|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O Tokio w Warszawie; 27.01.2016
Podobno duże poruszenie w Japonii wywołał warszawski korespondent gazety "Jinmin toribyun",
publikując artykuł pod znamiennym tytułem: Porando no Yarosuwafu Kachinsuki wa kaizen o
donyu shite imasu*). Nabiera więc rumieńców niejasne podejrzenie, że zamiast zapowiadanego
Budapesztu proponuje się nam wpuszczenie tylnymi drzwiami Tokio, w dodatku nikogo o nic nie pytając.
Różnica niby niewielka, skoro ani po węgiersku, ani po japońsku nikt sobie nie pogada, ale przecież
tokaj jest o niebo lepszy od sake, więc jest się czym martwić. A skoro tak, to trzeba przyjrzeć się
temu niepokojącemu słowu "kaizen".
Po zajrzeniu do wikipedii (nie ma, o zgrozo, wersji bułgarskiej!) możemy się już nieco uspokoić.
Kaizen to rodzaj filozofii zarządzania jakością. Napisałem: uspokoić? No przecież teraz dopiero
zaczynamy się niepokoić, co też przemyca się nieświadomemu Narodowi - Suwerenowi pod nos. Okazuje
się jednak, że chodzi jedynie o sprawy znane u nas jako "dobra robota", tak ukochane przez wszystkie
dotychczasowe władze. Filozofia kaizen opiera się na dwóch filarach: skłonności do zmian na lepsze
i trwaniu takiego procesu. Jak prawie wszystko, co przychodzi ze skostniałego Dalekiego Wschodu,
opisała samą siebie za pomocą dziesięciu sztywnych reguł (zasad), których należy nauczyć się na
pamięć i stosować wszędzie, gdzie nam to tylko przyjdzie do głowy. Zasady te to:
(1) Problemy stwarzają możliwości.
(2) Pytaj 5 razy "Dlaczego?"
(3) Bierz pomysły od wszystkich.
(4) Myśl nad rozwiązaniami możliwymi do wdrożenia.
(5) Odrzucaj ustalony stan rzeczy.
(6) Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne.
(7) Wybieraj proste rozwiązania, nie czekając na te idealne.
(8) Użyj sprytu zamiast pieniędzy.
(9) Pomyłki koryguj na bieżąco.
(10) Ulepszanie nie ma końca.
W naszych warunkach wykreślono podobno punkt drugi, jako niepasujący do lokalnej specyfiki.
No dobrze, ale co to ma wspólnego z polityką wewnętrzną? Otóż ma, a wszystko stanie się jasne,
gdy przetłumaczymy nazwę tej filozofii. W celu wyjaśnienia trzeba się jednak najpierw cofnąć o
mniej więcej piętnaście wieków wstecz, kiedy to do Japonii pływali pełnomorskimi dżonkami chińscy
misjonarze buddyjscy, którzy - niejako przy okazji krzewienia religii - zawieźli tam pismo chińskie.
Ponieważ jednak języki chiński i japoński nie miały ze sobą nic wspólnego, więc okazało się już
przy pierwszych próbach, że przy zapisie japońskiego znakami chińskimi zabrakło pewnych elementów
charakterystycznych tylko dla języka Kraju Kwitnącej Wiśni. Dlatego opracowano tam tak zwane
sylabariusze japońskie (katakana i hiragana). Od tamtej chwili tekst japoński to,
w pewnym uproszczeniu, szereg znaków pochodzenia chińskiego (zwanych w Japonii kanji), tu
i ówdzie przetkany znakami japońskimi (albo na odwrót, co widać po cytowanym na końcu tekstu zdaniu).
Dzisiaj jest tak, że ten sam znak (pochodzenia chińskiego) Chińczyk przeczyta inaczej, a Japończyk
inaczej, ale obydwaj będą określać nim to samo pojęcie i, patrząc, co pisze drugi, będą z grubsza
wiedzieć, o czym pisze (kiedy będą słuchać, to już nie, bo byłoby za dobrze). Dodatkowo Japończyk
swoją wymowę będzie mógł zapisać katakaną (hiraganą).
Kaizen zapisany katakaną wygląda tak: カイゼン. Tej formy używa się, gdy chce się mówić o
ej właśnie filozofii zarządzania jakością. Jednak u źródeł wszystkiego tkwią dwa znaki pochodzenia
chińskiego, które wymawia się po japońsku**): kai (改) i zen (善). Pierwszy z nich oznacza słowo
"zmiana", a drugi "dobry, dobra". I wszystko staje się jasne: kaizen to, po prostu, "dobra
zmiana". Czyli, według obecnej władzy dokładnie wszystko to, czego tknie się partia rządząca,
albo nawet synonim jej samej.
*) Tłumaczenie: Jarosław Kaczyński wprowadza w Polsce kaizen. (Oryginał:
ポーランドのヤロスワフ・カチンスキは、カイゼンを導入しています。)
**) Jako ciekawostkę podam, że wymowa chińska tych znaków to odpowiednio: gai shan. Nie musicie czuć
się w obowiązku, aby mi za to dziękować.
O niewinnej zagadce; 10.05.2016
Dzisiaj mała zagadka; mam nadzieję, że nietrudna. Należy przeczytać uważnie poniższy tekst i
odgadnąć, jakie dane trzeba podstawić pod zmienne {data} oraz {nazwisko}, żeby otrzymać
prawdziwy opis historii.
>>POCZĄTEK ZAGADKI - W {data} roku {nazwisko}
oświadczył: "Każda rezolucja naszej partii jest prawem. Postanowienia naszej konferencji stają
się prawem. Zdecydowana większość przepisów sporządza sądownictwo. Nie powinniśmy się na tym
opierać; dla utrzymania porządku powinniśmy się opierać głównie na rezolucjach i konferencjach,
czterech konferencjach rocznie zamiast prawa powszechnego i karnego". Słowo
{nazwisko} rzeczywiście było prawem, więc komitety partyjne - "przy wsparciu
mas" - przejęły prowadzenie spraw sądowych. To ten właśnie polityczny nacisk doprowadził w roku
{data+1} do rozwiązania Ministerstwa Sprawiedliwości. - KONIEC ZAGADKI<<
Należy się dobrze zastanowić, żeby nie spudłować fatalnie. Właściwą odpowiedzią jest:
{data} = 1958, {nazwisko} = "Mao Zedong".
Okazuje się, że Prezes partii u władzy, rozpoczynając walkę z TK nie był nawet trendsetterem,
a jedynie popłuczyną. Jaka rewolucja, tacy przywódcy.
O nawożeniu bez przesądów; 14.05.2016
Brak sądownictwa w maoistowskich Chinach miał swoje specyficzne rezultaty. Poprzedni system,
jaki tam był, taki był - ale jednak był i gwarantował pewne, podstawowe chociażby,
zunifikowanie orzecznictwa. Nie chcę tu przecież wcale przekonywać, że przedkomunistyczne,
stare sądownictwo było tam cudowne, bez skazy, wszyscy mogli liczyć na sprawiedliwość, a
sprawy przekupstwa i kumoterstwa były zupełnie nieznane. Pamiętać trzeba, że od wieków
wszystko w Chinach było na miarę dalekowschodnią, a to znaczy, że także i sprawiedliwość
nie była dostępna dla każdego, z którym to podejrzeniem trzeba się pogodzić, choćby z
ciężkim sercem (zwłaszcza, jeśli ma się do tamtych okolic wiele sympatii).
A przecież przekazanie spraw sądowych w ręce funkcjonariuszy partyjnych obaliło nawet i
ten niedoskonały system, który wcale nie gwarantował społeczeństwu sprawiedliwości powszechnej.
Mrzonką stała się niezależność sądów, skoro od 1959 roku hołdowano zasadzie jedności wszystkich
władz. Może nas taka aberracja nie dziwi jakoś specjalnie, skoro widzimy podobne ciągoty w
dzisiejszej Warszawie, ale jednak w świecie, który uważa się za normalny, jest to nie do
pomyślenia. Poza tym w tym właśnie momencie zerwana została myśl powtarzalności wyroków w
podobnych przypadkach, bo przestały obowiązywać jakieś tam kodeksy smrodeksy i najwyższym
prawem była wola Przewodniczącego. A skoro on sam nie był w stanie zajmować się wszystkim,
więc następowało przekazywanie tejże woli do coraz to niższych organów partyjnych. Tym samym
sekretarz partii w komunie ludowej dostawał do ręki niczym nieograniczoną władzę. W dodatku
mógł utrzymywać, że dzieje się tak z woli ludu - Suwerena, którego już nikt o nic nie pytał.
Działała tu bowiem leninowska, twórczo uaktualniona w Azji, teza, że proletariat jest tak głupi,
że sam nie ma pojęcia, jakie zachowania mu przystoją, więc musi istnieć zawodowa partia, która
będzie, choćby siłą, przymuszać go (= ten proletariat) do zachowań czysto proletariackich. W
Chinach proletariatu było, co prawda, tyle, co na lekarstwo, ale zasada pozostała wszak ta sama.
Partia, która zdobyła władzę, ogłosiła, że wszystko, co robi, robi dla dobra Ludu Pracującego
Miast i Wsi i od tej chwili przestała się na ów Lud oglądać, bo tylko przeszkadzał w osiągnięciu
Powszechnego Szczęścia Komunistycznego. Po pewnej zmianie sztafażu znowu dochodzimy więc do
niepokojących paraleli z tym, co sami mamy (nie)szczęście oglądać własnymi oczyma.
Tak więc miejscowy kacyk partyjny był w Chinach alfą i omegą, słońcem rewolucji na skalę
lokalną i mógł, praktycznie rzecz ujmując, WSZYSTKO. Wynika z tego, że wiele zależało jedynie
od jego cech osobowościowych. No i w jednych komunach kierownictwo było porządne, a w drugich
wcale nie. Poza tym ciągle miały miejsce różne naciski i oczekiwania z góry, a ci, którzy sobie
nie radzili z nadążaniem za wizjami stolicy, wypadali z gry i przestawali być uprzywilejowanymi
(stosownie do swojego stanowiska) towarzyszami. Nie podejmuję się tu oceny, jak wyglądał podział
procentowy pomiędzy porządnych i łajdaków. Zdarzały się jednak przypadki osobliwe i wręcz
straszne, nawet jeśli nie można ich brać za reprezentatywne dla ówczesnej polityki.
Czytam właśnie książkę "Wielki głód - Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962" pióra pana
Franka Diköttera. Autor twierdzi, że (z pomocą osób sinojęzycznych) dotarł do udostępnionych
archiwów partyjnych w Chinach oraz do grupy Chińczyków pamiętających tamte czasy. Trudno mi
z tym dyskutować i muszę przyjmować takie wyjaśnienie za prawdopodobne. Wrażenie robi to, że
samych adresów źródeł jest w książce 51 stron, a tekst jest upstrzony odnośnikami do nich
niczym portret Najjaśniejszego Pana w Szwejku. Dlatego dopóty, dopóki ktoś nie wykaże panu
Dikötterowi kłamstw i nieścisłości, przyjmuję informacje z jego książki za prawdziwe.
Po tym krótkim wstępie mogę już przejść do przytoczenia (za wyżej wymienioną książką) przykładu
sprawiedliwości pojętej na sposób maoistowski, kiedy to lokalny, najniższy stopniem w hierarchii
partyjnej, aparatczyk decydował o tym, co stawało się zbrodnią, a co karą. Oto gdzieś w Syczuanie
sekretarz partii Dan Niming ukarał niejakiego Deng Daminga, którego dziecko ukradło kilka strąków
fasoli. Stać się to musiało w latach 1958-1960, skoro opisał to "Raport zespołu roboczego komitetu
partyjnego prowincji Syczuan JC1-2616" z 1961 roku. Tak więc ciało Deng Daminga, skatowanego z
powodu tej kradzieży na śmierć, porąbano, a otrzymane w ten sposób, bardziej już portatywne,
kawałki ugotowano, zaś powstałą breję wylano jako nawóz na polu dyni. Ciekawe, czy dynie obrodziły
tam tego roku jakoś szczególnie.
O kształtach lambdoidalnych; 19.05.2016
Wbrew pozorom dzisiaj o matematyce nie będzie nawet słowa. A skoro tak to wcale nie trzeba się
bać moich niewielkich w tym względzie ekstrawagancji. Cały ten tekst poświęcę przybliżaniu
piękna pisma chińskiego i czemuś, czego nikt zapewne nawet nie podejrzewa - pewnej racjonalności
tworzenia w nim znaków.
Zacznijmy od czegoś prostego. Wyobraź sobie, czytelniku, dużą literę X. "Nie ma ona nic wspólnego
z kaligrafią chińską" - zakrzykną niechętni. I będą mieć rację, bo to jedynie figura pomocnicza.
Wyobraź sobie tedy, czytelniku, dużą literę X. I teraz postaw czubek długopisu (pióra, ołówka,
pędzelka) w górnym prawym rogu litery i pociągnij ten przyrząd pisarski po linii do dolnego lewego
rogu. A teraz narysuj drugą kreskę od punktu przecięcia się obydwu ramion tego X-a (czyli od jego
środka) do dolnego prawego rogu. Co wyszło? Znak przypominający grecką lambdę.
Teraz będzie równie łatwo: postaw czubek długopisu (pióra, ołówka, pędzelka) na punkcie przecięcia
się ramion innego, nowego X-a (żeby nie mazać po tym poprzednim znaku) i pociągnij ten przyrząd
pisarski po linii do dolnego lewego rogu. A teraz narysuj drugą kreskę od górnego lewego rogu do
dolnego prawego rogu. Co wyszło? Też znak przypominający grecką lambdę. A przecież nieco inny od
poprzedniej lambdy, bo stanowiący jej lustrzane odbicie.
Dla Chińczyka kolejność pisania elementów znaku ma wielkie znaczenie, chociaż linie, które będzie
kładł na papier nie okażą się tak zupełnie proste, tylko łagodnie wygięte. Pierwszy znak "ren"
oznacza "człowieka" i można go zobaczyć tutaj.
Drugi znak "ru" oznacza czasownik "wchodzić" i
można go zobaczyć tutaj. Przywoływana strona jest bardzo dobra, bo pokazuje od razu kolejność
pisania wszystkich kresek znaku. Aha! Nie wolno dopuścić, żeby kreski: lewa i prawa nie stykały się,
bo wówczas nasze znaki zostaną pomylone z zupełnie innym. Każdy uzna wówczas, że to "ba",
czyli "osiem" - do obejrzenia tutaj. Uwaga: tony wymowy pomijam w tych rozważaniach całkowicie;
powinieneś być mi, czytelniku, tylko wdzięczny, że nie komplikuję tematu.
To było łatwe, więc kusi, aby przejść do zagadnień trudniejszych. Narysuj, czytelniku, kwadrat.
A teraz zmaż dolną poziomą kreskę, uzyskując coś, co można porównać do symbolicznej bramki. Na
jej górnej poziomej kresce napisz znak "ren" (to ta pierwsza lambda) w taki sposób, żeby
punkt połączenia jego obydwu kresek mniej więcej przypadał tuż pod poziomą linią tej bramki.
Czubek jest nad tą kreską, a reszta - pod nią. Masz? No to teraz nieco pod pierwszą lambdą narysuj
kolejną, taką samą, starając się, żeby ani nie dotykała tej górnej, ani nie wylazła ze światła
bramki. Napisałeś właśnie znak "rou", oznaczający "mięso". Można go zobaczyć
tutaj.
Czas na prawdziwe wyzwanie, bo sprawy zbyt proste rozleniwiają i zniechęcają. Połączymy teraz
dwa poznane przez nas znaki w jeden. Jak wiadomo znaczna część chińskich znaków jest złożona,
a niektóre z nich to nawet bardzo. Chwytamy więc byka za rogi. Dzielimy w myślach kwadrat (ten,
na którym chcemy napisać nasz złożony znak) na pięć poziomych pasków równej wysokości. Teraz w
dwóch górnych piszemy "ru", a w trzech dolnych "rou". Jest? Ten znak czyta się "cao".
No a co on znaczy? Proszę przypomnieć sobie, co pisałem nieco powyżej o racjonalności zasad
tworzenia nowych znaków. Mamy tu dwie składowe: jedna to "wchodzić", a druga "mięso". Wystarczy
chwilę pomyśleć: "wchodzić w mięso" i już, jak sądzę, wiesz, czytelniku, o co chodzi. "Cao"
to bardzo ordynarne chińskie słowo oznaczające "kopulację" i należy się kilkukrotnie zastanowić
przed jego użyciem w towarzystwie, żeby nie dostać w ryj. Do obejrzenia tutaj. Pociechą jest to,
że masz 75% szansy, że nie trafisz, czytelniku, we właściwy ton, z przekleństwa wyjdą nici i
tylko się wstydu najesz, zwyczajnie jak to barbarzyńca. Często zastępuje się to słowo mniej
wulgarną formą "kao", ale o tym może innym razem, choć i to nie wiadomo, czy będę temat
drążyć, bo nie zamierzam być deprawatorem niewinnych.
O kształtach chryzantemy; 28.05.2016
Przeglądając sieć w poszukiwaniu danych o czekoladzie natknąłem się nieoczekiwanie na zdjęcie, które,
w pierwszym odruchu naiwności, uznałem za antyreklamę ginekologa. Oto jakaś pani leżała
na specjalnie wyprofilowanej leżance z nogami w górze, a ubrany w biały kitel pan w
średnim wieku robił coś w okolicach jej obnażonych ud. Panią widać było z boku, a pana
bardziej z profilu, więc szczegółów operacji można się było tylko domyślać. Byłem więc
pewny, że chodzi o jakąś akcję antyaborcyjną. Zaraz jednak odrzuciłem tę myśl, bo gdyby
to był krzyk przeciwników aborcji, to obrazek nie byłby taki cukierkowy, tylko zbryzgany
krwią, a na tacy obok fotela ginekologicznego walałyby się, pokazane ze wszystkimi
okropnymi szczegółami, szczątki rozkawałkowanego płodu. Rozwiązanie było zaskakujące,
a ważnym tropem okazało się użyte przed chwilą słowo "cukierkowy".
Pani miała partnera, którego chciała obdarować czymś zupełnie wyjątkowym. W dzisiejszych
czasach, kiedy dziewczyny obdarzają swoimi wdziękami, kogo tylko chcą i kiedy tylko chcą
(czemu urodziłem się o tyle lat za wcześnie i dzisiaj jestem starym dziadem?), trudno
zaimponować swojemu chłopakowi czymś dodatkowym, bo wszystko dawno już zostało mu ofiarowane
i nie pozostało kompletnie nic, co można by trzymać w zanadrzu jako bonus. Tak jednak tylko
mi się wydawało. Pani postanowiła wręczyć swojej miłości czekoladkę w kształcie swojego anusa.
W tym celu udała się do specjalnej pracowni (gabinetu?), a uwieczniona zdjęciem scenka
pokazywała branie odcisku jej odbytu.
Dalsze poszukiwania w sieci udowodniły, że (przynajmniej w Europie), nie jest to już
niczym nowym. A dla mniej zasobnych dostępne są seryjnie produkowane czekoladki w kształcie
typowej dziurki tylnej. Prawda, że nie jest to to samo, co ofiarowanie czegoś osobistego
i jednostkowego, ale zawsze można liczyć na zdumienie obdarowanego, a przy tym cena jest
przystępniejsza.
Po tym krótkim wstępie mogę przejść do rzeczy. To zdjęcie przypomniało mi, że Chińczykom
odbyt kojarzy się z kwiatem chryzantemy [菊花 jiuhua, czytać: dziuhua].
Ciekawe, czy chirurdzy usuwający hemoroidy skojarzenie to uznaliby za trafione.
O napaści grupowej; 07.06.2016
Pobicie ma miejsce wówczas, gdy napastników jest przynajmniej dwójka, a strona atakująca
posiada przewagę liczebną. Wynika z tego jasno, że jeśli agresywna trójka ludzi pobije
piątkę potulnych, to prawo nie zakwalifikuje tego czynu jako pobicia. Poza tym art. 158 kk
podkreśla podobno (podobno, bo przecież nie brałem kodeksu do rąk, satysfakcjonując się
informacją z drugiej ręki), że "strona atakowana nie dąży aktywnie do starcia, a co najwyżej
broni się przed atakiem". To, że pobicie może się łatwo przerodzić w bójkę w niczym nie
pomoże poszkodowanym (czy pojedynczej osobie poszkodowanej), chociaż prawo rozróżnia te
przypadki pomimo tego, że obydwa są opisane w tym samym paragrafie. Niewielką pociechą
jest także świadomość, że "Sąd Najwyższy bardzo szeroko interpretuje pojęcie udziału w
pobiciu przyjmując, że sprawcą jest nie tylko osoba, która zadaje ciosy pokrzywdzonemu,
lecz także ten, kto w trakcie pobicia zachęca innych do walki lecz sam czynnie w nim nie
uczestniczy. " (cytaty za wikipedią).
Czytelnicy przywykli zapewne, że sporo tu piszę o Chinach. Także tym razem wszystkie
drogi prowadzą w tamtym kierunku. Nie znam, oczywiście, chińskiego prawodawstwa, ale zakładam,
że w kwestii pobić nie różni się ono jakoś diametralnie od postanowień kodeksów innych państw.
Ciekawe natomiast stają się zwyczaje i przyzwyczajenia społeczne. Może nie wszyscy wiedzą, że
w tamtejszym języku istnieje specjalny zwrot na określenie czynu, gdy napastników jest pięciu,
a ofiara jedna. Brzmi to "wu da yi" (czytać: "łu da ji"; akcenty z premedytacją
pomijam, żeby nie zaciemniać - i tak nikt nie wymówi tego poprawnie), a zapis wygląda w ten
sposób: 五打一. Z tym, że nie starajcie się zaimponować na Dalekim Wschodzie
znajomością tego zwrotu. Jest to bowiem kolejny przypadek, gdy z Chińczyka wyłazi poetyczna
strona jego duszy i najprostszą nawet sprawę zaczyna opisywać poprzez peryfrazy. Zwrot ten
(w tłumaczeniu dosłownym: "pięciu bije jednego") oznacza bowiem banalną czynność masturbacji.
O słowach prawdziwej miłości; 12.06.2016
Wyobraźcie sobie, że jesteście piękną kobietą wolnego stanu i zalecający się mężczyzna
spotkał się z wami w jakimś miłym miejscu. Księżyc świecił, kwiaty pachniały odurzająco,
ponaglane Wolą Bożą ptaki darły ryje, aż dzwoniło, a on (znaczy się: ten pociągający
mężczyzna) zbliżył swoją twarz do waszej i z jego ust padły takie oto gorące słowa:
"Topisz ryby, powodujesz, że ptaki spadają z nieba, zaćmiewasz księżyc, zawstydzasz
kwiaty". Jeśli usłyszycie takie komplementy, to wiedzcie, że wasz adorator nie jest
wcale osobą niespełna rozumu, tylko albo:
(1) nie zauważyliście, że jest Chińczykiem albo
(2) chociaż nie jest Chińczykiem, to przecież odebrał chińskie klasyczne wykształcenie i
jako człowiek zsinizowany używa dalekowschodniego słownictwa, szczególnie w sytuacji tak
poetycznej i romantycznej.
Jeżeli znajdę trochę czasu, to następnym razem wyjaśnię, o co w tym wszystkim chodzi.
O czterech pięknościach #1/2; 14.06.2016
Ostatnim razem obiecałem wyjaśnić dziwaczną wypowiedź zakochanego człowieka (Topisz
ryby, powodujesz, że ptaki spadają z nieba, zaćmiewasz księżyc, zawstydzasz kwiaty).
Chodzi o ugruntowaną pewność Chińczyków, że cztery najpiękniejsze kobiety świata żyły -
no, gdzieżby? - w Chinach. Z tym, że ta pewność ma już kilkadziesiąt wieków, więc trudno
z nią w ogóle polemizować, bo w tamtych rejonach świata idea, dajmy na to, dwustuletnia
nie wytrzyma porównania z ideą, która ma dwa tysiące trzysta lat, albo i więcej. Poczucie,
że stoi się na barkach olbrzymów jest tam wciąż dość przemożne. Przodkowie nie mogli się
mylić, a barbarzyńcy się nie liczą.
Dlatego niczym dziwnym nie będzie, gdy powiem, że Chińczyk bez żadnej trudności wyliczy
cztery najpiękniejsze kobiety świata. Może ludzi z naszego kręgu kulturowego trochę będzie
dziwić, że pierwsza z nich żyła dwa i pół tysiąca lat temu, druga umarła mniej więcej w
chwili narodzenia Chrystusa, trzecia żyła jakieś sześćset lat przed naszym Mieszkiem I,
a ostatnia gdzieś tak dwieście lat przed nim. Świadczyć to będzie jedynie o żenującej
młodości naszej kultury i państwowości.
Królestwo Yue zostało pokonane przez królestwo Wu (w tamtym czasie Chiny nie były jednym
państwem, tylko stanowiły mozaikę małych królestw) i stało się jego wasalem. Minister
pokonanego króla postanowił podarować królowi Wu piękną kobietę. Żeby nie było żadnej wpadki,
czy niedosytu, ofiarowano nawet dwie. Król Wu, który miał słabość do płci pięknej, tak się
rozochocił posiadaniem tych piękności, że gorsząco zaniedbał sprawy państwowe. Co więcej,
podarowane podstępne kobiety doprowadziły do tego, że król kazać zgładzić swego najlepszego
generała. Kilka lat później armia królestwa Yue zdobyła królestwo Wu, a kochliwy król popełnił
samobójstwo. Jedną z tych pięknych kobiet była Xi Shi [czytać: Si szy], o której powtarzano
sobie zdumiewającą anegdotę. Otóż któregoś razu odpoczywała na balkonie nad stawem, a gdy
podeszła do barierki i spojrzała w toń, to w tej samej chwili ryby, widząc jej niebiańską
postać pełną niezwykłej gracji, wpadły w taki zachwyt, że zapomniały pływać, poruszać
płetwami i skrzelami, przez co utopiły się, idąc na dno niczym kamienie. To była pierwsza
z Czterech Wielkich Piękności. Skończyła marnie, bo podczas zawieruchy wojennej skoczyła
do rzeki i poszła śladem nieszczęsnych ryb. Istnieją, co prawda, także inne wersje jej
dalszego życia związane z przebiegłym ministrem z jej rodzinnego królestwa, ale kto wie,
ile w tym prawdy? Tym samym wyjaśniłem właśnie, skąd w miłosnym wyznaniu tajemniczy zwrot
"topisz ryby".
Wang Zhaojun [czytać: Łang Dżaodziun] była drugą z Czterech Wielkich Piękności. Jej
niepowtarzalne piękno skłoniło
władze prowincji Hubei do wysłania jej na dwór cesarski w kolejnej dostawie najpiękniejszych
młodych dziewic z całego kraju dla potrzeb seksualnych cesarza. Ponieważ pięknych dziewic było
całe stadko (a do tego takie transporty przywożono do pałacowego haremu dość często, bo władza
się nie szczypała), więc nie było mowy o tym, żeby piękności dostąpiły od razu zaszczytu
poznania cesarza. Procedura była zupełnie inna - nadworny malarz malował portret każdej z nich
i dopiero te portrety pokazywano władcy. Ponieważ Wang była świadoma swojego piękna, więc nie
przyszło jej do głowy, żeby nadwornemu malarzowi wręczać łapówkę z prośbą o jak najlepszy
konterfekt. A zdradziecki malarz, nie otrzymawszy oczekiwanych pieniędzy, namalował ją niebyt
pochlebnie. Tak niepochlebnie, że cesarz od razu zadecydował, żeby tej dziewczyny nigdy mu do
łoża nie przyprowadzać, skoro znalazła się w haremie przez pomyłkę.
A tu zaszła potrzeba dobrego usposobienia do Chin władcy dzikich plemion północnych, znanych
w historii jako Xiongnu [czytać: siung-nu] (można znaleźć poważne sugestie, że byli to Hunowie,
ale niektórzy historycy zaprzeczają temu z całą mocą). Zwyczajem udobruchania władców plemion
koczowniczych przez imperialne Chiny było dawanie im bogatych podarków oraz kobiet, które
miały być córkami cesarza, przez co ludzie północy stawali się, przynajmniej formalnie,
zięciami cesarza. Do takiej hańby nigdy nie dochodziło, bo dzicy nie orientowali się
dokładnie w koneksjach na dworze cesarskim, więc cieszyli się z tego, co dostali i napawali
się w swoich namiotach w stepie gładką skórą Chinek z dworu cesarskiego, które jednak córkami
cesarza nie były, ale wcale nie miały zamiaru o tym głośno mówić. Tym razem też nie było mowy
o córce cesarskiej, więc postanowiono dać barbarzyńcy za żonę jedną z młodych kobiet z haremu
cesarza, ufając, że dziki i tak będzie zadowolony. Nic dziwnego, że padło na tę najbrzydszą.
Gdy władca stepów przyjechał złożyć stosowny hołd do Chang'an (wówczas stolica Chin),
przyprowadzono (zapewne w trakcie uczty) jego przyszłą małżonkę, żeby mógł poznać jej twarz.
Cesarz, widząc piękno Wang, wpadł w gniew, ale pragmatycznie uznano, że sprawa zaszła już za
daleko i nie można podmienić kobiety, bo pokój z północnym sąsiadem był sprawą najwyższej wagi.
Tak więc najpiękniejsza kobieta Chin (a może i świata) pojechała do Xiongnu, a nadwornego
malarza kazano zgładzić.
Z Chin w stepy jest ładny kawał drogi i podróż trwa co najmniej kilkanaście dni. Wang była
smutna, bo wcale nie podobało się jej nowe położenie. W dodatku kroniki twierdzą, że jej koń
wciąż rżał, co usposabiało ją szczególnie źle (nie wiem dlaczego). Z tego smutku wzięła do rąk
pipę (proszę bez głupich skojarzeń kliknąć
w ten link i wszystko stanie się jasne)
i zaśpiewała bardzo smutną piosenkę. Wówczas okazało się, że nie tylko jest oszałamiająco piękna,
ale ma też najpiękniejszy głos w promieniu wielu tysięcy kilometrów. Oto klucz gęsi, lecących na
południe, usłyszał ten piękny śpiew, skierował się w jego kierunku, a gdy zobaczył przecudnej
urody dziewczynę na koniu, zapamiętał się tak dalece, że zapomniał o tym, że trzeba machać
skrzydłami. Wszystkie gęsi spadły na ziemię i zabiły się. Tego wieczoru wojownicy objadali
się gęsiną, wysławiając nową kobietę swego władcy.
Władca Xiongnu był wręcz zachwycony swoją cesarzowiczówną i prędko spłodził z nią dwóch
synów oraz bliżej nieznaną liczbę córek, bo córki niezbyt się tam liczyły. Wang Zhaojun
pozostała do śmierci wśród Xiongnu. Zaliczono ją w poczet Czterech Wielkich Piękności, a
w chińskim krasomówstwie pozostał zwrot "sprawiać, że ptaki spadają".
Dwie pozostałe piękności opiszę chyba następnym razem, jeśli znajdę szybko dość czasu,
co nie jest wcale takie oczywiste w moim obecnym etapie życia.
O czterech pięknościach #2/2; 18.06.2016
W poprzednich częściach wspominałem o pewnych chińskich zwrotach, związanych w ich
kulturze z prawdziwym pięknem. Może warto tu wspomnieć, że tam bardzo popularne są
krótkie, czterosylabowe (zapisywane czterema znakami) wyrażenia, które zwięźle opisują
jakąś myśl, często odnosząc się do prawdziwych wydarzeń, które mogły mieć miejsce
właściwie wczoraj (paręset lat temu), albo trochę dawniej (kilka tysięcy lat temu).
Jest ich bodaj czy nie kilka tysięcy, a o kilkaset nie ma się co spierać. Taka
dalekowschodnia odmiana naszych przysłów, bez znajomości których trudno uzurpować
sobie biegłość w języku chińskim (tu uprzedzam pytanie i oznajmiam, że sam po chińsku
ledwie dukam, a właściwie dukałem, bo teraz już właściwie wszystko zapomniałem).
Diaochan (czytać: Diaoczan) jest postacią nieco odbiegającą od pozostałych
piękności. Przede wszystkim sami Chińczycy przyznają, że, najprawdopodobniej, została
wymyślona na potrzeby książki, która ma tam jeszcze posmak świeżości, bo zapisana została
zaledwie w XV wieku (ale pewne jej wątki jako opowiadania nad miseczką ryżu znane były
setki lat wcześniej).
Tu niezbędną wydaje mi się dygresja na temat samej książki. Jej tytuł to "Opowieści o
Trzech Królestwach", a dzieło należy do ścisłego kanonu literatury chińskiej. Ponieważ
Chińczycy mają dużą skłonność do kategoryzowania wszystkiego, na co ich wzrok padnie,
więc obok krótkiej listy czterech najpiękniejszych kobiet utworzyli sobie także równie
krótki ranking książek - "Opowieści o Trzech Królestwach" są zaliczane do czterech
najważniejszych klasycznych powieści Chin (obok takich tytułów, jak: "Opowieści znad brzegów
rzek", "Wędrówka na zachód" i "Sen czerwonego pawilonu"). Jej autorem był
niejaki Luo Guanzhong, w jednej osobie dramaturg, prozaik i poeta, jeden z najwybitniejszych
chińskich twórców, którego płodność literacka była bardzo duża, bo jest twórcą wielu znanych
tam utworów. Przypisuje mu się także ostateczną redakcję "Opowieści znad brzegów rzeki"
(patrz powyższa lista bestsellerów), choć to wielkie dzieło miało innego autora.
"Opowieści o Trzech Królestwach" mają setki bohaterów wzorowanych na postaciach historycznych
i akcję opartą na zdarzeniach rzeczywistych. Pan Luo miał jednak zmysł każący mu wplatać również
wątki poboczne (dobre sobie: poboczne przy setkach postaci) w celu uatrakcyjnienia akcji. Takim
to wątkiem była historia miłości pewnego wojownika i Diaochan, którą Chińczycy pokochali tak
mocno, że umieścili ją w opisywanym właśnie rankingu Czterech Największych Piękności. Może
dobrze by było zapamiętać także, nieistotną właściwie, informację, że pierwsze zdanie tej
powieści ("Jest powszechnie znaną prawdą, że wszystko co było przez długi czas podzielone,
na pewno się zjednoczy, a wszystko co było przez długi czas zjednoczone, na pewno się podzieli")
jest tak samo czytelne dla każdego Chińczyka niczym dla nas słowa "był na Litwie ród Billewiczów,
od Mendoga się wywodzący".
Wracam tedy do postaci Diaochan. Jako wielka piękność doznała typowego losu piękności, zostając
konkubiną bardzo wpływowego i podstępnego polityka. Ten ostatni był też generałem i, w uznaniu
zasług, został mianowany ważnym ministrem na dworze cesarskim. Zbuntował się jednak i nie dał
odebrać sobie dowództwa, zabierając oddziały wojska ze sobą do stolicy. Tym samym stał się
potężną osobą nie do ruszenia i to on faktycznie sprawował władzę, detronizując i ustanawiając
kolejnych cesarzy - marionetki. Cała intryga miłosna wybuchła z tego powodu, że ów tyrański
polityk miał przybranego syna, którego pewien cyniczny, zręczny i wpływowy doradca generała
zaręczył z piękną kobietą, wprowadzając ją jednocześnie do łóżka przybranego tatusia (wybaczcie,
ale szczegóły tej intrygi mnie przerastają). Młodzieniec (który też był już znanym żołnierzem
mimo młodego wieku) cierpiał strasznie, ale pocieszał się, że skoro przybrany ojciec jest chorobliwie
gruby, to jego ukochana (bo to już była ukochana) nie powinna zbyt często cierpieć karesów
generała, którego takie wyczyny powinny, po prostu, męczyć. Któregoś dnia, korzystając z tego,
że przybrany ojciec wyszedł był z pałacu, wślizgnął się do sypialni i rozmawiał z ukochaną Diaochan,
obejmując ją i całując.
Diaochan była już w tej chwili z pewnością elegancko ubrana, jak to kobieta z towarzystwa, a
uż szczególnie na dworze cesarskim. Dlatego można, z przypuszczeniem bliskim pewności, zakładać,
że na głowie miała trudne do opisania, modne wówczas przybranie, którego ważny element stanowiły
ogony sobola, a swe szaty spięte jadeitowymi (drogie!) broszami w kształcie cykad. Dlatego jej
przydomkiem dworskim była "sobolowa cykada". Miętosił więc młody oficer piękne ciało
Diaochan, która miękła w jego ramionach, szlochając, że generał zdążył ją był zgwałcić
(przypominam, że konkubiną nie została wcale przed paru dniami), że czuje do jego tłustej
postaci odrazę, i że, nie sprawdziwszy, sądzi, że z młodym oficerem byłoby jej o wiele lepiej,
gdyż - i tu zapewne padły gorące słowa o prawdziwej miłości itd. Panienka (?) twierdziła, że
czuje się zhańbiona, że wstydzi się spojrzeń swego ukochanego i że czuje, że musi popełnić
samobójstwo, aby się oczyścić.
Sytuacja, w której młody oficer ściska się z konkubiną przybranego ojca w ojca tego sypialni
(a więc przy ogromnym łożu z baldachimem) musiała niechybnie prowadzić do jedynego możliwego
zakończenia: gwałtownego wybuchu pożądania i barłożenia się na tym meblu. Tymczasem zmysł
dramatyczny kazał autorowi sprowadzić nagle generała z powrotem do pałacu, skutkiem czego
kochankowie nie zdążyli przejść z fazy romantycznej do konsumpcji miłości. Młodzieniec musiał
w popłochu uciekać, a przybrany tata zdążył jeszcze rzucić w niego dzidą, ale, w tym zdenerwowaniu,
nie trafił.
Skoro opasły generał zdążył już był przekonać się na własne oczy, że przybrany syn leci na
jego własną konkubinę, zdenerwował się tym okropnie, czyniąc jej wyrzuty po ucieczce niewdzięcznika.
Przebiegła Diaochan wyparła się swojej skłonności ku przybranemu synowi kochanka, wmówiła temu
ostatniemu, że młody oficer obejmował ją po niewoli i wbrew jej chęciom, a na dowód prawdziwości
swoich słów obiecała rzucić się do sadzawki, popełniając tym samym samobójstwo. Ponieważ, jak
już tu powiedziano, była nad wyraz piękna, serce generała stopniało jak lód w promieniach
pustynnego słońca, a jego pamięć wydobyła zapewne z zakamarków różne fikuśne wspomnienia z
sypialni, więc gruby polityk postanowił swej konkubinie uwierzyć.
Przybrany syn zbuntował się przeciw ojcu i musiał uciekać do przeciwników generała, aby z
nim walczyć; nie tyle nawet o sprawiedliwość, co o ukochaną kobietę. Pomijając już dalsze
szczegóły intrygi udało się zastawić na generała pułapkę podczas ceremonii koronacji kolejnego
marionetkowego cesarza. Przybrany syn miał własnoręcznie utłuc tatusia, a tłum, znalazłszy
opasłego trupa, wykazał się rzadką u tłumu pomysłowością. Rozpruł brzuch zabitego, wetknął
weń knot i zapalił. Znienawidzony generał płonął podobno przez kilka dni.
Dalej nie było jednak happy endu. Poplecznicy zabitego generała uaktywnili się, najechali
na stolicę i pokonali oddziały ukochanego Diaochan, który musiał umykać. Dalsze losy piękności
nie są dokładnie znane. W jednych wersjach powieści (bo jest ich kilka) twierdzi się, że
została zabita w trakcie zdobywania stolicy (bo jej młody kochanek pozostawił ją w mieście),
w innych, że uciekła z ukochanym i tułała się z nim po okolicy. W jeszcze innych mowa o tym,
że kilka lat później wojska młodego przybranego ojcobójcy zostały pobite przez wielką armię
jednoczącego państwo polityka (Cao Cao, warto zapamiętać to nazwisko). Ten ostatni rozkazał
go zgładzić wraz z Diaochan, której w tym przypadku nic a nic nie pomogło jej piękno. Może
się już zestarzała, albo ciągłe używanie starło jej piękno?
Po tym krótkim wstępie mogę już przejść do rzeczy. Wydaje się, że najbardziej smakowita była
tutaj historyczna otoczka, a nie opisy rzekomej krasy Diaochan. W tym względzie odczuwam nawet
pewien niedosyt, bo, co prawda, mówiono o niej, że "przyćmiewa księżyc swym pięknem",
jednak nie doszukałem się żadnych szczegółów. Prywatnie sądzę, że może i była cudnej urody,
jednak to jedyna pozytywna cecha, jaką u niej widzę. Skoro jednak Chińczycy chcą wielbić jej
piękno, to ich sprawa.
O czterech pięknościach #3/2; 22.06.2016
Numeracja może nieco myląca, ale poprzednio nie skończyłem tematu, chociaż miałem bardzo
silne postanowienie (można zerknąć do poprzednich części), więc jakoś trzeba tę krępującą
sytuację rozwiązać. Na szczęście pozostała już tylko jedna piękność: Yang Guifei
(czytać: Jang Guejfej). Urodziła się jako Yang Yuhuai, ale później zmieniła imię na
Guifei (bo w Chinach ten drugi człon to nie nazwisko, tylko imię). Dlaczego, to zaraz się
wyjaśni. Według ówczesnych kanonów urody była kobietą idealną. Miała delikatną, choć okrągłą,
twarz i była, jak to się dzisiaj określa "przy kości", niczym modelki Rubensa. Chińscy
mężczyźni tego czasu lubili mieć za co chwycić, gdy przychodziły im do głowy miłosne
zapały. No i ówczesne piękno rozumiano specyficznie, o czym trochę później. Yang karierę
rozpoczęła jako czternastolatka, poślubiając syna cesarza. Uroda z pewnością jej w tym
dopomogła, bo była zaledwie córką urzędnika niezbyt wysokiej rangi, więc wydawać by się
mogło, że chwyciła szczęście za nogi. Przysługiwał jej od tej chwili tytuł księżnej Shou,
chociaż pewną nutą goryczy w tym, na pozór doskonałym, ożenku, było to, że jej mąż był
zaledwie osiemnastym synem cesarza. Za to spłodzony został z jego ulubioną konkubiną. Tu
zapamiętajmy może coś ważnego, aby widzieć całą dalszą historię we właściwym świetle. U
nas używa się słowa "konkubina", aby opisać którąś z niższych małżonek cesarza, bo w
naszym języku nie ma na taką kobietę odpowiedniego określenia. Ale to była jedna z
oficjalnych żon niższej rangi, a nie kobieta, z którą żyło się na kocią łapę.
Pedofilski, z naszego współczesnego punktu widzenia, ożenek księcia Shou nie był w
owych czasach niczym dziwnym. Skoro dziewczyna była ładna, to niby czemu jej ciało
miałoby się marnować, skoro mogło służyć zadowoleniu władzy? Takie podejście nie jest,
w końcu, niczym dziwnym nawet współcześnie także i w krainach bardzo odległych Dalekiemu
Wschodowi. Władza nad wyraz często zaczyna uważać, że komu, jak komu, ale jej należy
się wszystko, co najlepsze.
Księżna miała osiemnaście lat (i była już czwarty rok zamężna), gdy coś się nagle w
jej życiu zmieniło. Opuściła męża, została taoistowską mniszką i przybrała imię Taizhen.
A wszystko to dla pozoru, bo szykowano już jej wielki skok w karierze. Skok tak wielki,
że w Chinach wyżej zajść nie mogła. Została konkubiną samego cesarza. On miał w chwili
tego oficjalnego ożenku 60 lat.
Cesarz był bardzo ciekawą osobowością. Opowiadano o nim, że był zainteresowany seksem
w sposób wyjątkowy, nawet jak na osobę tej pozycji, gdzie gromady haremowych kobiet były
czymś banalnie powszechnym. Może nawet był jakimś seksoholikiem? Historycy twierdzą, że
przy swoim pałacu zgromadził w ciągu długiego życia "dziesiątki tysięcy" kobiet, które
służyły jego rozkoszom. Był przy tym na tyle o nie zazdrosny, że nie pozwalał im pałacu
opuścić, nawet gdy minęło wiele lat od ostatniego dopuszczenia takiej kobiety do łożnicy
cesarskiej. Te zapały miłosne nie pozwoliły mu na porządne zajmowanie się sprawami państwa.
Za jego rządów miała miejsce mało u nas znana bitwa pod Tałas,
która przesądziła o
przyszłości Azji środkowej. Do tego czasu wpływy chińskie były tam bardzo silne, a po
bitwie obszar dostał się pod panowanie kultury muzułmańskiej i, w ciągu kilkudziesięciu
lat, większość tamtejszych państw przestała oglądać się na Chiny, porzuciła buddyzm i
przeszła na islam, którego wpływ zachował się tam po dziś dzień.
Wróćmy jednak do zasadniczego wątku tej historii. Mającego nieco ponad 50 lat cesarza
spotkała nagle szczególnie przykra chwila. Zmarła bowiem jego ulubiona konkubina (ta,
z którą spłodził był księcia Shou). Przez jakiś czas chodził markotny, a później zaszła
w nim wyraźna zmiana gustu. Oto bowiem ta zmarła konkubina, która przez cała lata
piastowała pozycję pierwszej kobiety jego serca, była dość, jak na tamte czasy, chuda.
A tu oko smutnego cesarza spoczęło na pulchnej, ładnej dziewczynie, kręcącej się po pałacu
i znowu uradowało się jego serce. Postanowił wziąć ją pod swoje skrzydła i uczynić swoją
konkubiną. Oznacza to, że musiała być faktycznie piękna, bo wspomnijmy, że cesarz miał
już w swoim długim życiu tysiące najpiękniejszych kobiet i byle co nie mogło zrobić na
nim wrażenia.
Przeszkodą okazał się fakt, że dziewczyna, w której sobie upodobał, była jego synową.
To dlatego doradcy zasugerowali, że, w celu zachowania wszelkich pozorów (w tym dwór
cesarski był mistrzem świata), Yang powinna opuścić męża pod przykrywką mnisiego powołania,
żeby po krótkim czasie powrócić na dwór i zostać już bez przeszkód konkubiną cesarza. Żeby
dobrze usposobić syna, cesarz załatwił mu nową, piękną żonę, która była córką pewnego
generała. A bezczelność władzy zaszła tak daleko, że mniszka Taizhong nawet na chwilę
nie opuściła dworu, tylko mieszkała w nim nadal, spotykając się z mężczyzną swojego życia.
Minęło kilka lat, sprawa przycichła i wreszcie cesarz ogłosił swoją wolę, oficjalnie
powołując Yang na stanowisko swojej specjalnej konkubiny. To właśnie od tego momentu Yang
Yuhuai zaczęła żądać, żeby jako jej imienia używać tylko i wyłącznie słowa Guifeng, które
było tytułem przynależnym Najpierwszej Konkubinie. Zupełnie tak, jakby, toutes proportions
gardées, madame de Pompadour kazała mówić, że na imię jej Pierwsza Metresa.
Może warto wspomnieć, że kobiety na dworze cesarskim miały w Chinach określone rangi i car
Piotr I byłby tym zachwycony. Za czasów różnych dynastii obowiązywały różne tytulatury, ale
za Tangów (bo cała ta historia miała miejsce w późnym okresie Tang) sprawa wyglądała następująco.
Cesarz miał oficjalnie następujące kobiety (w kolejności ważności tytułów w dół): 1 Cesarzową,
1 Konkubinę Najwyższej Rangi (Guifei), 3 Konkubiny Zwykłej Rangi (Huifei, Lifei, Huafei),
6 tak zwanych Pań Yi (Poyi, Deyi, Xiayi, Shunyi, Wanyi, Fangyi), 4 Piękne Panie, 7
Utalentowanych Pań, 2 Panie Shanggong, 2 Panie Shangyi oraz 2 Panie Shangfu. Razem 28
pań oficjalnych. Wybaczcie, że nie potrafię przetłumaczyć dokładnie tych dworskich tytułów.
Proszę też zauważyć, że to specjalnie dla mniszki Taizhong (panny [?] Yang) stworzono
dodatkową rangę Guifei ponad wszystkimi pozostałymi konkubinami. Cóż więc dziwnego, że
bardzo się nią pyszniła? Cóż więc także dziwnego w tym, że cesarz ciągle przyjmował
jakieś afrodyzjaki, spośród których najdłużej w użyciu była gastrodia wysoka (Gastrodia
elata), według medycyny dobrze działająca na bóle głowy oraz przeciwzapaleniowo. Skoro
jednak cesarz ubzdurał sobie, że dobrze mu wpływa na ciała jamiste, to cóż było począć?
Zwłaszcza tak długo, dopóki był zadowolony i rzadko bolała go głowa? W chwili zostania
Guifei panna [?] Yang miała 26 lat, więc z pewnością była wielką radością cesarza,
rozgrzewającą w łożu jego starość.
Patrząc na postać ostatniej z czterech Wielkich Piękności nie sposób dziwić się, że
uznano ją za kobietę zepsutą i zdemoralizowaną. Yang Guifei zadbała natychmiast o karierę
swojego rodzeństwa. Trzy siostry zostały księżnymi, zaś jedyny brat powołany został na
stanowisko kanclerza. Najpierwsza Konkubina czerpała z życia różne przyjemności, korzystając
ze swojej pozycji. Ponieważ lubiła liczi (nie rosły w okolicy stolicy), więc kazała je
sobie sprowadzać z południa Chin (lekko licząc ze dwa tysiące kilometrów) poprzez
specjalnych posłańców, którzy mieli z nimi jechać dzień i noc, co koń wyskoczy. Jeśli
ulubione owoce zepsuły się po drodze, oznaczało to, że kurier nie dopełnił swoich
obowiązków i zasługiwał na śmierć.
W kwestii mody przypisuje się jej tradycyjny ubiór kobiecy, tak zwane dudou, które
wygląda całkiem ładnie i jest używane do dzisiaj. Przyczyniła się także do powstania
nazwy pewnego rodzaju fryzury. A było to tak: Yang Guifei wybrała się pewnego pięknego
dnia na przejażdżkę konną. Nieszczęśliwie w jej trakcie spadła z konia, ale, na szczęście,
nie zrobiła sobie nic złego. Popsuła sobie jedynie starannie ułożone pukle. Spojrzawszy
w lustro wpadła na pomysł, że nie wygląda źle i zapoczątkowała modę na uczesanie "upadek z
konia".
Ówczesny kanon kobiecego piękna może dzisiaj nieco dziwić. Jak już wcześniej wspomniałem,
piękna kobieta musiała być co najmniej pulchna. Nosiła obszerne szaty z długimi rękawami,
w których można było ukryć dłonie. Buty musiały obowiązkowo mieć podniesione ku górze noski,
a specjalnym smaczkiem było to, że nosiło się je nie do pary - to znaczy inny był na lewej
nodze, a inny na prawej. Uczesania były na chiński sposób sklasyfikowane, policzone i
opisane wykluczając raczej nowatorstwo ("upadek z konia" był tu wyjątkiem), ale panowała
jedna zasada: fryzura powinna być jak najbardziej rozbudowana. Brwi malowano czarnym
barwnikiem, możliwie małe usta - czerwonym, zaś policzki obowiązkowo różowym barwidłem.
Czy czegoś to nie przypomina? Ależ tak - przecież to opis japońskiej gejszy (może za
wyjątkiem butów)! Ponieważ to w czasach dynastii Tang kontakty misjonarzy chińskich z
Japonią wkroczyły w etap pełnego rozwoju, więc najwyraźniej ówczesna moda dworu cesarskiego
dotarła i do Kraju Kwitnącej Wiśni. W Chinach wszystko poszło swoją drogą i moda się
zmieniła, a najwyraźniej w Japonii wzorce tangowskie pozostały w tej dziedzinie do
dzisiaj. Jeśli to prawda, to kobiety na dworze cesarza (a więc także piękna Yang Guifei)
róż kładły na bielidło, którym smarowały całą twarz.
Popieranie własnej rodziny, choć wówczas (i nie tylko wówczas) całkowicie normalne,
skończyło się dla Yang Guifei tragicznie. Oto pyszny i ambitny brat doprowadził zupełnie
niepotrzebnie do konfliktu z potężną rodziną wielmożów, przez co wybuchło powstanie.
Cesarz zdecydował się uciekać ze stolicy, a w czasie tej ucieczki niezadowolona gwardia
zabiła kanclerza, którego oskarżała o to, że całe nieszczęście wynikło z jego winy.
Następnie gwardziści, znając najwyraźniej mściwość Najpierwszej Konkubiny, zażądali jej
śmierci, grożąc, w wypadku odmowy, otwartym buntem. Cesarz próbował ich jakoś ułagodzić,
ale ostatecznie zgodził się z postulatem gwardzistów i tak oto Najpierwsza Konkubina
Yang Guifei została uduszona gdzieś przy nędznej, wiejskiej drodze w wieku 37 lat. Gwardia
uspokoiła się, a cesarz rządził jeszcze jakiś czas.
I znowu niewiele konkretów znalazłem o pięknie Yang Guifei. Do dzisiaj jednak panuje
w Chinach przekonanie, że jej twarz była tak cudowna, że kwiaty, widząc ją, były zawstydzone.
Co najgorsze, nie wiem, czy oznaczało to, że więdły tam, gdzie stąpnęła piękność.
O portrecie nieboszczyka; 11.07.2016
Wcale nie chodzi tu o sarmackie portrety trumienne, tylko o portret bogatego Chińczyka
jeszcze tak gdzieś z półtora wieku temu. O biednych nie będę tu tym razem niczego opowiadać
z tej racji, że nie stać ich było nawet na miskę ryżu, a co dopiero na portret. Dlatego
bezpowrotnie odeszli w niebyt tak samo, jak biedacy innych krajów, bo los wołów roboczych
jest wszędzie zdumiewająco podobny. Ubogim zaś pozostaje się cieszyć, że nikt z bogatych
i możnych nie wpadł jeszcze na pomysł, aby ich kastrować niczym owe woły, aby bardziej
karnie przykładali się do roboty.
Tak więc osierocona bogata rodzina zmarłego dochodziła do wniosku, że chciałaby zatrzymać
na zawsze obraz przodka, utrwalony rękoma zręcznego malarza. Wydawałoby się, że nic
prostszego. Wezwać takiego rzemieślnika, posadzić go przy trumnie i najdalej drugiego
dnia byłoby gotowe. Tymczasem nic z tych rzeczy, bo Chiny to jednak stan ducha i to,
w dodatku, stan odmienny.
Przodka żegnano uroczyście na cmentarzu, jego zwłoki stawały się niedostępne oczom
ludzkim, a więc zdać by się mogło, że nie ma już mowy o portrecie. Tymczasem właśnie
teraz myśl ta dojrzewała do czynu. Może czcigodny zmarły odchodził w bólach i cierpieniu?
Może jego dostojne oblicze było nimi wykrzywione? A może zwyczajnie wycieńczyła go (ją)
choroba lub wiek podeszły, który należy wszak szanować? I jakże tu przekazywać przyszłym
pokoleniom tak nietrafiony obraz przodka? No niepodobna.
Dlatego wzywano specjalistę od portretów, który zjawiał się w domu zamawiających razem
z całym warsztatem. Bo też artysta ten nie malował banalności oblicza zmarłej osoby. On
tworzył jej wizję pozostającą w sercach bliskich. Kto powiedział, że zmarły był kulawy,
nie miał górnych zębów i od lat ciekło mu z lewego ucha? Czy to czas, żeby wyciągać
takie drobiazgi; zresztą nie wiadomo, czy prawdziwe? Mówiąc krótko - w domostwie pojawiał
się fachowiec wyposażony w elementy do tworzenia portretów pamięciowych, niczym dzisiaj
na komisariatach policji. Jakie oczy miał czcigodny zmarły? I na stół lądowało kilkanaście
kart z najróżniejszymi krojami oczu. A brwi? Oto różne możliwości. A usta? Proszę zechcieć
obejrzeć te kilkanaście nędznych szkiców. I rodzina wybierała te elementy, które, jak
jej się wydawało, najlepiej odpowiadały obliczu osoby, której brak ział z każdego kąta.
Zapewne najwięcej do powiedzenia miał najstarszy syn, który przejął brzemię rodziny na
swe barki i który pokrył lwią część kosztu trumny z litego drewna (na Dalekim Wschodzie
było to bardzo kosztowne). A skoro tak, to portret musiał odpowiadać jego wyobrażeniu
dostojeństwa i godności zmarłej osoby. Kiedy już wybrano kilka (a może kilkanaście, nie
wiem dokładnie) szczegółów kompozycji - cała reszta była już banalnie prosta. Z pietyzmem
składano twarz z wybranych elementów i proszę bardzo: oto gotowy portret przodka. Ciekawe,
ile z nich było podobnych do czcigodnej osoby, której już nic nie obchodziło.
O mięsie na lekarstwo; 13.07.2016
Lenistwo jest tak wciągającym grzechem, że nadal nie chce mi się myśleć. Dlatego ograniczę
się do zacytowania małego fragmentu niepozornej książki, którą czytam z niekłamaną
przyjemnością: W. Sidichmienow, "Ostatni cesarze Chin", Wyd. Śląsk, 1990.
"Zgodnie ze starożytnymi chińskimi wierzeniami człowiek chory mógł odzyskać zdrowie
spożywając jako lekarstwo kawałek mięsa z ciała syna chorego, jego krewnego lub bliskiego
przyjaciela. Taki przesąd opierał się na przekonaniu, że bóstwa wzruszone poświęceniem
pozwolą choremu na wyzdrowienie.
Na krótko przed wojną chińsko-japońską (1894-1895) [cesarzowa wdowa] Zixi poważnie zachorowała.
Odwiedził ją główny eunuch Li Lianying. Przyjąwszy teatralną pozę, mającą wyrażać głęboki
smutek, cesarzowa-wdowa rzekła: >>Czuję zbliżającą się śmierć, ponieważ nie mam ani jednego
oddanego człowieka, który by dał mi jedyne lekarstwo mogące mnie uleczyć<<.
Li Lianying bez dalszych wyjaśnień zrozumiał, że [cesarzowa] ma na myśli ludzkie mięso.
Wkrótce po tej niezwykłej rozmowie Zixi wyzdrowiała i zwróciła uwagę, że Li Lianyinga nie
było przez kilka dni na służbie. Kiedy zapytała o przyczynę jego dłuższej nieobecności
powiedziano jej, że główny eunuch był chory. Szybko poznano powód jego choroby: odciął
sobie kawałek ciała na udzie, ugotował je i podał do stołu cesarzowej-wdowie. Taki, pełen
poświęcenia, postępek głównego eunucha zasługiwał na wysoką pochwałę. Zixi obsypała
go wszelkimi możliwymi zaszczytami."
Ciekawe, czy dzisiaj ktoś byłby zdolny do takiego oddania swemu idolowi.