ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ III


Tę lipę to kilka pokoleń temu zasadzili wspólnie przodkowie Walasków i Maciorów. Na zgodę. Bo też nienawidzili się Maciorowie z Walaskami od dawna. Na złość sobie umyślnie robili, zwierzynę w szkodę wpuszczając, kury płosząc, psami szczując. Bili się też ich mężczyźni, a baby zgiełkliwie kłóciły. Poszło przed laty o jałówkę łaciatą, która miała Walaskom paść przez Maciorów, bo ją przegnali ze swojego, żeby żarła walaskowe, a nie maciorowe i, z tego wszystkiego, bydlątko padło. Prawda, że miesiąc później, ale powód jakiś musiał być. No i to był ten powód nienawiści, podsycanej w długie zimowe wieczory. Aż tu, pewnego razu, wyszedł z domu z siekierką w dłoni Wawrzek Maciora, żeby matce kurkę czubatą zarżnąć, bo rosół był potrzebny dla słabującej babki. Rosły był Wawrzek, w barach szeroki, u dziewczyn powodzenie, a u chłopaków posłuch miał. A tu wzdłuż płotu, z drugiej strony, szła akurat Marysia Walaskówna, co to ze służby u dworu wróciła, bo się tam z dziedziczką przemówiła. Bo też miała Marysia dzieckiem najmłodszym dziedziców się zajmować i tak się przecież z nimi ugodziła. A tu zaczęli ją jeszcze do Pani Starej, dziedziców matki, zaganiać, niedołężnej, żeby ją codziennie karmić srebrną łyżką z jakowymś herbem wyrytym. Niedoczekanie! powiedziała rezolutnie Marysia, która się przecież do próchna nie zgadzała. I wtedy to zerwał dziedzic-wiarołomca umowę i dziewczyna, straciwszy obiecany zarobek, do dom wróciła. „Nie wierz nigdy panoczkom, żeby cię nie wyonaczyli ze śmiechem” – powiedział jej ojciec i na tym się skończyło. Szła więc wzdłuż płotu Marysia z naręczem koniczyny, a tu z drugiej strony – Wawrzek z siekierką o trzonku troszkę już starawym, bo czas już by było nowym go zastąpić. Ale do obcinania łbów kurczakom i taki wystarczy. Nie widział on dziewczęcia przez ponad rok i całkiem go jej widok poraził. Stanął jak wryty, siekierkę wypuścił z ręki, a kurka czubata sama mu spod ramienia wyskoczyła z furkotem i, kotkodacząc, w krzaki chowała się. Nie dbał o to Wawrzek, który zapomniał w jednej chwili i tej kurce czubatej, i o rosole smakowitym, i o babce słabującej, i chyba też o caluśkim świecie, tylko w te oczy modre po drugiej stronie płotu wpatrzony. A i Marysię war jakiś oblał od czubka głowy głęboko pod zapaskę, stropiła się, koniczynę upuściła i, ręce opuściwszy po bokach, tak samo cicho na osiłka Maciorów spoglądała, jako i on na nią. Opowiadali później ludzie, że w całej wiosce pojaśniało, a nie gadaliby po próżnicy, gdyby czego nie wiedzieli, choć to i tyle lat minęło. Ptaki zleciały się i zaczęły swoje trele wyśpiewywać. A tyle ich ponoć było, że ludzie z chałup wybiegli, zaniepokojeni, co dzieje się! Patrzą, a tu Marysia i Wawrzek k sobie idą, ręce wyciągnąwszy, aż do płotu doszli, który im przeszkadzał ucapić się. I tak stali po obu stronach, w ramionach objęci, aż ich Walaski i Maciory siłą rozczepiać musiały, a płot w tym miejscu był jakby zgorzały.

No i cóż było robić? Próbowały obydwie rodziny do rozumu młodym przemówić. O nienawiści zagadać. O obowiązkach synowskich i córczanych przypomnieć. Na nic! Żadne nie chciało rodziców słuchać i trwało tak aż do jesieni, kiedy to zielarka Makoszowa przekonała najpierw Maciorów, a później Walasków, że nie ma co się sprzeciwiać miłości młodych, kiedy to, rychtycznie, sam Pan Bóg tak chce. No i stało się. Weselisko wyprawiono nieliche – toć najbogatsze rodziny we wsi łączyły się poprzez dzieci. Bawiono się przez cztery dni, a i trupów zdarzyło się mieć, bo prawdziwe wesele bez śmierci nie liczy się. A tu aż dwóch było, więc uważali ludzie, że wszystko odbyło się porządnie, poważnie i z czcią dla tradycji. Pierwszy trup był, właściwie, dobrą wróżbą, bo nie trzeba było na niego długo czekać: konie, pojone wódką, poniosły w drodze z kościoła, wywróciły wóz i ciągnęły go mimo wrzasku orszaku. Wszyscy tam się poturbowali, a najgorzej wyszedł na tym Grzesiek zwany Preclem, bo tak nieszczęśliwie upadł na pień leżący przy drodze, wprost żywotem na sęczek, co to bardziej, po prawdzie, gałęzią powinien być nazwany, że aż ci ten wyszedł mu lewą stroną pleców i zakrwawioną macicę było widać, ku zgrozie gapiów i piskowi dziewczyn. No ale, jak tu z kościoła przez las nie jechać? Toż trzeba. A i Precel mógł tak koni nie poić, sam, przy okazji, pociągając zdrowo z flaszki. Było, minęło.

To drugiego dnia, kiedy już prześcieradło zakrwawione wśród wrzasków gości wywieszono na płocie, zeszli się w kącie Maciory i Walaski stare, lekko tylko pijane i postanowili, że na pamiątkę ślubu i zakończenia swarów lipę posadzą, żeby wszystkim służyła po wieki wieków, kiedy ich już tu nie będzie. Jak pomyśleli, tak i zrobili. Rozrosła się pięknie, z każdym rokiem bardziej krzepka, cień zasłużony spracowanym ludziom dając, środkiem wsi się stając, najważniejszym miejscem spotkań, rozmów i rozmyślań gospodarzy. Pień jej potężny, rozrosły, bardziej już dzisiaj do dębu niż do lipy zwykłej podobny. Ileż pokoleń ptaków gniazda swe wiło w jej gałęziach! Ilu niedorostków wspinało się po niej, by z czubka wypatrywać dalekiego miasta! Poszło też w zapomnienie, że zaraz po sławetnych ugodach w sprawie drzewa, poszedł był Walasek prosto z izby gwarem buchającej do stodoły, gdzie znalazł drugiego trupa – Kazka Kąkolów na Jadźce Owsianej leżącego, z widłami wbitymi tak głęboko w plecy, że aże drugą stroną ostrza prętów żelaznych wyszły i Jadźkę też poraniły, że w kałuży krwi swojej i kochanka leżała pod nim bez ducha. Wyszła ona z tego obronną ręką, ale po takim wstydzie żaden nie chciał jej brać i w staropanieństwie zmarła, bo nikt tam do niej z wódką nie posyłał. Frasowali się z tego Owsiani, a brat jej, Franek, z chałupy gonił, gorzej od psa traktując, za to tylko, że za głosem krwi niepotrzebnie poszła.

Wpadła tedy pod ową lipę Kaśka Maciążanka z krzykiem, że smoka widziała. Na ławie ciężko siadła i dyszeć zaczęła, co i nie dziwota, bo biegiem musiała z lasu przylecieć. Spoglądały chłopy z uznaniem na jej pierś falującą, od biegu znacznie odkrytą, aż stara Wojtkowa zlitowała się nad nią i zarzuciła jej na ramiona chustę kraciastą, zwykłą, zakrywając im widoki.



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012