ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ VII


O! potwierdziło się tym samym, że Maciora frant był nad franty. Bo też, zastanawiali się ludzie później, żeby tak od razu potrafić byka za rogi chwycić, tak z rękawa wymyślić, na poczekaniu właściwie, to jedyne, najlepsze przecież, pytanie! Bo też o co należało zapytać? No przecież jasne, że o to, jaki to smok. I takie właśnie pytanie zadał Józef Maciora Kaśce Maciążance pod lipą we wsi naszej pewnego późnego popołudnia, a właściwie to już wieczorem.

Kaśka Maciążanka wciąż jeszcze do siebie przyjść nie mogła. Jednak starała się nowinę z siebie wyrzucić. Zasapanym głosem, tchu chwycić nie mogąc, zdołała jeszcze powiedzieć:

- Pożreć mnie chciał... i Kuba Gązwów... już ci go nie ma...

po czym zemdlała, w ramiona Wojtka Kaszlawego osunąwszy się niczym wór z mąką pytlową.

Zajęła się zaraz dziewczyną stara Wojtkowa, męża od ciężaru Kaśki wyswobadzając i po czerwonych polikach dziewczynę klepiąc, mocniej nawet, niźli trzeba było. Inne baby zaczęły jej silne ręce białe, jakby toczone, wódką nacierać, czoło zroszone zapaskami obcierać. Nie przychodziła jednak Kaśka do siebie, mrucząc tylko coś bez sensu o żurze, z oczyma zamkniętymi. A rzęsy miała długie, jasne, do wymłóconej słomy podobne.

Popatrzeli znowu po sobie ludzie, choć dość niepewnie. Wszystko stało się jasne. Pożarł smok głupiego Kubę od Gązwów i, nim się posilając, zatrzymał się na tyle długo, że Maciążanka uciec zdołała. Zaczęli się też trwożnie rozglądać wokół siebie, bo kto mógł zaręczyć, że głodna poczwara tropem dziewczyny nie nadchodzi? Co strachliwsi boczkiem, boczkiem usuwać się zaczęli w kierunku chałup i po chwili garstka jeno pod lipą siedziała.

Ano, pomarło się głupiemu Kubie, co może i lepiej. Nieszczęście to było dla rodziny, wyręki żadnej i tylko kłopoty same. No i żal też, bo wyrósł przecież jak brzoza wysoki, w barach szeroki, mocarny wielce w rękach; tyle, że w głowie pusto miał. No i, po tym, jak go Szymek Motowidło kłonicą przez łeb w obronie synka swego, Wawrzka, rozciągnął w obejściu Kaszlawego Wojtka, widać było, jaki się mężczyzna zmarnował i ile panny straciły, że za takiego za mąż żadna wyjść nie mogła. Bo też, gdy ciepło było, rozdziewał się głupi Kuba do gołego i tak paradował, pokazując ludziom, jak go Pan Bóg obdarował, a było czego zazdrościć, bo nawet dziadziuś Jakubek „Długas” Małowaty przy Kubie nie liczył się zupełnie. Kiwały baby głowami na ten widok, czemuś zamyślały się, ale zwykle zaraz Gązwów wołały, krzycząc, żeby go zamknęli gdzie w stodole i na łańcuchu o grubym oczku przywiązali, coby w głowach młodym dziewczynom nie mącił i Sodomy Gomory żadnej żeby z tego nie było, bo po co diabła kusić.

Skaranie Boskie mieli z nim Gązwy, ale też, po prawdzie, niespodziewany przychód im też przyniósł. Łoni, gdy szczególnie gorąco było, dłużej niż zwykle na łańcuchu głupi Kuba goło w stodole siedział, a że nudził się, to coś tam kozikiem dłubał w drewnie, co to na kupie tam leżało. Naradzali się nawet Gązwy z Józefem Maciorą, czy zabrać głupiemu kozik, żeby się nie pochlastał, czy go mu zostawić, jednak rada była taka, żeby zostawić, to może i faktycznie pochlasta się i bez grzechu niczyjego koniec nań przyjdzie i spokój będzie. Tymczasem głupek coś tam składał, budował i jakby szopkę noworoczną zmajstrował. A wszystko z drewna, bez jednego gwoździa! Zadowoleni byli nawet Gązwy, że spokojnie siedzi i nie trzeba go w południe wodą oblewać dla spokoju, jak to wcześniej bywało, kiedy dziwnymi słowy ryczał, łańcuch napinając. Zdziwili się jednak, kiedy ciut ciut ochłodziło się i Kuba, jak zawsze, gdy gorąc ustępował, uspokoił się na tyle, że można go było odwiązać i odzienie mu założyć. Porzucił on był wtedy tę swoją szopkę, do której wcześniej to i podejść nikomu nie dał i znowu zaczął po okolicy szwendać się!

Z ciekawości zanieśli Gązwy tę szopkę nie szopkę do chałupy, na stole postawili i zaczęli dziwować się. Było już kiedyś we wsi tak, że Franek Kąkolów (którego nie chciała Marcjanna od Paciorków, co to w końcu za Maciąga na swoją gorycz poszła i ze związku tego zemdlona teraz Kaśka na świat przyszła) potrafił sam szopkę zrobić, w której anioły ruszały się, a gwiazda kręciła się na chwałę. A tu zobaczyli coś zupełnie innego! Szopka obudowana była ze wszystkich stron i tylko u góry mały otworek był, jakby przeziór jaki, czy co. Z boku korbka, którą, jak pokręciło się, to trybiki jakieś z boku kręciły się, ale nic nie nachodziło się tylko w środku coś z cicha trzeszczało. I tyle. Bali się tam Gązwy z początku zajrzeć, żeby coś ich w oko nie żgnęło, bo to wiadomo, że z głupim żartów nie ma, ale akurat przyszedł do nich w odwiedziny szwagier, Paciorek Walenty, który odważniejszy był i, prawda, że ostrożnie, zajrzał. Jak zajrzał, to oko do owego przezioru przycisnął, korbką, co z jednego boku była, pokręcał i tylko „o Jezusicku” wołał, a odciągnąć się od onej szopki długo nie dawał. Wreszcie, silnie na gębie zaczerwieniony, odsunął się i „sami zobaczcie”, powiada, po czym, prawie bez pożegnania, czapkę nacisnął i do chałupy pobiegł, bo mu czegoś śpieszno zrobiło się.

Pokazywali to później Gązwy na jarmarkach i ładne pieniądze nawet brali, utyskiwaniem plebana nie przejmując się wcale, bo ksiądz księdzem, pieniądze pieniędzmi, a ludzie zawsze jednako ciekawi. No bo w środku kilka fikuśnych figurek drewnianych było, które, kiedy korbką, co z jednego boku była, kręciło się, to poruszały się one w tę i nazad. I czego tam nie było! Chłopy na babach, baby na chłopach i jeszcze jakoś, aże gorąco robiło się patrzącym. A mówili ci, co pamiętali to, co Wybadziana Helka za gaikiem z chłopami jak leci robiła, że ona to nic nie robiła w porównaniu z tym, co chory umysł głupiego Kuby wymyślił.

No i proszę, pomarło się głupiemu w taki straszny sposób. Nie było jednak czasu, żeby długo to rozpamiętywać, bo tymczasem Józef Maciora zaczął mówić, jak przed bestią bronić trzeba będzie się. No i wtedy to Kaśka Maciążanka do czucia zaczęła wracać.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012