania wody", choć może wynika
to ze specyficznego często chińskiego angielskiego.
Tymczasem oskarżyciel publiczny Pan Yang Liyong udzielił wywiadu, w którym stwierdził,
że policja posiada dwa niepodważalne dowody na to, że panna Deng zamordowała pana Denga z
zimną krwią. Po pierwsze: są zwłoki, a po drugie: denat został śmiertelnie ugodzony dwukrotnie.
No i że nie może być mowy o propozycji usług seksualnych, skoro do niczego nie doszło. W
takich warunkach można, co najwyżej, mówić o propozycji usługi wspólnej kąpieli dwóch płci,
co nie jest karalne. A było to, przypomnijmy, 22 maja 2009. To bardzo ważna informacja, bo
przecież zbliżała się feralna data: 4 czerwca. Czwarty czerwca to w Chinach rocznica pamiętnych
zajść na placu Tian An Men, kiedy siłą zgnieciono niezadowolenie studentów z "politycznej
rzeczywistości". Dlatego władza czujnym okiem monitoruje wszelkie oznaki niezadowolenia
społecznego, zwiększając tę czujność w okolicach początku czerwca. Nic więc dziwnego, że
i w tym przypadku wysłała na miejsce ludzi od zadań specjalnych, żeby zrobili porządek. Może
to partyjna paranoja, a może czysty pragmatyzm.
Najważniejsze zaszło w nocy z 22 na 23 maja; cała reszta była już tylko rezultatem zawartego
porozumienia. Na plus władzy trzeba przyznać, że swojego słowa dotrzymała. Tak więc tej
nocy pani Zhang Shumei (matka panny Deng) rozmawiała z kimś bardzo ważnym, kto zmienił jej
spojrzenie na istotę całej tej sprawy. Po rozmowie pani Zhang wstała z krzesła i poleciała
do łazienki, robić w nocy pranie rzeczy córki. W ten sposób wytrąciła z rąk pekińskich
adwokatów argument o "bezspornym dowodzie winy pana Denga". Można się tylko domyślać, co to
były za dowody, jednak to, że ich wcześniej nie zabezpieczono źle świadczy zarówno o policji,
jak i o samym nieboszczyku, który podniecił się tamtej nocy jak jakiś nieletni. Rano pani
Zhang cofnęła upoważnienie swoim adwokatom, oskarżając ich o zbytnie upolitycznienie sprawy
i agresywne działanie na niekorzyść córki. Wybrała zupełnie innych, którzy pojawili się w
miasteczku w krótkim czasie.
Nagle zmieniono podstawę prawną zarzutu: z zamiaru morderstwa na usiłowanie napaści i
niepotrzebne użycie nadmiernej siły. Wreszcie stwierdzono, że nie ma powodu przetrzymywania
oskarżonej w odosobnieniu i pozwolono jej wrócić do domu, przystając na areszt domowy. Już
po wszystkim policja broniła się nieco według mnie bezradnie, podkreślając, że przecież
"nigdy nie przewoziła oskarżonej w kajdankach", a sama oskarżona, będąc zatrzymana "ze
smakiem zjadała obiad", co miałoby chyba być najlepszym dowodem na porządne traktowanie.
Miejscowa telewizja została ukarana za rozpowszechnianie niesprawdzonych wiadomości.
Dziennikarza tej telewizji przesłuchiwano. Centralna cenzura nakazała wszystkim krajowym
gazetom, żeby nie pisać o sprawie na pierwszych stronach lub w osobnych, dużych artykułach,
a jedynie gdzieś na dalekich stronach małą czcionką. W sieci zakazano publikacji dyskusji i
głosowań nad tym, kto miał w tym przypadku rację. Blogi najbardziej aktywnych internautów
(nie tylko "Rzeźnika") zwyczajnie skasowano.
Ostatniego dnia maja Pana Huang Dezhi oraz Pana Deng Zhongjia wyrzucono z pracy oraz
wykluczono z partii za brak samodyscypliny. Mniej więcej w tym samym czasie wyleciał z pracy
oskarżyciel publiczny, Pan Yang Liyong, choć, zdaje się, że jego przeniesiono służbowo w
jakieś inne, choć dość odległe miejsce. Ten ucierpiał za udzielenie niepotrzebnego wywiadu
bez pozwolenia zwierzchników. Kiedy dość spokojnie minęła fatalna rocznica zapowiedziano
rozprawę sadową na 16 czerwca w sądzie powiatowym w Enshi. Kilka dni przed tą datą na granicach
powiatu zaczęto kontrolować przyjezdnych - zapewne w celu niedopuszczenia niepotrzebnych
osób na proces. Dwóch dziennikarzy, którzy jakoś jednak przedarli się do Enshi zostało
przez nieznanych sprawców pobitych. W dzień samego procesu wyłączono w powiecie zarówno
telewizję jak i internet. Rzekomo z powodów bezpieczeństwa, bo w pobliżu były silne burze.
Proces był krótki, a wyrok, przynajmniej w moich oczach, jednak zdumiewający. Sędzia ogłosił,
że panna Deng jest winna zarzucanego czynu (tego z łagodniejszego paragrafu), gdyż w obronie
własnej użyła nadmiernej siły. Jednak zważywszy na to, że działanie denata było "dużym błędem",
a oskarżona ma kłopoty z psychiką wypuszcza się ją na wolność. Nawet bez wyroku w zawieszeniu.
Tym sposobem opinia publiczna była z jednej strony zadowolona z takiej decyzji sądu, choć z
drugiej zdobyła kolejny dowód na ręczne sterowanie sprawiedliwością z jakiegoś gabinetu w Pekinie.
Do domu Dengów przybył sam szef powiatu i spytał, co może teraz zrobić dla młodej kobiety, gdyż
władza wręcz pała chęcią pomocy. Odpowiedziano mu chórem, że najważniejsze jest leczenie, a
później praca. Władza zapewniła więc młodej kobiecie spokojną pracę od września, płacąc jej
pensję z funduszy powiatu (początkowo myślałem, że przeniesiono ją do wielomilionowego Wuhan,
jednak zdaje się, że trafiła tylko do powiatowego Enshi). Przez ten czas udało się zmniejszyć
dawkę leków nasennych z trzech pigułek dziennie do jednej. Pozwolono także, żeby panna Deng
zmieniła nazwisko w celu łatwiejszego zniknięcia z kręgu zainteresowania publicznego. Wyrwana
ze swojego środowiska i z grona znajomych i przyjaciół nie jest chyba szczęśliwa, zamykając
się po pracy w przydzielonym pokoiku i oddając się typowo kobiecemu zajęciu, jakim jest
haftowanie.
Syn denata zrezygnował wkrótce ze studiów, nie wytrzymawszy presji środowiska uniwersyteckiego.
I TO JUŻ, NA SZCZĘŚCIE, KONIEC INFORMACJI O CHIŃSKICH APARATCZYKACH