|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O pewnym lekarzu; 16.07.2016
W Polsce już kilka lat panował król Zygmunt Stary, kiedy w prowincji Hubei (to centralne
Chiny) pewnemu lekarzowi nazwiskiem Li urodził się syn. Dziadek dziecka był lekarzem
wędrownym, który wiódł koczownicze życie, ale już ojciec prowadził osiadłą praktykę,
napisał kilka książek medycznych i miał wielkie plany wobec swego syna. Marzył bowiem,
że potomek wejdzie do elit prowincji, co jemu, choć nawet dość zamożnemu, jakoś się nie
udawało. W tym celu syn powinien poświęcić się życiu urzędniczemu, do którego jedyną
przepustką były specjalne egzaminy. Tu powinienem chyba przypomnieć, że Chiny były
jedynym krajem na świecie, który uważał, że urzędnik to ramię samego cesarza na prowincji,
istny kwiat intelektu i najwyższa faza rozwoju człowieka. Nie darmo w Chinach powstawały
obrazy sławiące "urzędnika śpieszącego do pracy", na którym było widać powóz, który
śpieszył chyżymi końmi w bliżej nieznanym kierunku, wioząc osobę emanującą godnością i
dostojeństwem, zamyśloną nad jakąś niezwykle ważną dla państwa sprawą. Egzaminy urzędnicze
były organizowane na trzech poziomach, a kto zdał te najwyższego szczebla w samej stolicy,
ten mógł być pewien wielkiej kariery i związanych z tym wielkich pieniędzy.
Tymczasem Li Shizhen (czytać: Li Szydżen), bo tak się nazywał ów syn lekarza,
trzykrotnie podchodził do egzaminów pierwszego stopnia i trzykrotnie je oblewał. Wówczas
jego ojciec przełknął gorzką pigułkę, porzucił marzenia o urzędniku w rodzinie i wziął
syna do siebie jako ucznia. Uczeń okazał się bardzo pojętny, bardzo szybko zdobył pokaźną
wiedzę i założył własną praktykę. Kiedy miał niecałe 40 lat uleczył ważnego księcia w stolicy
prowincji. Dzięki temu został zaproszony do tego miasta na stałe i uzyskał wysoką oficjalną
pozycję, o której tak marzyli jego dziadek i ojciec. Kilka lat później jego niekwestionowana
wiedza przeniosła go do Cesarskiego Instytutu Medycznego w Pekinie, co oznaczało prawdziwą
karierę. Podczas pobytu w stolicy Li Shizhen miał dostęp do najrzadszych ksiąg medycznych,
o jakich inni lekarze mogli tylko pomarzyć. Odnalazł w nich wiele nieścisłości, i błędów.
Instytut zaś okazał się siedliskiem zamętu, bałaganu, nieporządku i kumoterstwa. Dlatego, z
bliżej nieznanych przyczyn, już rok później doktor Li Shizhen porzucił tę lukratywną posadę
i ponownie wybrał działalność medyczną.
Doktor napisał kilka książek dla lekarzy, ale najważniejszą sprawą było to, że postanowił
zebrać i uporządkować wiedzę medyczną swojego kraju. Kosztowało go to wiele lat (dwadzieścia
siedem) znojnej pracy, porównanie treści około 800 książek medycznych (praktycznie: wszystkich
dostępnych) oraz rezygnację z prywatnego życia. Podobno przez ostatnie dziesięć lat pracy w
ogóle nie wychodził ze swojego mieszkania, a sam wychudł chorobliwie, skutkiem czego zmarł. Stworzył jednak dzieło medyczne, które okazało się ponadczasowe - obowiązywało z niewielkimi zmianami praktycznie prawie do naszych czasów. Doktor Li Shizhen jest uznawany za największego uczonego lekarza i farmakologa Chin, a także jednego z największych naturalistów świata.
Jego dzieło nosi tytuł: "Bencao Gangmu", czyli Encyklopedia korzeni i roślin'.
Składają się na nie pięćdziesiąt dwa tomy, ozdobione ponad tysiącem stu rysunkami, gdzie
opisano dwa tysiące sześćset jedenaście leków podstawowych i około jedenastu tysięcy recept
na leki złożone. Sam Li był autorem ponad trzystu siedemdziesięciu nowych recept. Encyklopedia
była trzykrotnie poprawiana w rękopisie (razem około dwóch milionów znaków chińskich), bo doktor
Li nie lubił niedoróbek. Ostatecznie pierwsze wydanie miało miejsce dopiero w roku 1596 (trzy
lata po jego śmierci w wieku około siedemdziesięciu pięciu lat) i władze nie zwróciły początkowo
uwagi na jego rangę. Zresztą w niecałe pół wieku później dynastia Ming została obalona przez
barbarzyńców z północy. Wkrótce jednak "Bencao Gangmu" doczekało się zasłużonej sławy i wielu
reprintów, a jego autor oceny "niekoronowanego króla medycyny chińskiej". Dlatego zdumiewającym
wydaje się to, że do czasów współczesnych zachowało się tylko sześć kompletnych oryginałów:
jeden w Ameryce, dwa w Chinach i trzy w Japonii.
O zmiodzeniu osoby szlachetnej; 19.07.2016
Wspomniany przeze mnie ostatnio doktor Li Shizhen w swoim dziele "Bencao Gangmu" opisywał
przeróżne substancje stosowane w tradycyjnej medycynie chińskiej oraz recepty na nich bazujące.
Dzieło liczyło sobie pięćdziesiąt dwa tomy, a jego autor przechodził od minerałów poprzez rośliny
aż do zwierząt. Jak sam pisał: "od spraw prostych do coraz bardziej złożonych". W rozdziale
ostatnim, jako ukoronowanie wszechświata, opisał człowieka jako źródło różnego rodzaju czynników
do użycia lekarskiego. I okazało się, że człowieka można rozpatrywać na trzydzieści siedem
różnych sposobów, w celu pozyskania tylu właśnie substancji, które mogą leczyć (dwa ostatnie
podrozdziały trochę się z tego kanonu wyłamują, ale nie ma co drążyć niepotrzebnie tematu).
Niektóre z nich doktor Li zanotował bez podawania szczegółów, inne rozwinął podobnie do
wszystkich poprzednich haseł tego encyklopedycznego poradnika.
Autor okazał się być człowiekiem wielkiej skali, bo otwarcie wskazał powód takiego
ograniczenia. Nie chciał bowiem ułatwiać zadania tym, którzy chcieliby, po lekturze jego
dzieła, stosować recepty, które on uważał za okrutne, haniebne i szkodliwe zarówno dla
ludzi służących za źródło leku (konfucjanizm zabraniał uszkadzania ciała), jak i dla
ludzi chorych, poszukujących lekarstwa. Dlatego dwanaście z trzydziestu siedmiu podrozdziałów
tego rozdziału jest potraktowane skrótowo, wspominając jedynie o pewnych sprawach, głównie
zresztą (podobno; przecież nie zgłębiałem treści 52 tomów dra Li) tylko hasłowo, dla porządku
kronikarskiego. Poza tym doktor Li wykazywał się rzetelną naukową wstrzemięźliwością i niektóre
z tych podrozdziałów opatrzył wyraźną uwagą, że zapisuje pewne pogłoski, które, jego zdaniem,
przed uwierzeniem w nie, wymagają sprawdzenia jako mało prawdopodobne.
Zafrapowało mnie medyczne zastosowanie "brudu z kolan", w oczywisty sposób przeciwjadowe
działanie ssania włosów łonowych mężczyzn (uspokójcie brudną wyobraźnię - po obcięciu lub
wyrwaniu), a także sposoby wykorzystania dla celów leczniczych duszy człowieka powieszonego
(jak wiadomo człowiek ma kilka dusz dwóch rodzajów [hun i po]; kiedyś już o tym pisałem). A
jednak, przynajmniej na razie, oszczędzę czytelnikom tych szczegółów, bo bardziej mnie (te
szczegóły) odrzucają niż pociągają, chociaż przyznaję, że sprawa jest, po opanowaniu chęci
wymiotowania, ciekawa. Tymczasem chciałbym opisać przepis nr 35, którego zastosowanie widzę
wyraźnie nawet w naszych odhumanizowanych czasach. Do tego bowiem leku potrzeba człowieka
wielkiej klasy, którego jedynym celem jest dobro ludzkości w skali globalnej.
Doktor Li zapisał przepis z odautorską uwagą, że i tutaj potrzeba weryfikacji źródeł, które
prowadzą do świata arabskiego (poza nim w czasach doktora brakowało rzekomo chętnych do
ofiarności tego typu). Tam bowiem, jak mówiono z tą niewzruszoną pewnością siebie ludzi
powtarzających rzeczy zasłyszane, zdarzały się przypadki poświęcenia siebie dla innych.
Oto bowiem znajdowali się wiekowi starcy-mędrcy, którzy decydowali się na jedzenie samego
czystego miodu. Po odpowiednio długim czasie byli nim już tak przepełnieni, że pachnieli
miodem, pocili się miodem i wydalali z siebie miód oraz miodowe wiatry. Taki sposób żywienia
powodował, oczywiście (dlaczego: oczywiście? miód jest ponoć zdrowy?), ich rychłe zejście.
No i tu dopiero pokazywała się szczególna klasa tych ludzi. Kazali bowiem dokonywać
specyficznego pochówku swoich ciał: w szczelnym, wystarczająco głębokim grobowcu wypełnionym
całkowicie płynnym miodem. Po zatopieniu (i tak już nasyconego miodem) ciała w takiej
komorze grobowej należało zasunąć szczelnie ciężką pokrywę i pozostawić mogiłkę w spokoju
na sto lat. W tym czasie ciało szlachetnego zmarłego miało rzekomo całkowicie rozpuścić się
w kąpieli miodowej, czyli zostać poddane procesowi, który, doprawdy, nie wiem, jak nazwać
po polsku. Skoro jednak źródła obce używają słowa "mellification", to ja zaryzykuję "zmiodzenie".
Po stu latach należy pokrywę ostrożnie odwalić, substancję miodową (z rozpuszczonym w niej
na amen zmiodzonym mędrcem - podkreślam, że to miałaby być substancja doskonale homogeniczna,
bez nijakich farfocli) wybrać ostrożnie do ostatniego grama i stosować ją jako cudowny wręcz
lek na wszelkiego rodzaju złamania, które miałaby leczyć w okamgnieniu. Nie należy też
zapominać o aspekcie ekonomicznym, bo cena specyfiku miałaby być wręcz astronomiczna.
O obowiązku donoszenia; 24.07.2016
Kilka moich ostatnich tekstów o Chinach zostało odebrane jak jeden wielki panegiryk
tego kraju i rozwiązań w nim stosowanych. Dlatego dla równowagi postanowiłem pokazać
tym razem pewne rozwiązanie, które miało, w założeniu, dopomóc ludowi, a ostatecznie
zniewoliło go na prawie tysiąc lat.
W czasach, kiedy u nas koronował się Bolesław Śmiały (zwany ostatnio znowu Szczodrym)
w Chinach rządził cesarz z dynastii Song. I to on zgodził się na wprowadzenie śmiałych
reform zaproponowanych przez światłego ministra. Miały one pozwolić na upieczenie kilku
pieczeni na jednym ogniu. A więc, po pierwsze, miała to być wzmacniająca obronność
reforma wojskowa, bo takie są zawsze miłe władzy. Dzięki niej degenerałowie mieli
wreszcie wiedzieć dokładnie, jakimi rezerwami ludzkimi dysponują i ile luda można
jeszcze z dowolnego miejsca kraju powołać pod broń, gdyby zaszła taka potrzeba. Inne
założenia reformy miały na celu wydatne umocnienie państwa poprzez zwiększenie dobrobytu
ludu. A więc, po drugie, zapowiedziano kontrolę podatków, aby były wszędzie jednakowe
i sprawiedliwie rozłożone, bez żadnego widzimisię urzędników niższego szczebla. Po
trzecie, zastąpiono pańszczyznę obowiązkiem zapłaty za pracę. Po czwarte, państwo
miało od tej chwili partycypować w utrzymaniu sierocińców, szpitali, przychodni,
przytułków, cmentarzy oraz spichrzów z rezerwą zbóż na wypadek klęsk nieurodzaju.
Po piąte, reforma miała dopomóc Suwerenowi poprzez państwowe kredyty, żeby uniezależnić
go od lokalnych bogaczy. Chłopi mieli dostawać pieniądze w momencie siewów (sadzenia,
gdy chodziło o ryż), zaś oddawać te niskooprocentowane pożyczki już po zbiorach, gdy
byli w stanie tego dokonać. W ten sposób mieli uniezależnić się od wielkich właścicieli
ziemskich - obszarników (którzy także pożyczali pieniądze, ale już na lichwiarski
procent), a przez to poczuć się bardziej związanymi z dobrym i sprawiedliwym państwem.
No a po to, żeby tych pożyczek głupio nie zmarnotrawili i tym bardziej nie pogarszali
swojej sytuacji - wymyślono, że sąsiedzi będą sobie pilnie patrzeć na ręce, bo cała
wieś miała być finansowo odpowiedzialna za sumę pożyczek dla wszystkich jej mieszańców.
Tym samym twórca reformy odkrył swoją głęboką pogardę chińskiego uczonego dla ludu,
który uważał za głupszy od własnych świń (ot, przez analogię do, gorszących inteligenckim
paternalizmem, opisów najnowszej historii masowo produkowanych w pewnym kraju
środkowoeuropejskim: taka zbiorowa mądrość klasy chłopskiej; że niby dopiero w masie
zaczyna w niej kiełkować myślenie, zaś osobno są to jednostki klasycznie bezmyślne).
W tym celu wprowadzono system nadzoru nad ludem (tak zwany baojia, czytać: "baodzia").
Od tej chwili idąc przez dowolną wieś chińską można było zauważyć, że na każdej chałupie
zamocowano specjalną tabliczkę. A na tej tabliczce obowiązkowo musiała być podana
liczba dorosłych mężczyzn mieszkających w tym domostwie, zdolnych do pracy i służby
wojskowej. Pięć sąsiednich chat tworzyło od tej pory podstawową komórkę donosicielską,
bo każdy miał obowiązek donosić na każdego. Dwie takie piątki tworzyły kolejny poziom,
zwany pai. Tu przewidziano już szefa, któremu właśnie trzeba było donosić (nosił
tytuł paifu). Dziesięciu paifu miało swojego przełożonego, czyli jiazhanga,
któremu podlegało już sto chałup w tworze administracyjnym, który niewymyślnie nazywał
się jia. Z kolei dziesięciu jiazhangów donosiło do jednego baozhanga,
który, tym samym, zarządzał tysiącem chałup, czyli kilku tysiącami ludzi, jeśli baby,
starców i dzieci też liczyć jako takich. No i taki okręg administracyjny to był tzw. "bao",
a powyżej niego był już sam powiat z potęgą władzy sprawowanej w imieniu Cesarza. Wiadomo
już teraz, skąd wzięła się wspomniana powyżej nazwa systemu (baojia). W założeniu
jego twórcy system miał działać w dwie strony. Ludzie mieli się kontrolować nawzajem,
żeby nie marnotrawić pomocy, ale też mieli tę państwową pomoc na dogodnych warunkach
dostawać, a państwo miało się troszczyć o ich dobro.
Wielcy posiadacze ziemscy nie byli, oczywiście, zachwyceni (tym bardziej, że była to
już druga w tym stuleciu próba takich, pachnących nam socjalizmem, reform). Niezależni
od nich chłopi to było coś ostatniego, na czym mogło im zależeć. Dlatego zaczęli misterne
intrygi na dworze cesarskim i już po kilku latach udało im się przekonać władcę, aby
zmienił łaskawie swoje postanowienie. Minister reformator został odwołany, a zaraz po
nim przyszła kolej na jego reformę. Nie odwołano jej jednak całkowicie, gdyż zarówno
władza, jak i wielcy posiadacze zauważyli dobre strony inwigilacji Suwerena (donoszenie
okazało się wydajniejsze i tańsze niż wymuszanie posłuchu poprzez wysyłanie na wieś
oddziałów najemników). Dlatego nie mówiono już więcej o pożyczkach państwowych, czy
kontroli podatków, ani o spichrzach, szpitalach i przytułkach, ale utrzymano w mocy
system usankcjonowanego prawnie donosicielstwa. Stosowano odpowiedzialność zbiorową
i jeśli zawinił jeden człowiek, to dla postrachu i zasady wykańczano także całe rodziny
jego sąsiadów, a ponoć czasem nawet całe wsie. W oczach władzy ludzie ci byli tak
samo winni, bo nie donieśli w porę, pomimo wyraźnego obowiązku.
System przetrwał prawie tysiąc lat. Co prawda był podobno mocno osłabiony i niewydajny
w późnym okresie dynastii mandżurskiej, ale oficjalnie zniesiono go dopiero w 1949
roku. W dodatku źródła twierdzą, że pewne jego elementy przywracano zarówno za rządów
generalissimusa Czang Kaj-szeka, jak i podczas rewolucji kulturalnej. Mam nadzieję,
że nadal jesteście pod wrażeniem kultury politycznej, która przez tysiąc lat nakazywała
donosić władzy o każdym podejrzeniu pod groźbą śmierci własnej, bliskich i sąsiadów.
Nie starając się naiwnie psychologizować uważam, że musiało to zostawić jakiś ślad
w tamtejszej mentalności.
O zakupie; 28.07.2016
Przez kilka ostatnich lat chodziła za mną pewna książka. Pisałem o niej tutaj, ale miałem
dostęp tylko do małego kawałka, a nie do całości. Kłopotem nie było to, że tekst był po
angielsku, tylko to, że uważałem swoją sytuację finansową za dość niepewną. A to oznaczało,
że wszelkie zakupy zbędne odrzucałem z założenia, chociaż czasem serce mi się kroiło. Tym
bardziej, ze zdążyłem przywyknąć do myśli, że pan Robert van Gulik
jest prawdziwym guru w sprawach chińskich (i Dalekiego Wschodu w ogóle). A jednak uważałem,
że trzeba zaczekać na lepsze czasy.
Sytuacja zmieniła się jednak ostatnio na tyle, że doszedłem do wniosku, że teraz mogę
pozwolić sobie na drobne przyjemności. Jedną z nich miała być właśnie ta książka. Tymczasem
nie potrafiłem znaleźć angielskiej wersji (ten język znam najlepiej) i, ostatecznie,
zdecydowałem się na przekład francuski (skan okładki obok). Najwyżej będę pytać małżonkę,
która w tym narzeczu jest biegła. Śmieszne, że cena dostawy kurierem okazała się wyższa
od ceny książki.
O uzyskaniu nieśmiertelności; 30.07.2016
Według myślicieli taoistowskich droga jest jednoznaczna. Trzeba jednak pamiętać, że
to nie takie proste, bo mało jest wśród nas nieśmiertelnych, choć recepta jest znana
od dawna. Oto mamy dwie energie wszechświata: Yang i Yin. Jak wszystkim wiadomo, Yang
kojarzy się z ciepłem, suchością, jasnością i pierwiastkiem męskim, podczas gdy Yin
na odwrót: zimnem, mokrością, ciemnością i pierwiastkiem żeńskim. Podczas stosunku
heteroseksualnego mężczyzna otrzymuje od kobiety energię typu Yin, a oddaje jej tę
typu Yang. Pamiętać jednak trzeba, że Yin, jako energia związana z wilgocią (a więc
z wodą) gasi energię Yang (ciepłą, a więc związaną z ogniem). Dlatego mężczyzna powinien
pilnie baczyć, by zbyt częste stosunki z kobietą nie osłabiły jego Yang, bo to może
się dla niego skończyć fatalnie.
Pewnym ratunkiem dla mężczyzny, jeśli już faktycznie musi zażywać kobiet, jest powstrzymanie
się od wytrysku, przez co piecze dwie pieczenie na jednym ogniu: i ma swoją przyjemność i
nie traci cennego Yang znajdującego się w spermie. Jak powszechnie wiadomo, nasienie
krąży po całym organizmie mężczyzny i dopiero obcowanie płciowe sprowadza je kręgosłupem do
genitaliów, skąd zostaje przekazane poza organizm mężczyzny, powodując wyraźnie ujemny bilans
energii Yang. Dlatego zaleca się poważnie, aby powstrzymywać się od ejakulacji, tym
samym poprawiając ów bilans, pomimo korzystania z uroków ciała kobiety. Źródła podają
dokładne zalecenia, gdzie (i którą ręką) należy się w szczególnych momentach uciskać,
jak oddychać, używając przepony, w jaki sposób wytrzeszczać oczy (bardzo ponoć pomocne)
i jakie ruchy szczęką należy wykonywać, aby w chwili, gdy już wydaje się, że nie ma odwrotu,
jednak zapanować nad swoim ciałem.
To opanowanie jest otwartą bramą do dalszej szczęśliwości. Oto, jeśli uda się w ciągu
jednej nocy obcować z dwunastoma kobietami, wciąż powstrzymując się od wytrysku, to
mamy jak w banku, że na zawsze pozostaniemy zdrowi i piękni (nie wiadomo dokładnie,
co dzieje się, jeśli od początku piękni nie byliśmy). To jednak dopiero jedna siódma
tego, na co możemy się poważyć. Jeśli bowiem ktoś ma w sobie tyle energii Yang,
że będzie w stanie obcować jednym ciągiem z 93 (dziewięćdziesięcioma trzema) kobietami,
ani razu nie pozwalając sobie na wytrysk, ten uzyskuje nieśmiertelność. To ciekawe
zadanie, bo, założywszy pracę ciągłą, bez żadnych przerw i raptem dwadzieścia minut
na jedną kobietę, to otrzymujemy 93*20/60 = 1.860/60 = 31 (trzydzieści jeden) godzin
ciągłego wysiłku seksualnego. A jakie to zadanie logistyczne! Doprowadzić 93 kobiety
pod ten sam adres o właściwych godzinach. Skłonny jestem uwierzyć, że ktoś, kto może
sobie pozwolić na prawie półtoradniową erekcję pozwalającą na szczęśliwe zakończenie
takiego cyklu, ten faktycznie jest już nadczłowiekiem i zapewne zasługuje na
nieśmiertelność. Swoją drogą to śmieszne: żeby zostać nieśmiertelnym, wystarczą 93
baby i priapizm. W najpoważniejszych antycznych pismach chińskich nie ma ani słowa
o tym, co trzeba zrobić, żeby zostać nieśmiertelną, a jest się kobitką.
O prostytutkach najniższej rangi; 07.08.2016
Cudzoziemcy zaczęli poznawać Cesarstwo Chin właściwie dopiero w końcu osiemnastego i
na początku dziewiętnastego wieku, bo wcześniej zabraniano im wstępu. W zasadzie
wszystko, co tam zobaczyli, było inne od tego, do czego przywykli w domu. Rozglądali
się jednak pilnie, przesyłając swoim rządom możliwie drobiazgowe sprawozdania. Wynikało
z nich jednoznacznie, że Chiny to kraj wielki, bogaty i dziwny, ale europejskie
wyobrażenie o jego sile wojskowej jest nadmierne i przesadne. Zachęciło to rządy
państw europejskich do rozmów z Chinami, absolutnie zadufanymi w swoją złudną potęgę
i przewagę na resztą świata barbarzyńców, z pozycji siły. A jednak chciałbym opisać
krótko inne pole spostrzeżeń ówczesnych globtroterów - szpiegów.
Zauważyli oni bowiem, że nigdy nie byli świadkami tego, żeby mieszkańcy Państwa Środka
całowali się. Tę cechę silnej autokontroli zaraz opisano i stwierdzono autorytatywnie,
że pocałunki są kulturze chińskiej nieznane. I ta rewelacja poszła w świat. Minęło
ładnych parę lat i potrzeba było, aby w Chinach pojawili się cudzoziemcy, który nauczyli
się chińskiego i byli w stanie nie tylko obserwować, ale też czytać różne teksty (w
tym i całkiem nieprzyzwoite; nawet z uciesznymi rysunkami(*)) i rozmawiać z ludźmi.
Okazało się wówczas, że rzecz cała ma się całkowicie inaczej, niż sądzono na początku.
Oto zabawy typu "buzi-buzi" były Chińczykom (oprócz, oczywiście wielu innych) znane
tak jak wszystkim ludziom, od zawsze (pamiętać trzeba o tym, że wierzyli oni silnie w
to, że w płynach ciała znajduje się energia życiowa, a więc pocałunek sprzyja
przekazywaniu w ślinie takiej energii, czyli służy przedłużaniu własnego życia,
przynajmniej, jeśli jest się mężczyzną). Z tym, że akurat w Chinach uważano tę oznakę
wstępnego erotyzmu za tak silnie nieprzyzwoitą, że właściwie prawie tożsamą z kopulacją.
Dlatego nikt, o śladowej choćby przyzwoitości, nie odważał się na takie zachowania w
przestrzeni publicznej. Ba! Nawet we własnym domu (tak przy dziecku?) poza sypialnią
zamkniętą na cztery spusty. Ot, i wyjaśniła się sprawa. Całusy nie były Chińczykom
obce, tylko uważali, że nie każde miejsce jest dla nich właściwe.
Za to kolejne fale podróżników - badaczy przy odsłonięciu tajemnicy chińskich pocałunków
(a właściwie ich braku poza łóżkiem albo kącikiem miłości w ogrodzie nad sadzawką
porośniętą lotosem i pełną złotych rybek - ta druga opcja była, co prawda, tylko
dla ludzi majętniejszych) odkryły coś nieoczekiwanego, a dla dumy przybyszów zapewne
nieprzyjemnie bolesnego. Okazało się bowiem, że strona chińska także wyciągała mylne
wnioski z tego, co widziała wszak na własne oczy. Europejczycy nie przyjeżdżali do
Chin wyłącznie jako żołnierze, a więc zdarzały się przypadki, że zabierali ze sobą
swoje żony, partnerki, czy nawet kochanice. I zdarzało się, że te kobiety były swoim
mężczyznom za coś tam wdzięczne, więc cmok! z radości całowały ich w policzki w
całkowicie, jak dobrze wiemy, aseksualnym geście. Ale to tylko dla nas taki całusek
jest aseksualny. Chińczycy przecierali oczy i upewniali się, że barbarzyńcy są
całkowicie niemoralni niczym nieoswojone zwierzęta, a kobiety, które ze sobą przywieźli,
i z którymi tak się ostentacyjnie obnosili, to przecież prostytutki już nawet nie
jakiegoś gorszego, ale całkowicie niewyobrażalnie najniższego sortu. Bowiem najtańsza
nawet chińska prostytutka ceniła się jednak na tyle, że za żadne pieniądze nie
pozwalała na tak otwarte publiczne karesy, jak pocałunki na oczach innych.
(*) Z różnych powodów, które może kiedyś jeszcze opiszę, większość takich chińskich
erotycznych tekstów odnaleziono wcale nie w Chinach, tylko w Japonii.
O klawym życiu; 11.08.2016
Dynastia Zhou panowała około dziewięciuset lat, ale z tego ponad pięćset to były
czasy rozbicia państwa na mniejsze kraiki (w pewnym momencie było ich tyle, co pszczół
koło ula) albo tak już wielkiego osłabienia władzy centralnej, że znaczyła ona mniej
od woli możnowładców. Początek tej dynastii przypada mniej więcej dwadzieścia wieków
przed panowaniem naszego Mieszka I, więc aż dziw, że niemało wiadomości uchowało się
do czasów późniejszych. Ówczesny władca sporej części dzisiejszych Chin nie nosił
jeszcze tytułu cesarskiego, dodając sobie za imieniem słowo "wang", które tłumaczy
się jako "król".
Zaiste ciekawy jest opis dworu królewskiego z okresu wczesnej dynastii Zhou, ze
szczególnym wskazaniem na część kobiecą. Wydaje się, że przykładano szczególne znaczenie
do numerologii, łącząc ją z chińską teorią pierwiastków Yin i Yang. Ówczesne kręgi
wiedzy stały na stanowisku, że jasny, aktywny, męski, ciepły i suchy Yang musi być
nieparzysty. A skoro tak, to ciemny, pasywny, żeński, chłodny i mokry Yin mógł być
już tylko parzysty. Żeby niepotrzebnie nie denerwować Chińczyków prześlizgnijmy się
szybciutko ponad oczywistym faktem, że owa męska nieparzystość brała się z prymitywnego
przenoszenia erekcji do matematyki. Tym bardziej szybciutko, że nie do końca wiadomo,
do jakiego to niby miejsca starać się przypasować kobiecie tę tylko rzekomo dla niej
charakterystyczną parzystość, skoro nawet podrostki wiedzą, że owa sztandarowa męska
nieparzystość znajduje sobie w końcu ukojenie w równie nieparzystej żeńskości. A
skoro tak, to po omówieniu powyższych aksjomatów przejść trzeba do konkretnych konkretów.
Skoro stawiano na nieparzystość, to po pominięciu nieprzyjemnie parzystej dwójki
dochodziło się do szczególnej liczby nieparzystej: silnej, dumnej i męskiej trójki.
Zaś zdwojona trójka to już sam cymes, niczym sławetne w Chinach podwójne szczęście.
Dlatego kolejną ważną liczbą okazało się 3*3=9. Dalej to już nawet osoby prostolinijne
i niepodejrzliwe będą wiedzieć, jak to leci. Ależ tak! 3*9=27 oraz 9*9=81. Nie znalazłem
odpowiedzi na rodzące się automatycznie oczywiste pytanie, czemu to w tym szczególnym
ciągu zdecydowano się nagle zatrzymać, postanawiając przerwać tak ładnie rozwijająca
się zabawę (a mogło być tak ciekawie, skoro 3*81= 243). Może nie nadążała logistyka
obsługi dworu królewskiego, a może powodem było coś innego. Było nie było, bazując
na powyższej logice król posiadał: jedną (1) małżonkę, trzy (3) żony pierwszego sortu,
dziewięć (9) żon drugiego sortu, dwadzieścia siedem (27) żon trzeciego sortu i jeszcze
osiemdziesiąt jeden (81) konkubin i choć może nazwy rang poprzekręcałem, to liczby
podałem prawidłowo. Razem 1 + 3 + 9 + 27 + 81 = 121 kobiet, a więc rzeczywiście już
sporo; nawet jak na Daleki Wschód. Ciekawe, swoją drogą, czy starał się spamiętać
ich imiona?
Dużym ciosem dla poprawności politycznej jest informacja, że królowi nie zależało
wcale na jednakowo demokratycznym traktowaniu swoich kobiet. Okazało się bowiem, że
zwyczajowo powinien poświęcać więcej czasu kobietom niższych rang (z obowiązującą
zależnością: im niższa ranga kobiety, tym częstsze zaszczycanie jej łóżka przez króla),
kopulując z nimi, aż trzeszczało po całym pałacu, zaś do łożnicy pierwszej i
najoficjalniejszej małżonki wstępując nie częściej niż raz na miesiąc. Przy tym nie
chodziło, niestety, o żadne wyrównywanie szans, czy temu podobne banialuki naszych
czasów.
Wierzono silnie, że mężczyzna w trakcie stosunku przejmuje od swojej partnerki (wraz
ze śliną, choć niekoniecznie tylko z nią) energię Yin. I tu trochę jestem, przyznaję,
skonsternowany, bo przecież czytałem własnymi oczyma o tym, że w Chinach wierzono, że
nadmiar mokrego Yin może być dla mężczyzny wręcz niebezpieczny, gasząc jego suche
Yang. Albo jednak (1) coś źle zrozumiałem, albo (2) wraz z upływającymi wiekami
zmieniało się rozumienie tego problemu, albo (3) istniał tu jakiś wygodny dla
zainteresowanych dualizm, albo (4) furtką byłaby tu propagowana przez mędrców metoda
zapobiegania utracie spermy. Nie próbując w tej chwili znajdować na te pytania odpowiedzi
śpieszę poinformować, że za czasów dynastii Zhou miał ponoć panować pogląd, że wraz
z płynami kobiety jej energia Yin trafia do męskiego żołądka i tam przemienia się
cudownie w energię Yang, jakże niezbędną dla zdrowia mężczyzny. W ten sposób
hasając, ile tylko wlezie, król kumulował w sobie coraz więcej energii pobranej od
swoich bab, aż stawał się nią naładowany niczym, nie przymierzając, butelka lejdejska
elektrycznością. I w t e d y szedł, ociężały i buzujący energią, aż zapewne dymiło
i iskrzyło, do swej małżonki w celu wyładowania, żeby postarać się spłodzić z nią,
tak potrzebne do zapewnienia ciągłości dynastii, jak najsilniejsze dzieci z
najprawowitszego w całym państwie łoża. Jest to najlepszy dowód na to, na jakie
poświęcenia jest gotowa [każda] władza, żeby zapewnić państwu bezpieczeństwo i dobrobyt!
O chwalebnym braku zalet u kobiet; 15.08.2016
Pani Cao młodo owdowiała i nie zdecydowała się na powtórne zamążpójście. Często mówi
się o niej jako o pani Ban Zhao, bo pod takim mianem się urodziła, zaś "Cao" to
było nazwisko jej męża, za którego wyszła w wieku czternastu lat, co jest kolejnym
dowodem na powszechność pedofilii w antycznych Chinach. Pochodziła z bardzo dobrej
i uczonej rodziny, odebrała głębokie i staranne wykształcenie i nawet, pomimo marnej,
przecież, płci była powszechnie uważana za uczoną erudytkę, skoro dokończyła oficjalne
dzieło zmarłego brata, który, z kolei, był historykiem i pisał wielotomową historię
dynastii Han. Kiedy w czcigodnym wieku zmarła w 116 roku n.e. dwór cesarski przywdział
białe szaty na znak żałoby, a to już o czymś świadczyło.
Sama z siebie napisała książkę pod tytułem "Lekcje dla kobiet", znaną też jako
"Napomnienia dla kobiet". Opisała w niej to, co dotyczyło słabej płci w Chinach
jej czasów, ze szczególnym naciskiem na obowiązki. Przez prawie dwa tysiące lat
wykształceni mężczyźni z lubością powoływali się na to dzieło, wskazujące na podrzędną
rolę kobiety. Tak na marginesie - w ogóle chińscy uczeni najwyraźniej bali się kobiet,
bo przez długie wieki rozwijali dziwaczne wizje całkowitego oddzielenia świata mężczyzn
od świata kobiet. Jedynym punktem wspólnym miały być krótkie odwiedziny przez męża w
celach seksualnych, zaś poza tym preferowano swoisty apartheid i w myśl tych, moim
zdaniem, dziecinnych marzeń ludzi uczonych nawet do umierającego mężczyzny jego kobiety
nie powinny być dopuszczane, bo po co. Oczywiście, wizje uczonych to jedno, a życie to
drugie.
W "Napomnieniach dla kobiet" pani Cao pisze rzeczy tak skrajne, że dzisiaj można
się doprawdy zastanawiać, czy była to literatura serio, czy też może autorka zakpiła
sobie ze wszystkich. A przecież znawcy zgodnym chórem twierdzą, że było to dzieło
poważne i wręcz dydaktyczne. Służę przykładem. Oto w rozdziale czwartym (o kobiecych
kwalifikacjach) szanowna pani Cao pisze o czterech najważniejszych kobiecych zaletach.
Czyli o: kobiecej wiedzy, kobiecym języku, kobiecym wyglądzie i kobiecych zdolnościach.
No i, ku zdumieniu współczesnych (a zwłaszcza, jak mogę tylko podejrzewać, feministek),
czcigodna pani Cao pisze, że "jak chodzi o wiedzę kobiecą, to kobieta nie potrzebuje
być jakaś szczególnie mądra, w sprawach wymowy nie musi być szczególnie biegła, w sprawach
wyglądu nie potrzebuje być ani ładna, ani elegancka, zaś jak chodzi o talenty, to
kobiecie wystarczą zupełnie takie przeciętne".
Skoro napisała to sawantka, to mędrcy chińscy natychmiast to podchwycili i zaczęli
propagować, uważając za wodę na ich młyn. Według nich kobieta mogła być głupia i
brzydka. Wystarczyło, że miała leżeć i wydzielać z siebie dużo płynów, by uczony
mężczyzna zechciał je wchłaniać, aby zapewnić sobie długowieczność (uczony, bo nie
mówimy tu przecież o chamstwie, żołnierzach i prostakach, którzy nie zbliżali się
do kobiet w celu zapewnienia sobie długowieczności, tylko z czystej żądzy, albo -
czy można tak zupełnie wykluczyć? - miłości). Jeśli, przy okazji, mędrzec zbliżyłby
się do niej, pilnie licząc pchnięcia płytkie i głębokie (jeden, dwa, trzy, ... osiemdziesiąt
jeden!), to tym samym zbliżałby się do długowieczności, o ile tylko byłby był wiedział
kiedy i gdzie uciskać się palcami lewej ręki, aby dla jakiejś głupiej baby nie pozbawić
się cennego nasienia, zawierającego energię Yang. No to faktycznie - przy takim
postrzeganiu roli kobiety żadne jej zalety nie wydawały się konieczne, a właściwe aż
dziwne, że ona sama była elementem niezbędnym uczonemu, skoro taka, dajmy na to, owca
też zapewne miała w sobie energię Yin, a nie trzeba jej było ani kosztownie ubierać,
ani słuchać tego piskliwego kobiecego paplania o niczym, jakże denerwującego
zagłębionego w rozmyślaniach mędrca.
Nigdy nie rozumiałem mędrców chińskich. Nigdy też nie identyfikowałem się z chińskim,
banalnie tam powszechnym, marzeniem o nieśmiertelności (nieśmiertelności mężczyzn, bo
kobiety w antycznych Chinach nie liczyły się w ogóle). Ale czegóż wymagać od barbarzyńcy,
którym, niewątpliwe, jestem.
O wpływie pęcherza na język; 21.08.2016
Władca ten znany jest jako "cesarz Ai z dynastii Han" [Han Ai Di], co pozwala mniemać
osobom, które powierzchownie liznęły troszkę chińskiego, że chodzi o kogoś, kto przywiązywał
wielką wagę do miłości. Domniemanie to okazuje się słuszne, chociaż droga wiodąca doń poprzez
słowo "ai" (znaczące "kochać") jest, niestety, całkowicie mylne, bo opierające
się na homofonie. Owszem, "kochać" to po chińsku "ai", ale przecież "ai" w
nazwisku tego cesarza pisze się zupełnie innym znakiem i oznacza "smutek". To jakże to?
- zawoła, wpuszczony tym samym w maliny, czytelnik - oficjalne miano tego władcy to zatem
"Cesarz Smutek z dynastii Han?".
Dotknęliśmy właśnie problemu chińskich nazwisk. Być może czytelnik przywiązany do tego
bloga pamięta, że już kiedyś o tym pisałem: w dawnych czasach Chińczyk zmieniał co
chwila swoje miano w zależności od okresu życia. A już u cesarzy rozbuchane to było
na całego, bo do zwykłych zmian za życia dodawano im jeszcze specjalne imię już po
śmierci, pod którym mieli istnieć w historii. Co więcej, imię pośmiertne miało wersję
najoficjalniejszą (długą) oraz skróconą (zapewne dla tępego ludu). No i ten cesarz w
pośmiertnej wersji krótkiej nazywał się Han Ai Di (Cesarz Smutek z dynastii Han), zaś
w wersji długiej Han Xiaoai Di (Cesarz Synowski Smutek z dynastii Han). Tymczasem
wiadomo, że urodził się jako zwykły Liu Xin w rodzinie księcia (ale przecież nie
cesarskiej).
Gdy był jeszcze małym chłopcem odumarł go ojciec, a na wychowanie półsieroty wielki
wpływ wywarła wyjątkowo władcza babka. Gdy Liu Xin został przedstawiony (jako
kilkunastoletni młodzieniec) wujowi, zrobił na nim tak dobre wrażenie swoją postawą,
umiejętnościami i wiedzą, że ten postanowił go usynowić. Był to bardzo poważny uśmiech
losu, bo wuj nie miał własnych dzieci, a z zawodu był tam cesarzem.
Podejrzewa się, że wuj przedawkował afrodyzjaki z pozytywnej chęci, aby jego liczne
kobiety nie marnowały się leżąc odłogiem i zmarł nagle. Z tego właśnie powodu Liu Xin
został cesarzem w wieku dwudziestu lat. Okazało się od razu, że ma na głowie wiele
kłopotów, o których istnieniu nie mają pojęcia zwykli ludzie. Musiał bowiem radzić
sobie ze stadem starzejących się kobiet, z których każda chciała nosić tytuł "Cesarzowej
Wdowy". No bo tak: jego własna matka (nie miała do tego tytułu żadnego prawa),
wdowa po wuju-cesarzu, matka wuja i jeszcze jedna pani starsza, co do której nie
jestem pewien skąd się wzięła, ale nie ma to żadnego znaczenia dla głównego wątku tej
opowieści.
Poprzednicy na tronie byli, delikatnie to ujmując, takimi sobie cesarzami i dlatego
właśnie młodego cesarza powitano z wielkimi oczekiwaniami ukrócenia klientelizmu,
nepotyzmu, korupcji, bezczelności, niesprawiedliwości i wielu temu podobnych grzechów
pleniących się normalnie przy władzy. Przykro to powiedzieć, ale nie sprostał żadnemu
z tych zadań, bo za jego rządów sytuacja nie to, że się nie poprawiła, ale na odwrót -
pogorszyła się już zupełnie haniebnie
Minęło kilka lat i cesarz zapragnął wybrać się na przejażdżkę. Los sprawił, że jego
dostojne oko (miało 24 lata) spoczęło na młodym i świeżym nadzorcy koniuszych stajni
cesarskiej. Nie minęło wiele czasu i ów młodzian (miał wówczas 20 lat) został
najbliższym przyjacielem władcy.
Nazywał się Dong Xian i pochodził z niebogatej, ale niezłej rodziny. Dlaczego niezłej?
Ano dlatego, że była w stanie utrzymywać syna uczącego się trudnej sztuki pisania, bo
będąc analfabetą nie można było dostąpić zaszczytu zatrudnienia w biurokracji pracującej
dla cesarza. Dobrze to także świadczy o umysłowości młodego człowieka, że piął się po
szczeblach kariery; w dodatku już w tak młodym wieku.
Cesarz obsypywał swojego kumpla deszczem łask. Sypiał z nim w jednej sypialni (żeby nie
było nieporozumień: zarówno cesarz miał już swoje, przysługujące mu z racji tytułu,
żony na tuziny, jak i Dong Xian też był żonaty), nadał jego ojcu tytuł szlachecki i
uczynił ochmistrzem dworu, wziął sobie jego siostrę za najwyższą konkubinę (nr 2 w
hierarchii bab cesarskich, tuż za cesarzową), dał żonie przyjaciela prawo wchodzenia
do komnat cesarskich o każdej porze, później wyznaczył im część swego pałacu, później
kazał w sąsiedztwie zbudować dla nich drugi wspaniały pałac (nie gorszy od cesarskiego),
wreszcie kazał mu zbudować grobowiec tuż obok własnego (mieli po dwadzieścia parę lat!),
co świadczy doprawdy o wielkim zaangażowaniu cesarza. Nie mówiąc już o potokach złota,
dostawach najpiękniejszego oręża, koni, drogocenności, sprzętów i mianowaniu Donga
głównodowodzącym wszystkich wojsk całego cesarstwa. Można było dostać zawrotu głowy.
Co ciekawe, nawet niechętne źródła twierdzą dość zgodnie, że faworyt nadal nosił się
dość skromnie, czym wyróżniał się spośród innych dworaków.
Cesarz szukał sposobności, aby także Dong Xiana uczynić księciem, ale to stało się
możliwe dopiero po aferze, w której zwolnił się stołek po jednym księciu oskarżonym
fałszywie o czary. Wszystkie głosy niechętne przyjacielowi cesarskiemu ten ostatni
zamykał definitywnie już to każąc poderżnąć takie wraże gardła, już to degradując
oszczerców i zsyłając ich na prowincję. Wydawało się, że Dong chwycił Pana Boga za
nogi i ma przed sobą świetlaną przyszłość. Niestety! Rzeczywistość okazała się zupełnie
inna, bo w trzecim, czy może czwartym roku tej sielanki (cesarz miał wówczas 27 lat,
a Dong 23) młody cesarz zmarł nagle bezpotomnie. Były już faworyt, a wciąż głównodowodzący
wojsk, zgłupiał na tyle, że przyczaił się w swoim pałacu i (chyba) pragnął przeczekać
burzę. Tymczasem do gry weszła jedna z czterech Cesarzowych Wdów (ta z rodziny Wang),
która wtargnęła do pałacu cesarskiego, przejęła insygnia władzy (wielką pieczęć
cesarstwa), zdymisjonowała Donga, uzyskała poparcie wojska, wyznaczyła kolejnego
małoletniego cesarza spośród szeroko rozplenionej rodziny oraz mianowała (swojego
kuzyna) Wang Manga regentem i opiekunem nowego cesarza do czasu jego pełnoletniości
(warto zapamiętać to nazwisko, bo to jedna z bardziej zdumiewających postaci w historii
Chin). I WTEDY naiwny Dong Xian zrozumiał, że przegrał z kretesem i popełnił kolejnej
nocy samobójstwo wraz z żoną. Żeby uzmysłowić czytelnikowi, w jakich to było czasach,
można wspomnieć, że zaledwie rok po tych wydarzeniach w dalekiej Palestynie przyszedł
na świat Jezus Chrystus.
Tym ciekawsze jest to, że to od tamtych czasów przetrwał w języku chińskim zwrot
określający typowo chińską peryfrazą skłonności homoseksualne (namiętność odciętego
rękawa [斷袖之癖; duan xiu zhi pi]). Oto któregoś dnia w tamtych
pięknych czasach, które odeszły bezpowrotnie, cesarz przebywał wraz ze swym faworytem
w cesarskich komnatach i zasnęli tam "na jednej macie". W pewnym momencie cesarz
obudził się i poczuł, że musi wstać. Nie wiadomo dokładnie, czy był to zew pęcherza,
czy ktoś ze służby odważył się zakłócić spokój władcy, donosząc mu o jakimś szczególnie
ważnym incydencie wymagającym jego obecności. Faktem jest jednak to, że cesarz zapragnął
wstać z łóżka, a tu jeden z jego szerokich, cesarskich rękawów spoczywał pod głową
słodko śpiącego druha. Co tu począć? Cesarz nie chciał budzić przyjaciela, więc
zdecydował się odciąć ten rękaw, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: on mógł
wstać, zaś Dong Xian mógł dalej spać.
O umywaniu członków; 26.08.2016
Znalazłem opisy szczególnej mody w antycznych Chinach i jestem zafrapowany szczegółami.
Oto gdy mężczyzna odczuł, będąc pod dachem, tak zwaną potrzebę małą i odchodził na stronę,
aby opróżnić pęcherz, to szła tam z nim służąca lub nawet i kobieta wyższego statusu,
jeśli on był nie byle kim. Chodziło o sprawy czysto higieniczne, bo podawała mu wodę
do obmycia rąk. Zdarzało się tak, że robiła to na klęczkach, ale, doprawdy, nie wiem,
czy była to postawa obowiązująca zawsze, czy tylko wobec grubych ryb. Jeśli mężczyzna,
umywszy dłonie, prysnął tą wodą w twarz kobiety, to była to bardzo otwarta aluzja do
tego, że chciałby ją przelecieć. A to dlatego, że woda była w tamtych czasach symbolem
miłości fizycznej poprzez oczywistą dla Chińczyka analogię (deszcz i burza), służącymi
zwykle się nie przejmowano i nie traktowano takiego związku poważnie, zaś miłe dla oka
liczko i skojarzenie go z tym, co przed chwilą dzierżyło się w dłoni dawało takie, a
nie inne asocjacje. Higiena to jednak potęga! I znowu nie wiem, czy normą była konsumpcja
chwilowego związku na miejscu, czy jednak, przy znanej pruderyjności lubieżnych ludzi
Dalekiego Wschodu, umawiano się w jakimś ustronnym miejscu. W końcu, wszystko jedno.
W tym konkretnym opisie, który mnie tak zaciekawił, sikającym był nie byle kto, bo sam
cesarz. Dlatego służąca, która miała podawać mu misę z wodą, była bardzo, ale to bardzo
przejęta. Z nieznanych powodów (może kobieta była tak piękna? A może cesarz tak pijany,
że drżały mu ręce?) cesarz zapaskudził swoje szaty. "Och, panie" - zawołała
służąca, pokazując całą sobą, że pragnie mu służyć teraz i zawsze - "pozwól, że Ci
je wyczyszczę". I tu nastąpił zupełnie niespodziewany zwrot tej akcji pod pisuarem.
"Bynajmniej, bynajmniej" - odparł szarmancko cesarz - "to będzie mi przypominać
ciebie". I odszedł, pozostawiając oszołomioną służącą całą miękką z wrażenia. Cesarz
ją zapamiętał! No i prawda - zapamiętał ją i to tak dobrze, że wkrótce wezwano ją do
prywatnych komnat cesarskich, gdzie została bardzo gruntownie sprawdzona, co spowodowało,
że została w końcu cesarzową Xiaocheng [czytać: Siaoczeng; uwaga: wszystkie "si",
"sia", "siu" i temu podobne sylaby tu i w następnych słowach trzeba czytać
jak w słowach "sikora" albo "siatka"].
W rzeczywistości sprawy miały się zupełnie inaczej, a opowieść o zasikanych szatach
cesarza nie musi wcale być prawdziwa. Bohaterem tej historii był więc cesarz Han
Cheng Di (cesarz Cheng z dynastii Han; z domu nazywał się Liu Ao - to ten sam, który
adoptował cesarza Ai, o którym była poprzednia opowieść). Matką cesarza Chenga była
późniejsza Cesarzowa Wdowa Wang, która wyznaczyła jeszcze dwóch kolejnych cesarzy
oraz doprowadziła do wzrostu znaczenia swojego bratanka, Wang Manga (który, z kolei,
obalił na chwilę dynastię Han i starał się założyć nową, zwaną niewymyślnie Xin [xin =
nowy, nowa; czytać: sin]). Cesarz rządził już ze dwanaście lat, a sam liczył
trochę ponad trzydziestkę, gdy udał się z wizytą do swojej siostry, księżnej Yang'a.
I tam ujrzał cudnej urody dzieweczki, dwie siostry - tancerki, które zawładnęły jego
obszernym sercem, bo niby dlaczego Najwyższy Władca miałby zadowalać się pojedynczą
kobietą? Jedna z nich nazywała się Zhao Feiyan [czytać: Czhao Fejjan], zaś druga
Zhao Hede. W chwili tego spotkania Zhao Feiyan miała około 14 lat, zaś o jej siostrze
wiadomo tylko tyle, że "była młodsza". Piszę tu od dawna z przekąsem o starożytnej
chińskiej skłonności do pedofilii, podczas gdy podobno antyczni Chińczycy uważali,
że kobieta jest dojrzała (po pierwszej miesiączce) w wieku "dwakroć po siedem lat",
zaś mężczyzną zdolnym do wytrysków chłopiec stawał się w ich oczach w wieku "dwakroć
po osiem lat".
Tak więc cesarz upodobał sobie wiotką starszą siostrę ("Feiyan" oznacza tyle, co
"latająca jaskółka") i jej młodszą siostrę. Obydwie pochodziły z ubogiej
rodziny służących, których nie stać było na wychowywanie córek. Dlatego w przypadku
starszej porzucili ją podobno tuż po urodzeniu i dopiero po trzech dniach, ujrzawszy,
że wciąż żyje, postanowili jednak zabrać z powrotem do domu. Widocznie była twarda.
Ostatecznie obydwie zaadoptował bogaty pan Zhao, którego nazwisko przyjęły. Opłaciło
to mu się bardzo, bo po latach został obdarowany wysokim tytułem szlacheckim w chwili,
gdy cesarz pojmował Zhao Feiyan jako cesarską małżonkę. No bo przecież cesarzowa nie
mogła pochodzić z byle jakiej rodziny, a tak miała już ojca arystokratę i problem
pochodzenia został w ten pokrętnie chiński sposób szczęśliwie rozwiązany.
Ze swoją skłonnością do kategoryzowania wszystkiego, co się rusza, Chińczycy ukuli
jeszcze jedno czterosylabowe przysłowie (tzw. chengyu; mają ich, przypominam, co
najmniej kilka tysięcy), które brzmi: "huanfei yanshou = Huan pulchna, (Fei)yan wiotka",
a które - przynajmniej według nich - wyjaśnia wszystko. Czytelnik wie więc już, kim
była "Feiyan", zaś jeśli chodzi o "Huan", to przecież sprawa jasna, jak
słońce. Wszak konkubina cesarza Xuanzonga [czytać: Siuandzunga] z dynastii Tang,
niejaka Yang Guifei, była przy kości. To dlaczego "Huan"? No, bo przecież ta
konkubina, jedna z czterech najpiękniejszych kobiet Chin, zmieniła imię, a to jej
pierwsze, przed zmianą, brzmiało "Yuhuan". Rozumiem, że teraz rozwiałem
wszelkie wątpliwości, a gdyby jednak nie, to zapraszam do przeczytania nieco
starszego tekstu na ten temat.
Ze trzy lata zabrało cesarzowi przekonanie matki, że musi pojąć za cesarzową kobietę
tak niskiego pochodzenia i tak podejrzanej profesji (tancerka!). A przy okazji także
panna Zhao Hede została cesarską żoną wysokiej rangi, bo też mu się podobała. Obydwie
siostry knuły z zapałem różne pałacowe spiski i udało im się obalić ze dwie inne
żony cesarza, oskarżając je o czary. Sielanka trwała i jedynym kłopotem był brak
syna cesarza. Pomimo bowiem częstych wizyt w sypialniach sióstr Zhao cesarz nie
doczekał się z ich łon upragnionego dziedzica. W późniejszych wiekach niechętni
komentatorzy pisali, że obydwie kobiety cudzołożyły, jeśli można to tak określić,
ile wlazło z mężczyznami, którzy byli już ojcami kilku zdrowych synów z innymi
kobietami, jednak nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. To zresztą, prawdopodobnie,
historie dopisywane post factum dla podbudowania z góry założonej tezy o ich upadku
moralnym. Za to prawdziwe podobno są nieprzyjemne głosy, że młodsza siostra przyczyniła
się do śmierci dwóch prawowitych dziedziców cesarza zrodzonych z innych żon tudzież
do zmuszenia tych kobiet do popełnienia samobójstwa. Miało to podobno mieć miejsce
za cichą zgodą samego cesarza, który ochłódł teraz w swej miłości do cesarzowej
Xiaocheng (bo tak teraz nazywała się Zhao Feiyan) i przeniósł swoje uczucia na
młodszą siostrę, Zhao Hede, dla której był gotów na każde wyrzeczenie. Siostry zaś,
po krótkim okresie spięć, doszły do porozumienia i rządziły dworem ręka w rękę.
Zhao Hede miała być skończoną pięknością, na widok której wielu mężczyzn wpadało na
dworze cesarskim w zamyślenie, a kobiety drżały z bezsilnej zazdrości. Już po wszystkim
zbudowano legendę o tym, jakoby pewna wiekowa dwórka, ujrzawszy młodszą z sióstr, miała
doznać olśnienia i wieszczyła, że ta cała Zhao Hede to "źródło nieszczęścia, które
zgasi ogień". Tę hiobową informację może zrozumieć jedynie Chińczyk, który wie od małego,
że ogień był symbolem dynastii Han. Prędko stało się to, zresztą, kolejnym wyrażeniem
idiomatycznym języka chińskiego (红颜祸水 hóng yán huo shui),
ale dam już sobie spokój i nie będę rozbudowywał tej notki ponad miarę. Dlatego
pominę także opis pałacu, który wybudował dla młodszej z sióstr cesarz, a który to
budynek okapywał rozrzutnym bogactwem.
I znowu niechętni piszą, że młodsza siostra tak bardzo pompowała cesarza afrodyzjakami,
że ten zmarł dość młodo w wyniku przedawkowania, choć zapewne szczęśliwy (miał raptem
44 lata, co mogło, ale nie musiało natchnąć naszego wieszcza). Przerażona dochodzeniami
w sprawie rzekomej śmierci przynajmniej dwóch następców tronu oraz samego cesarskiego
małżonka Zhao Hede popełniła samobójstwo. Po śmierci cesarza Zhao Feiyan została
Cesarzową Wdową i udało jej się pozostać przy życiu, bo była w świetnych stosunkach
z babką kolejnego, nowego cesarza (która natychmiast zażądała od niego, by uczynił
ją Cesarzową Wdową, stąd ich pokaźna liczba w ówczesnych Chinach). Za to rodzina
byłej tancerki została wygnana ze stolicy, pozbawiona majątków i tytułów szlacheckich,
żeby lud mógł snuć bajdy o sprawiedliwości. Gdy zaś, po kilku latach, nagle zmarł
ten nowy cesarz (Han Ai Di), dosięgła ją mściwa sprawiedliwość (sprawiedliwa mściwość?):
oto najpierw pozbawiono ją tytułu Cesarzowej Wdowy, degradując do uwłaczającego miana
prostej "cesarzowej Xiaocheng", później stwierdzono, że nie przysługuje jej żaden tytuł,
a ona sama, żeby się do czegoś przydać, będzie strażniczką przy grobie nieboszczyka
męża. Tego już nie zniosła i, jak zapewne oczekiwano, popełniła samobójstwo.
O roli noża w ciągłości dynastii; 02.09.2016
Kilka moich ostatnich tekstów wspominało o czasach dynastii Han. I, właściwie, w
każdym z nich występował niejaki Wang Mang. Pisałem, że warto zapamiętać to nazwisko,
bo ów człowiek był zjawiskiem szczególnym w historii Chin. Był bowiem śmiałkiem, który
starał się założyć nową dynastię. Tyle tylko, że mu to nie wyszło. I dlatego, zamiast
zapisać się w historii jako założyciel kolejnej dynastii, został okrzyknięty uzurpatorem.
Jedyny dostępny badaczom opis jego rządów pochodzi spod pędzelków ludzi o wrogim doń
nastawieniu, a późniejsze oceny jego panowania mają wielki rozrzut, bo jedni wychwalają
go pod niebiosa, zaś drudzy oskarżają o całe zło wszechświata. Jedni twierdzą, że był
konfucjańskim reakcjonistą, podczas gdy drudzy są skłonni przysięgać, że to był
pierwszy socjalista. Co z tego, że na tronie?
A przecież postanowiłem nie opisywać szczegółowo całego okresu rządów Wang Manga, tylko
skupić się na maleńkim poletku związanym z oskarżeniem go o otrucie prawowitego cesarza.
Argumenty, z którymi się spotkałem w tej sprawie, są dla mnie tak niesamowicie odmienne
od naszego sposobu rozumowania, że chciałbym podzielić się tym odkryciem z innymi.
Może więc ktoś wciąż jeszcze pamięta, że gdy umierał młodo cesarz Ai, próbował ostatnim
tchnieniem zobowiązać dwór do ogłoszenia cesarzem swojego kochanka. Tu wkroczyła Cesarzowa
Wdowa z rodu Wang, która praktycznie przejęła władzę, doprowadziła do samobójstwa owego
kochanka, przejęła insygnia cesarskie, ogłosiła rozpoczęcie panowania kolejnego cesarza
(młodocianego) z władającej Chinami od kilku pokoleń rodziny Liu oraz złożyła władzę
równoważną regencji w ręce swojego siostrzeńca (a może bratanka, nie chce mi się sprawdzać),
czyli właśnie Wang Manga. Po kilku latach ów młody cesarz zmarł w (ponoć) dość podejrzanych
okolicznościach, a po kilku kolejnych latach Wang Mang ogłosił się cesarzem, który założył
dynastię Xin.
Cóż prostszego, jak oskarżyć go o to cesarzobójstwo, skoro aż się palił do zasiąścia na
stolcu? Tymczasem nie brak poważnych głosów mówiących o niewinności Wang Manga w tej
kwestii. Ważną sprawą jest to, że jego córka była oficjalnie zaślubioną małżonką tego
młodocianego cesarza. A skoro tak, to cesarski teść mógł spokojnie spodziewać się, że
jeszcze przez długie lata będzie mieć wpływ na sprawy kraju, zaś ostatecznie to jego
wnuk zasiądzie na tronie jako kolejny cesarz. Po cóż więc miałby truć cesarza, skoro
wszystko szło po jego, Wang Manga, myśli, a cesarzostwo jeszcze nie mieli dzieci, bo
byli nieco za młodzi?
I tu znalazłem trop, który mógł powstać tylko na Dalekim Wschodzie. Trop, który wydaje
się niedorzeczny, ale został wyartykułowany przez ludzi z tamtego kręgu kulturowego, więc
musi być przez nich postrzegany jako rzeczowy i prawdopodobny. Chodzi mianowicie o
politykę monetarną Wang Manga.
Za jego rządów wypuszczono kilka rodzajów nowych monet. Ich mnogość przeraziła prosty
lud, który nie chciał ich używać, bo przywykł był do monet Hanów. Jeden typ tych monet
był szczególny, bo bito je w formie małych noży ze specjalnym napisem. No i to miałby
być właśnie ów argument za niewinnością Wang Manga w sprawie śmierci młodego cesarza.
Czytelnik wciąż nie rozumie, o co chodzi? No i dobrze, bo nie pochodzi z Dalekiego
Wschodu, więc nawet nie powinien. Postaram się poniżej przedstawić tok rozumowania
zwolenników tego poglądu.
Monety w kształcie noża można, jeśli już ktoś tak bardzo musi, zobaczyć tutaj. Ich
chińska nazwa (dosłownie: pieniądz nożowy) pokazana jest na załączonym rysunku pod numerem 1.
Słowo "nóż" widać pod numerem 2. A pod trójką mamy znak, który znaczy już to "złoto",
już to "metal". Widać wyraźnie, że znak spod trójki stanowi lewą część prawego znaku w
komórce nr 1. Ale to nie wszystko! Kolejni cesarze (licząc w to również tego młodzianka,
który był zięciem Wang Manga i zmarł w wieku około 14 lat) pochodzili z rodziny Liu.
A to nazwisko pisało się tak, jak pokazano pod numerem 4. "Pisało się", bo po roku 1949
nowa władza Chin wprowadziła tak zwane uproszczone formy pewnych znaków (zbyt trudnych
ponoć dla prostego ludu) i obecnie formą obowiązującą w ChRL jest ta spod numeru 5. Niezbyt
podobne, prawda? Było, nie było, jeden rzut oka na znak spod numeru 4 wyjaśnia wszystko.
Co, że niby przeceniam czytelnika? No, dobrze - proszę spojrzeć na komórkę numer 6. To
jest dokładnie ten sam znak, co pod numerem 4. Może troszkę większy oraz ładniej i
zamaszyściej napisany. Własnoręcznie pokolorowałem pewne jego części składowe, żeby
było dokładnie widać, o co chodzi. Na czerwono zaznaczyłem znak "dao" (nóż) - proszę
porównać go ze znakiem spod nr 2 oraz z lewym znakiem spod numeru 1. A na zielono
zaznaczyłem znak "jin" (złoto, metal) - czyli znak spod numeru 3 oraz lewa
część drugiego znaku spod numeru 1. Jaśniej już się tego wytłumaczyć nie da.
Rozumowanie obrońców Wang Manga idzie bowiem takim oto torem. Regent kazał produkować
"pieniądze w kształcie noża". W nazwie takiej monety jest znak "nóż" oraz (jako składowa)
znak "metal". To MUSI się przecież każdemu człowiekowi kojarzyć nieodparcie z nazwiskiem
LIU, zapisywanego znakiem, w skład którego wchodzą przecież właśnie te znaki ("nóż",
"metal"). Czyli - jest to dość otwarcie natrętna propaganda za rodziną Liu, a więc za
dynastią Han. A skoro tak, to oskarżanie Wang Manga o otrucie zięcia nie ma podstaw.
O roli kobiety w życiu mędrca; 17.11.2016
Królestwo Chu istniało w południowej części Chin mniej więcej za czasów mało udokumentowanych
poprzedników naszego Mieszka I. Określenie "królestwo" jest tu nieco na wyrost, bo
tylko jego pierwszy władca używał tego tytułu, a już kolejnych kilku satysfakcjonowało
się tytulaturą niższej rangi, nie mogąc uniknąć przewagi sąsiednich państw. Gdzieś
tak czterdzieści lat temu rozkopano mogiłę przypisywaną królowi Ma Yin (853-930),
w której znaleziono dobrze zachowane mumie i niezmiernie ciekawe obiekty kultury
materialnej. I niczego nie zmienia tu fakt, że ponoć pomylono się zupełnie, bo
akurat ten król z tym grobowcem nie miał nic wspólnego (ostatecznie znalezisko
okazało się o ponad tysiąc lat starsze). Pomimo to znalezisko jest znane pod nazwą
"Mawangdui", czyli "grobowiec [dui] króla [wang] Ma".
Właściwie trzeba mówić o zespole grobowym, bo obiekt mieścił aż trzy indywidualne
groby, z których dwa dotrwały do naszych czasów w całkiem niezłym stanie, a trzeci
został kilkukrotnie obrabowany. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, to zawsze może
odbyć wirtualną wycieczkę po Muzeum Prowincji Hunan.
Przy odrobinie opanowania i silnej woli (wszystkie napisy są, niestety, po chińsku)
znajdzie widok mumii pani Dai, która ma ponad dwa tysiące lat - na parterze, w lewym
dolnym rogu planu grobowca. Lojalnie ostrzegam, że na starszych komputerach strona
może otwierać się dość długo.
W grobowcach znaleziono wiele przedmiotów codziennego użytku ówczesnych warstw wyższych,
a także jedne z najstarszych zachowanych w Chinach teksty klasyczne. Pomiędzy nimi
znajdował się Heyinyang (Złączenie Yin i Yang), traktat medyczny poruszający
ważką sprawę używania kobiet. Nie pomyliłem się, pisząc "używania", bo głupio zakochany
to mógł być jakiś bezmyślnie trwoniący swą spermę młokos, albo tępy i brudny poganiacz
bawołów, ale nie mędrzec skoncentrowany na swoim zdrowiu. Taki mędrzec pasł się bowiem
złudną ideą dożycia wieku nadzwyczaj podeszłego (najlepiej w setkach lat), a w tym
(między innymi) miało mu pomagać prowadzenie rozumnego i ściśle skodyfikowanego życia
seksualnego. W którym, powiedzmy to sobie od razu otwarcie, odczucia i marzenia
kobiet nie liczyły się nawet na jotę, bo kobiety były tu traktowane utylitarnie,
niczym kubek do wina, czy pałeczki do gulaorou. Mędrzec też zresztą nie poddawał
się przy tej czynności żadnym uczuciom, skoro musiał skrzętnie liczyć ilość, głębokość
i prędkość ruchów frykcyjnych, żeby dostosować się do dziwacznych, moim zdaniem,
wymogów już wówczas całkowicie skostniałego kanonu dalekowschodniego ars amandi.
Tłumaczenie tekstu liczącego sobie tyle wieków wcale nie jest proste. Książka, która
opisuje znalezisko w Mawangdui, liczy sobie ponad 400 stron i w sieci dostępna jest
za darmo jedynie w niewielkim fragmencie (ale nawet ta odrobina bardzo mi pomogła
w zrozumieniu niektórych spraw, choć przecież nie wszystkich). Trzeba też pamiętać,
że chińskie znaki pisano przed wiekami nieco inaczej niż dzisiaj, a niektóre znalezione
teksty były w stanie tak uszkodzonym, że sporej części trzeba się było domyślać. Co
najgorsze starożytni Chińczycy używali specyficznego języka pełnego erudycyjnych
przenośni, bo człowiek wykształcony wstydziłby się mówić (i pisać!) językiem prostaków.
Stwarza to tłumaczowi dodatkowe kłopoty, bo nie wystarczy znać podstawowe znaczenie
jakiegoś znaku; trzeba jeszcze wiedzieć, co konkretna przenośnia, czy peryfraza miała
faktycznie oznaczać.
Wyobraźmy sobie, że przybysz z obcej planety chciałby poznać kulturę seksualną naszej
wygasłej cywilizacji na podstawie odnalezionych zapisków i natrafiłby jedynie na tekst
"tata i mama to życia brama". Obraz, jaki byłby był sobie wytworzył w swoim
organie myślowym różniłby się znacznie od tego, co tu faktycznie miało miejsce. W
omawianym tekście też pełno jest zwrotów, które przyprawiają nieprzygotowanego czytelnika
o dreszcze. Żeby nie było nieporozumień - czytałem jedynie angielskie tłumaczenie,
bo mój chiński jest, prawdę powiedziawszy, żaden i nie pozwala mi na rozumienie
trudniejszych tekstów, nie wspominając już o takich klasycznych. No i pojawiło się
mnóstwo pytań. Gdzie niby kobieta miałaby mieć "mięsień stosunku"? Albo czy
"coital vessel" to "naczynie", czy też "żyła" związana jakoś z
seksualnością? A może to, po prostu, wagina? Ale przecież każdy wie, że mówimy
"ciemna brama", a w domyśle jest "pochwa", no i ten nieszczęsny "coital
vessel" miałby się tam gdzieś mieścić. No i jeszcze: "góra stałości", "tryskające
morze" i "trójnóg pieca"! A w którymś momencie to już nawet jednego konkretnego słowa
po angielsku zupełnie nie rozumiałem i musiałem się poddać, bo to chyba była pomyłka
drukarska (zostawiłem tam kropki). Wreszcie co chwila pokazywała się "para" (vapor),
a w oryginale chińskim w tym miejscu stał znak, który czyta się qi. Czyżby to
owo słynne qi?
Założyłem, że tak i wszędzie zamiast "para" waliłem qi - przynajmniej mądrzej
będzie wyglądało. Albo kwestia słowa "to". Czy chodzi o penis, czy też o pochwę? Niby
powinienem zrozumieć z kontekstu. Ale, u licha, powiedzcie mi, w którym to momencie
stosunku "to" pachnie jak spalone kości? A gdzie jest "strona Yang" nadgarstków?
Przynajmniej "wielkie zakończenie" jest przenośnią na tyle czytelną, że nie
trzeba go wyjaśniać.
Teraz czas na chwilę prawdy. Poniżej przedstawiam tłumaczenie tekstu, który można
podziwiać (to jest: chiński oryginał i wersję angielską) na tej stronie.
Moja polska wersja powstała z angielskiej. W wielu miejscach miałem duże kłopoty,
żeby mętność wyjściową przełożyć na coś, w czym byłoby choć trochę znaczenia (poza
tym męczyło mnie to obłędne przywiązanie mędrca do wyliczanek). Dlatego sądzę, że jakaś
jedna piąta tego tłumaczenia musi być błędna. A jednak myślę, że skoro to w ogóle
pierwsza próba przetłumaczenia Heyinyang na polski, więc to i tak nieźle. Chyba nie
muszę się bać - sinolodzy tu nie zaglądają, bo po co? A pozostali czytelnicy pewnie
jakoś te błędy przełkną, zaciekawieni antyczną odmiennością. Dość gadania - oto to
marne tłumaczenie (starzy mistrzowie umarli, a ich dzieła to bełkot).
Przepis, gdy kiedykolwiek będziesz łączyć Yin i Yang: Ściśnij ręce i pojaw się po
stronie Yang nadgarstków; Głaszcz wnętrze łokci; Naciśnij miejsce pod pachami; Wznieś
trójnóg pieca; Naciśnij strefę karku; Głaszcz zbiornik odbiorczy; przykryj otaczający
pierścień; Zejdź do uszkodzonego basenu; Przejdź w bród słodki płyn.
Muśnij Tryskające Morze; Wespnij się na Górę Stałości; Wejdź w ciemną bramę; Ujeżdżaj
mięsień stosunku; Ssij esencję i wznieś ducha. Wówczas możesz mieć trwałą wizję i trwać
w jedności z niebem i ziemią.
Mięsień stosunku jest naczyniem stosunku w ciemnej bramie. Kiedy jesteś w stanie go
pocierać i głaskać powoduje, że oba ciała doświadczają ekstatycznego podniecenia i
wydzielają [...], które jest radosne i błyszczące. Jednak, pragnąc, nie działają.
Wykonaj wzajemne wydychanie i obejmowanie, w kolejnych krokach gry.
Kroki gry: pierwszy to "więcej qi, a jej twarz jest zaczerwieniona - oddychaj powoli";
drugi to "sutki twardnieją, a jej nos poci się - ściskaj powoli"; trzeci to "język
rozpłaszcza się i staje się śliski - naciskaj powoli"; czwarty to "płyn przepływa
poniżej, a jej uda są wilgotne - pocieraj powoli"; piąty to "jej gardło jest suche,
przełykając ślinę - kołysz powoli". Są to "znaki pięciu pragnień".
Gdy te objawy są kompletne, podnieś. Kłuj w górę, ale nie penetruj wewnątrz, tym
samym przynosząc qi. Gdy przybywa qi wnikaj głęboko do środka i pchnij go ku górze,
tym samym rozdzielając ciepło. Następnie ponownie cofnij go w dół. Nie pozwól, aby
qi się rozlało, aby kobieta nie stała się znacznie wysuszona.
Następnie praktykuj dziesięć ruchów; łącz w pozycjach; i przeplataj dziesięć udoskonaleń.
Łącz formy po zachodzie słońca; i wysyłaj qi do bramy narodzin. Później przestrzegaj
ośmiu ruchów; i dziesięć do pięciu dźwięków, badaj znaki dziesięciu przerw.
Dziesięć ruchów: Rozpocznij dziesięcioma, następnie dwudziestoma, trzydziestoma,
czterdziestoma, pięćdziesięcioma, sześćdziesięcioma, siedemdziesięcioma, osiemdziesięcioma,
dziewięćdziesięcioma, i stoma.
Podniecenie i wprowadzanie bez rozlania. Przy pierwszym ruchu bez rozlania uszy i
oczy są spostrzegawcze i jasne; przy drugim głos jest znakomity; przy trzecim skóra
lśni; przy czwartym kręgosłup i boki są mocne; przy piątym pośladki są połączone;
przy szóstym droga wodna przechodzi [?]; przy siódmym osiąga się szczytową jędrność
i siłę; przy ósmym wzór skóry świeci; przy dziewiątym przenikasz oświecenie ducha;
przy dziesiątym ciało osiąga stałość. To jest dziesięć ruchów.
Dziesięć pozycji: pierwsza to "wędrujący tygrys"; druga to "dźwięcząca cykada"; trzecia
to "wygięta gąsienica"; czwarta to "przepychający się jeleń wodny"; piąta to
"rozwijająca się szarańcza"; szósta to "chwytający gibbon"; siódma to "ropucha";
ósma to "uciekający królik"; dziewiąta to "ważka"; dziesiąta to "żerująca ryba".
Dziesięć udoskonaleń: pierwsze to "w górę"; drugie to "w dół"; trzecie to "w lewo";
czwarte to "w prawo"; piąte to "pchaj szybko"; szóste to "pchaj wolno"; siódme to
"pchaj rzadko"; ósme to "pchaj często"; dziewiąte to "wejdź płytko"; dziesiąte to
"wejdź głęboko".
Osiem ruchów: pierwszy to "ściskanie rąk"; drugi to "rozszerzanie łokci"; trzeci
to "prostowanie pięt"; czwarty to "czepianie się boków"; piąty to "złączanie się
wyżej"; szósty to "krzyżowanie ud"; siódmy to "wzrost spokoju"; ósmy to "trzęsienie
się". Kiedy ona zaciska ręce, chce, aby uciskać jej brzuch.
Kiedy ona rozciąga łokcie chce, aby trzeć i drapać jej górną część; kiedy prostuje
pięty, wprowadzenie nie jest wystarczająco głębokie; kiedy czepia się boków chce, aby
trzeć jej boki; kiedy złącza się wyżej chce, aby trzeć jej dolną część; kiedy krzyżuje
swe uda penetracja jest nadmierna; kiedy wzrasta jej spokój chce płytkiego wprowadzenia;
kiedy trzęsie się chce, żeby mężczyzna postępował tak przez długi czas.
Gdy oddycha konwulsyjnie jest napięta wewnątrz; gdy dyszy odczuwa szczyt radości;
gdy bezustannie jęczy nefrytowy bicz wszedł, a wówczas rozpoczyna się podniecenie;
gdy dmucha błoga żądza jest intensywna; gdy gryzie jej ciało trzęsie się i ona chce,
aby mężczyzna postępował tak przez długi czas.
Wieczorem esencja mężczyzny kwitnie; rankiem gromadzi się esencja kobiety. Poprzez
żywienie kobiecej esencji moją esencją poruszają się zarówno mięśnie jak i naczynia;
skóra, qi i krew są poruszone. W ten sposób jesteś w stanie otworzyć blokadę i
przenikać przeszkodę. Centralna wnęka odbiera przekazywanie i zostaje wypełniona.
Znaki dziesięciu przerw: przy pierwszej przerwie pojawia się wyraźny chłód; przy
drugiej przerwie czuć zapach palonych kości; "to" przy trzeciej przerwie odnawia się;
przy czwartej przerwie staje się lepkie; przy piątej przerwie jest pachnące; przy
szóstej przerwie jest śliskie; przy siódmej przerwie jest zakrzepłe; przy ósmej
przerwie jest tłuste; przy dziewiątej przerwie jest galaretowate; przy dziesiątej
przerwie skupia się. Po skupieniu staje się znowu śliskie, wyraźny chłód pojawia
się po raz kolejny. Jest to tak zwane "wielkie zakończenie".
Znaki wielkiego zakończenia: spocony nos i białe usta; ręce i stopy drżą; pośladki
nie przywierają do maty łóżka, ale podnoszą się. Gdy staje się jak nieżywa, zachodzi
rozlanie. Dokładnie mówiąc, w tym momencie qi rozpręża się w centralnym nurcie.
Esencja i duch wchodzą i zostają złożone, co wywołuje ducha.
Z wielką przykrością informuję także, że brak wersji bułgarskiej uzmysławia mi fakt,
że temat nie jest chyba aż tak ważny i ciekawy, jak początkowo myślałem.