ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ I


Później okazało się, że było zupełnie inaczej. Jednak tamtego wieczoru nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to sam diabeł wdał się w nasze spokojne życie. Bo też diabeł to istota paskudna. Z czystej złośliwości ludziom przeszkadza, szkodzi, gdzie tylko umie i od pobożności odciąga. Ot, zdarzało się przecież nieraz, że spokojnym, na oko, gospodarzom ataki małpiego rozumu nagle się zdarzały. Za bary się brali, za gardła chwytali, taplali w błocie, ledwie parę kwaterek przedtem wypiwszy. Albo i w kurzu i pyle, gdy spiekota była. Czy też i nie.

Bo też w ciągu roku zmienia się u nas pogoda. Raz deszczysko straszne wali, a parę dni później, kiedy wszystko staje się przemokłe i rozkisłe, mróz potrafi chwycić. Śniegi kiedyś bywały na chłopa, a teraz to już wszystko wyraźnie gorsze, bo zdarzają się zimy szare, pluchowate, zupełnie bez przymrozków nawet. To i chłopy, jak w błocie się wytarzali, bardziej do nieziemskich pokrak podobni byli, niż do ludzi. Wiosną, czy latem – lżej ubranym, łatwiej przeciwnika na ścianę najbliższą rzucić, czy inny płot drewniany, aż nie wytrzyma ciężaru i kury, czy kaczki z wrzaskiem uciekają przed chłopem nagle w ich stadko wpadającym...

Ot, i żeby to chociaż o grunt sprawa szła, albo o baby. A tu nie – zawsze w takim razie, ochłonąwszy już po trzecim, albo i czwartym wiadrze zimnej wody na łby rozpalone, okazywało się, że żaden nie pamięta, o co poszło. Taak, diabeł ma swoje sposoby...

Albo i te baby, dotąd przykładny żywot wiodące nagle, z błyskiem jakimsiś dziwnym w oku, zaczynały ganiać po wsi w tę i we w tę, do kawalerów się przysuwać, a gdy ci przed nimi uciekali, młode dziewczyny woląc, przed cudzymi chłopami kiecki do góry podnosiły bezwstydnie! Dopiero okadzanie pomagało i wszystko odchodziło, jak ręką odjął, prawda, że po zamawianiu. Nie trzeba nawet było egzorcyzmów odprawiać, co i lepiej – bo to, z jednej strony, kosztuje, a z drugiej: do kościoła od nas daleko, bo trzeba przez las długo jechać.

Najgorzej to było, żeby nie skłamać, jak się na polu nad strumyczkiem razu pewnego chłopy na amen pokłócili i do smutnych rzeczy doszło, ale to może później, bo nie o tym teraz trzeba mówić, tylko o tym, jak się do naszego życia sam diabeł wtrącił pewnego spokojnego wieczoru.

A było tak. Siedzieliśmy sobie spokojnie pod wielką lipą, jak to zwyczajnie gospodarze odpoczywający po ciężkim znoju, popijając sobie z glinianych kubków. Baby obok rajcowały, jak zwykle, piskliwie, a zajadle. Spokój był... Słońce kładło się już za las i tylko ostatnie promyki rozświetlały jeszcze niebo. Dzięki temu można było tak siedzieć i odpoczywać bez konieczności przynoszenia światła, bo to kosztuje, a podatki trzeba płacić. Że też zaraza jakaś nie wytępi wreszcie wysłanników władzy! Zawsze pazernej i skórę z ludzi zedrzeć gotowej. Płać, płać i płać! Podatki też sam diabeł wymyślił, żeby prostym ludziom zaszkodzić, co do tego wątpliwości chyba nikt nie ma. No, może gdy taki sam diabłu służy, to gotów ich bronić, ale przecie nie uczciwy człowiek?

Tak więc, jak już wspominałem, siedzieliśmy sobie pod drzewem. Kaszlawy Wojtek, który jest we wsi najpierwszym gospodarzem, opowiadał znowu ucieszną przygodę o tym, jak to było, kiedy w zeszłym roku kartofle sprzedawał na targu i jakaś miejska paniusia zaczęła mu wmawiać, że to nie są kartofle. Nawet teraz, kiedy o tym opowiadał, brzuch mu się trząsł ze śmiechu, a kubek musiał odstawić na stolik, obrusikiem białym przykryty, żeby płynu nie wylać, bo marnacja to grzech przecież. Słyszeliśmy to już wiele razy, ale zawsze dobrze posłuchać, kiedy można się pośmiać. Zresztą, nasze życie spokojne i prowadzone Po Bożemu, to i rzeczy do opowiadania zbyt wiele nie ma. No i, skoro Wojtek lubi o tym prawić, to czemu mu przeszkadzać? A jest co innego do opowiadania?

No i, jak mówił Wojtek, paniusia tłumaczyła mu, że to nie żadne tam kartofle, tylko zimioki, czy jakoś tak. A przy tym podobna była, niczym skóra zdarta, do Wybadzianej Helki, że aż Wojtek w pierwszej chwili myślał nawet, że to i sama Helka. Trochę, co prawda, w latach posunięta, ale przecież podobna. Tyle, że Helka przecież głupia była i trudno jej było całe zdanie porządnie złożyć, żeby kto mógł zrozumieć. Badziała się tylko, z kim popadnie i wszyscy kawalerowie, podrostki, a ponoć i niektórzy gospodarze, szli do niej z karmelkami w garściach, żeby ją tymi słodyczami do siebie dobrze usposobić. A ona nie była przebierna i nawet łatwo było ją namówić, żeby zrobiła chłopu indora, co nie było z własnymi babami takie proste, bo kraśniały z oburzenia i o grzechu zaczynały mówić, najwyraźniej przez księdza w tej materii pouczone. Dlatego inne baby, zwłaszcza starsze, goniły Helkę, zazdrosne o swoich chłopów. Ci zaś byli zadowoleni, bo odmiana każdemu jest potrzebna i nie można tylko do własnej obory chodzić, no a już ci młodsi, co to jeszcze nie uzbierali dosyć pieniędzy, żeby się żenić, bardzo sobie Helkę cenili i nachwalić się nie mogli, że im tak tanio wychodzi, bo, w końcu, oszczędność to jednak cnota kardynalna.

Okolica tu porządna zawsze była, bogobojna, więc nikomu nawet do głowy nie przyszło, że coś chłopy od Helki mogą złapać, jak to teraz wciąż się słyszy o miastowych panienkach, że prawie każda ma jakąś sekretną chorobę, syfa lisa, czy jak tam. I tak to było dość długo, aż, jak zawsze, diabeł się w to wdał i któregoś dnia gruchnęła po wsi nowina: Helka z brzuchem chodzi! No i wtedy... Ale prawda, miałem o czym innym mówić. O tym, jak się okazało, że to całkiem inaczej wszystko było.

A było tak. Siedzieliśmy sobie gromadą pod wioskową lipą, tu chłopy, tam baby, a tu, nagle, jak spod ziemi, przybiega Kaśka Maciążanka z krzykiem. Że niby, od lasu właśnie biegnie, bo tam, moiście wy, nie zgadniecie, o ludkowie!, dziwo: ni mniej, ni więcej tylko....



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012