ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ II


No i rzeczywiście: dziwo. Kaśka, cała zdyszana, na twarzy czerwona czy to ze zmęczenia, czy to ze strachu, wpadła do nas, ciężko na ławie siadła i, tchu złapać nie mogąc, powiedziała:

- Smok.

Popatrzeliśmy po sobie, gospodarze. Baby, co z tyłu tłoczyć się poczęły, kiedy Kaśka z wrzaskiem przybiegła, też zacichły i dało się słyszeć kaczki Walaska, jak po stawku pływając, dzioby drą. Smok? Wszyscy się zasępili i cisza nastała, jak makiem zasiał, że tylko sapanie Kaśki było słychać. Ludzie wspominali pewnie bajania dziadziusia Jakubka „Długasa” Małowatego, co to go tak wołali dlatego, że... zresztą, nieważne. Dziadziuś Jakubek nie żyje już, będzie z pięćdziesiąt lat, więc dla części z nas to były opowiadania o opowiadaniach, bo nie wszyscy go przecież pamiętali. No i bajał dziadziuś Jakubek, że jego dziadziuś mówił o tym, że, z kolei, jego dziadziuś spotkał był kiedyś na polanie smoczycę. Śmiali się wszyscy z tych gadek, dokuczali Jakubkowi, czy też dziadziuś jego dziadziusia poczwarze pod ogon zaglądał, że taki pewny swego, że to smoczyca była, ha ha. Gniewało to dziadziusia Małowatego, rzucał wtedy, czym popadnie, tak że nauczyli się ludzie, żeby go nie złościć, kiedy na sperkę się z kozikiem zasadzał, żeby nieszczęścia z tego jakiego nie było. A łasy był na tę sperkę, niczym, nie przymierzając, ich czarny kot! Ile to ponoć razy go synowa przeganiała ze strychu, gdzie wisiały na hakach wędzone boczki i słonina! Jakubek nic sobie z tego nie robił, krzyczał o tym, że to on jest gospodarzem (choć dawno na wycugu był), a uwagi, że mu się przecież nie żałuje, tylko żeby mu nie zaszkodziło, zbywał krzywym uśmiechem. Ale wszystko do czasu... Żeby kózka nie skakała, to by się i w to diabeł nie wdał. Którejś niedzieli postanowił sobie dziadziuś Jakubek uciąć kawał słoniny przed wyjazdem do kościoła, żeby po drodze jeszcze pożuć. A miał na piśmie zawarowane, że go w każdą niedzielę na mszę syn wozem zawieźć musi pod samą kruchtę. Mus, to mus, skoro u rejenta sprawa uzgodniona – woził go syn jego jedyny, Antek Małowaty, żeby nie skłamać, co niedziela i w święta także. Z tym, że o powrocie słowa u rejenta nie było powiedziane, a skoro tak, to i na piśmie żadnych warunków nie było, więc z kościoła po mszy jechał sobie Antek ze swoją żoną i dzieciakami wozem w konia zaprzężonym, a dziadziuś Jakubek, złorzecząc wyrodnym dzieciom, dyrdał do chałupy na piechotę, bo nigdy się syn jego, Antoni Małowaty, nie złamał i ojca na wóz nie zabrał. No i wlazł wtedy, dnia owego, Jakubek na strych po tę sperkę, uciął sobie kawałek niemały, ale i nie duży i po drabinie zaczął schodzić. Spieszyło mu się, bo już z go podwórza wołano, więc kozika nie zamknął, noga mu się ze szczebla omsknęła i spadł w dół, prosto w dzbanek z wodą i miskę, tak, że nie wiedzieli ludzie, czy sobie bardziej zaszkodził kark skręciwszy, czy też co do powiedzenia miał jego własny kozik z boku sterczący? Słoninę chwycił zaś i pożarł w okamgnieniu kot tamtejszy, wielki, pazurny, czarny cały, na pośmiewisko chyba Pafnucym zwany, choć myszy im, trzeba to przyznać, łowił doskonale. Pretensje nawet ludzie mieli do Antka, że tak dziwacznie owego kota woła, zamiast, jak wszyscy: maciek. Ale mów tu do głupiego! Antoni zawsze swój własny rozum miał i nikt mu nie potrafił niczego przetłumaczyć, nawet jego własna żona, taki był zawzięty. Tak więc dziadziuś Jakubek marnie skończył na sperkę się połakomiwszy, że nawet zaczęły się baby zaraz zastanawiać, czy aby to nie Palec Boży, że niby przed mszą się nażreć tłustości grzesznie chciał, ale im proboszcz wytłumaczył, żeby sobie głów zrozumieniem Woli Bożej nie trudziły, bo to nie dla nich, amen. Jak tylko baby o Woli Bożej usłyszały, zaraz się z księdzem zgodziły, głowami kiwały w zamyśleniu takim i więcej już do tej sprawy nie wracały. Przynajmniej nie w towarzystwie swoich chłopów. I dobrze, bo o czym tu gadać? Człowiek powinien zwięźle o wszystkim mówić, żeby zgorszenia jakiegoś nie wywołać i głosem własnym nie zachwycać się – każdy to wie, chociaż babom można by o tym nieco częściej przypominać.

Tak więc wspomnieć wszyscy musieli o tych wszystkich smokach dziadziusia Jakubka. A było co wspominać! Bo też dziadziuś chętnie opowiadał, nie tylko o smokach, co to, to nie. Było, zaczynał opisywać kolasę dziedziczki, co to się kiedyś w błocie zakopała (kolasa, znaczy się, a nie dziedziczka), to potrafił dokładnie odtworzyć z pamięci najdrobniejsze szczegóły: od rodzaju smaru w osiach, przez rodzaj uprzęży, uczesanie dziedziczki aż do guzików kalesonów stangreta. Albo o tym, jak nagle w lesie pojawili się jacyś i nikt nie wiedział, co oni za jedni? Byli tam, byli, aż wojsko przyszło i wystrzelało wszystkich. Mogiła nadal przy drodze widoczna. Albo o tym, jak kiedyś, młodym chłopakiem będąc, raj zobaczył. Bo to poszedł na kurki, a nad jeziorem to aż przysiadł w krzakach, w cud wpatrzony. W wodzie, ze śmiechem kąpało się dziewczyn ze sześć, całkiem gołych i młodych, a jedna to takie miała ciało, tak była biodrzasta, że się dziadziuś Jakubek oblizywał jeszcze wiele lat później, trzęsącym głosem o wszystkim opowiadając. Ale co? Wykąpawszy się, ubrały, na welocypedy wsiadły i tyle je widział! Żałował nawet, że się nie odważył i z krzaków nie wyszedł, jednak zawsze ostrożny był. On jeden, a ich tyle, to jakże by im rady dał? Może dwóm - trzem, ale tylu to nijak. Zresztą, może to i wcale nie raj był, tylko jakieś diablice? Albo o tym, jak na pole, które orał coś spadło z nieba, gorące. Mieniło się tajemniczo, ale nie dało się, nawet podgrzewane, w złoto przemienić, aż się Jakubek przestraszył, że z czartowską mocą ma do czynienia i ten tajemniczy szatański kamień do jeziora wrzucił, tam, gdzie te gołe baby podglądał. Albo o tym, jak starej Walaskowej koza spłoszyła się, na daszek szopki skoczyła, stamtąd na chlewik i ani się spostrzegli, na dachu stodoły stała i zejść nie chciała! Ale gadania było i śmiechu z tego, jak Walaski ją stamtąd ściągały i gonty obruszyły!

No, ale to znowu nie o tym, co trzeba, opowiadam, więc już wracam do najważniejszego. Wbiegła tedy zdyszana Kaśka Maciążanka i „smok” zawołała.



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012