|
ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA... | |
No i ile to wszystko trwało? Chwilę tylko i pewnie dłużej opowiadam, niż całe to zdarzenie czasu zabrało. Strach nas, co tu dużo kryć, obleciał i wielu zdawało się, że drżenie ziemi już czują, pod łapskami pazurnymi uginającej się, a za chwilkę małą pysk straszliwy z krzów wyłoni się, by nas pożreć, posiekać zębiskami podobnymi do kos, czy może i pługów potwornych, wyostrzonych, ciała nasze porozrywać i w przepastne czeluści smocze na zatracenie przełknąć. Ciekawość jednak brała, czy smok jak góra jest, czy też mniejszy. Kaśka, w końcu, zdołała wykrztusić, że „wielki”, więc obawa w nas rosła, czy w ogóle poradzimy sobie z taką poczwarą z piekła rodem. Bo jakże to? Skoro pojawił się już był smok w okolicy, to pewnie jako bestia z Apokalipsy, za grzechy ludzkie, więc nijak było wierzyć, że tak zrazu jakowyś święty Jerzy na koniu pojawi się i, od zła wcielonego nas ratując, smoka ot, tak zgładzi i w dal odjedzie.
A jednak okazało się zaraz, że to, cośmy sobie w głowach naszych o smoku ulęgli, wszystko to było chybione, gdyż, tak naprawdę, było zupełnie inaczej, niż nam się wydawało, bo to diabeł, pan ciemności, strachem nasze serca przepełnił, podczas gdy nie było już powodu ku strachowi, który siły odbiera. Ocknęła się bowiem Kaśka Maciążanka, otworzyła swe oczy, rzęsami długimi, jasnymi, do wymłóconej słomy podobnymi, zamrugała, dla odwagi gorzałki jeszcze łyknęła raz i drugi, i wtedy zaczęła mówić spokojniejszym już głosem, opowiadając, co to się właściwie w lesie wydarzyło. A prawdziwie, istne dziwy, że aż trudno uwierzyć!
Okazało się, że poszła Kaśka Maciążanka do lasu, żeby ziele rącznika znaleźć, gdyż oleju kleszczowinowego potrzebowała, żeby trutkę na krety przygotować. I gdy tak, szukając, z krzaków wylazła na polankę, ruch jakiś bardziej poczuła, niż usłyszała. Obróciła się i zamarła. O kilka łokci od niej stała wielka gadzina, paszczę zębatą na wysokości twarzy dziewczyny mająca. Szyja długa, tułub pokrętny, łapska po bokach. A z paszczy jęzor wężowy wysuwał się tam i nazad, jak w opowiadaniach, które nieraz przy grochu łuskaniu ludzie sobie bają, by wieczorną nudę jakoś zabić. Gadzina cała była pokryta łuską, niby pancerzem lśniącym, wieloma kolorami się mieniącą, choć najwięcej tam było zielonego, z jakimsiś, jak mówiła Kaśka, żółtym rzucikiem. Na łbie rogi: długie, cętkowane, kręte. Wkoło zapach wszeteczny się rozchodził i już, już pewna była Kaśka, że to jej ostatnia godzina, bo smok zaczął ogonem po bokach bić, aż iskry szły, chociaż nie ryczał wcale. Struchlała cała i nawet nie mogła sobie przypomnieć słów litanii, a z tego strachu z rąk zgrabiałych wypuściła koszyk, w którym rącznik już znaleziony niosła.
Wtem, gdzieś z boku, dało się słyszeć gromkie „sianokosy” i na polankę wyszedł głupi Kuba, goły zupełnie. Smok spojrzał na niego kątem oka, coś go, najwyraźniej, zastanowiło, spojrzał jeszcze raz, przekręcił się na łapach, odwracając do Kaśki bokiem i teraz oko w oko z głupkiem stali, wzrokiem się mierząc. Skorzystała z tego Maciążanka, w pobliskich krzach się kryjąc i, palce gryząc ze strachu, patrzyła, co będzie dalej. Patrzyła, bo kolana się pod nią uginały i sił nie miała, żeby uciekać, tylko, przykucnięta, oczom nie wierzyła.
Smok zaczął, jeśli można tak powiedzieć, mruczeć i przeginać się miarowo. Później odwrócił się do głupiego Kuby tyłem i zaczął go, o ludkowie, prowokować sprośnym zadem, kręcąc nim w tę i w tamtą! Zobaczyła wnet Kaśka, że to smoczyca była i przypomniały jej się wszystkie te gadki, które dziadziuś Jakubek „Długas” Małowaty swego czasu ponoć opowiadał. Smoczyca kusiła głupiego Kubę! A ten...
Kaśka panienką jeszcze była, ale przecież na wsi mieszkała, swój rozum miała, kilku braci w domu, widziała nie jeden raz, jak się zwierzęta mnożą, buhaja Antka Małowatego młodszego w to licząc, pod którego cielskiem krowy mało co nie łamały się. Tak więc, choć zdumiona prawdziwie, wiedziała dobrze, co się na oczach jej dzieje, a działy się rzeczy przechodzące ludzką wyobraźnię. Widać było, że spodobały się młodemu mężczyźnie zaloty poczwary, bo złączył się głupi Kuba od Gązwów ze smoczycą z piekła rodem i trykał ją z takim zapałem i mocą, że gadzina najpierw drżeć zaczęła, później przyklękła, później łapy jej się rozjechały, zaczęła jęczeć przerywanym, piekielnym basem, śliniła się niczym z jakiego potoku, aż wreszcie łeb jej opadł na ziemię i zacichła, dym jeno z nozdrzy puszczając obficie. Kuba zaś nie ustawał w swojej robocie, na twarzy tylko czerwieniejąc, aż nagle rozdarł się na całe gardło, wołając, jak to głupi: „żuir!”, czy jakoś tak, i rytm nagle wzmagając, a smoczyca w tym momencie skry jakoweś z siebie wyrzuciła z charkotem okrutnym, gasząc je za chwilę strumieniem krwi czarnej, która z pyska jej się rzuciła, pół polanki do połowy łydki dorosłego człowieka prawie zalewając. Nie było wątpliwości – zlazł Kuba już ze smoczego trupa, do przestraszonej Kaśki, w chaszczach siedzącej, „sianokosy” grzecznie powiedział, głową przyjaźnie skinąwszy, odwrócił się na pięcie i w las, pogwizdując, poszedł. Dziewczyna, siły odzyskawszy, kieckę rękoma podnosząc, pobiegła przez las, duszy ledwie nie gubiąc, ku wiosce, gdzie wpadła z impetem na gospodarzy i baby, pod lipą siedzących dla odpoczynku po dniu upalnym. I tyle, co tu dalej opowiadać, jak już wszystko właściwie powiedziane.
Kiedy z przeszpiegów wrócili najodważniejsi parobcy, potwierdzili słowa Kaśki Maciążanki w każdym drobiazgu, jeden pazur smoczycy nawet przynosząc, a truchło jakoś tam się całą gromadą wykorzystało ku pożytkowi. Długo jeszcze dumali ludzie nad tym, dlaczego to w naszej właśnie okolicy pokazują się, prawda, że rzadko, smoczyce. Do żadnych jednak mądrości nikt nie doszedł i wszyscy mieli nadzieję, że teraz na parę pokoleń spokój od smoków mieć już będziemy. A głupi Kuba już nie wrócił do wsi i wszelki ślad po nim przepadł. Może to nawet i lepiej?
KONIEC