ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ IV


Bo też i było na co patrzeć! Kaśka Maciążanka, nie można powiedzieć, rozrosła była tu i tam ponad zwykłą dziewczyńską miarę, szczególnie oczy chłopaków, parobków, a nawet i gospodarzy przyciągając. Niejeden tam o niej śnił po nocach, wzdychając i w grochowinach się rzucając, niby od pluskiew pokąsany, wspominając jej wielkie piersi, dyniom dojrzałym podobne, dłonie męskie ciągnące, tak samo jak i zad jej potężny, którym mogłaby obdzielić, gdyby to się tak dało, ze dwie baby, całkiem jeszcze nieźle wyglądające. Starali się więc chłopaki, parobcy, a nawet i gospodarze Kaśce przypodobać, karmelków w rękę jej wcisnąć, a ku sobie dobrze przysposobić, żeby obłapić się dała, nie odpychała i w sianie wreszcie pobaraszkowała. Albo i za Helkowym laskiem, co to go tak nazywają dlatego, że z tamtej to strony gaiku Wybadziana Helka często grzeszyła, z kim popadnie, a kolejka chętnych spozierała z krzaków na amory, swojej kolei czekając. Była też Helka nie do zdarcia i nikomu nie odmawiała, aż do czasu, kiedy przy nadziei się okazała i wkrótce wszelki słuch po niej zaginął. Skończyła się wygoda i nikt już jej więcej nie widział, aż do czasu, kiedy to Kaszlawy Wojtek w mieście się na nią natknął, a i to nie wiadomo, czy była to Helka, czy nie. Bo też i mówiła po ludzku, a nawet z miejska, chociaż cosi tam niedorzecznie też plotła o zimiokach, czy jakoś tak. Pewnie więc to nie była nasza Helka, ale czy to mało na świecie głupich? Zresztą, co ja tu o Helce wciąż plotę?

Dyszała ciężko Kaśka Maciążanka, aż jej półodkryte piersi dla przyzwoitości przykryła stara Wojtkowa chustką kraciastą, zlitowawszy się nad dziewczyną, żeby jej chłopy, oblizujące się wyraźnie na jej widok, samymi oczyma nie pożarli. Kaśka, co to to nie, powiedzieć nie można, wesoła była i do zabawy chętna, ale przecież chłopów do siebie nie dopuszczała, a o takiej Sodomie-Gomorze jak za Wybadzianej Helki, to i od razu można było przy niej zapomnieć. Woleliby pewnie chłopaki, parobcy, a nawet i gospodarze, żeby to było inaczej, ale nie dane im było to, co Pan Bóg w swojej łaskawości dał za młodu ich ojcom i dziadkom. Kaśka robotna była przy tym, że aż dziw! Len opleć, koniczynę bukować, lucernę nawet kisić - to w jej rękach krągłych, niby toczonych, tylko furczało! Bo też pomagała w ubogim obejściu, często za ojca stając, bo Antoni „Gorzała” Maciąg i słabego zdrowia był, i za często do flaszki zaglądał, aż na swoje przezwisko sobie zasłużył, ku utrapieniu swojej baby i dzieci. Bo było tam jeszcze tych dzieci, oprócz Kaśki, co to najstarsza była, a szło jej już chyba na osiemnastą wiosnę, jeszcze dziewiątka, czy dziesiątka, bo kto by tam wszystkich spamiętał. Pomarło jeszcze drugie tyle, ale to już może nawet i lepiej, bo z czego by taka czereda żyła? Przecież nie z tych kilku mórg maciągowych, przez wódkę zadłużonych, o ziemi marnej i w wielu kawałkach rozrzuconych.

Bywało: jechał sobie Maciąg rankiem na swoje pole popod Pilikielnym pagórkiem położonym, a tu jak nie trzaśnie mu coś do głowy i zamiast na pole, to na gorzałkę trafiał! A ta nazwa to wzięła się stąd, że dawno, dawno temu żył tu jeden pan niedobry i zamek pobudował, rowami napełnionymi wodą otoczony. A na zamku sforę psów srogich miał, co to na zwykłych ludzi rzucały się. Srożył się tak, srożył, aż przyszła i na niego kryska! Ale prawda... o Kaśce miałem mówić.

No więc wesoła była Kaśka, do tańców skora, ale porządna – bo sama nieraz mówiła, że na wielką miłość czeka, żeby tak na nią spadła znienacka, jak na tych Wawrzka Maciorów i Marysię Walaskównę przed laty. Kręciła na to głową jej matka, Marcjanna z Paciorków, bo to dziewczynie lata idą, a kto zechce starą pannę brać, kiedy dziewczynie wreszcie rozum do głowy przyjdzie, że marnuje swoje życie w samotności, zamiast komuś wyręką, pomocą i matką jego dzieci być? A jeszcze z niebogatej rodziny, z tyloma rodzeństwa? Przeklinała też Marcjanna męża swego, Maciąga Antoniego, płacząc zawsze już po trzecim – czwartym kieliszku słodkiej wódki, użalając się innym babom, że gdzie to ona niby miała oczy, podczas gdy mogła za Franka Kąkolaka iść, bo on za nią spoglądał, w krzaki ciągnął, malowane chustki z jarmarków przywoził. Oczarowany był zupełnie i żenić się chciał z młodszą Paciorkówną, a ta nosem kręciła, przebierna taka, że Franek za gruby. Bo i po prawdzie Franek Kąkolów trochę grubawy był, pomimo wieku młodego, ale za to i mocarny, i niegłupi, i śpiewał ładnie, i na gorzałkę łasy nie był, i potrafił sam taką szopkę zrobić, w której anioły ruszały się, a gwiazda kręciła się na chwałę. A Marcjanna nic, tylko za Maciągiem młodszym oczyma wodziła, wzdychając, bo tam gospodarka mała była i połowa Wawrzonowi, starszemu bratu przypadała. Bo też, od czasu Wawrzka Maciory, imię Wawrzon często dawano w naszej wsi chłopcom. Aż tu razu jednego tak szczęśliwie dla niej złożyło się, że Wawrzon, przy kominie coś naprawiający, potknął się na kalenicy, spadł, poturbował i to tak, że w dwie niedziele nie było go na świecie. Wówczas to już całe gospodarstwo musiało Antkowi, młodszemu bratu przypaść i tak Marcjanna jakoś go ośmieliła ku sobie na jagody wodząc, że niezadługo ślub wzięli, a za osiem miesięcy Kaśka urodziła się. Nie minęło jednak parę lat, jak stary Maciąg utopił się i od tego czasu Antek pić zaczął, ku wstydowi całej rodziny. Bywało nawet, ale o tym później...

Tak więc Kaśka, cała zdyszana, na twarzy czerwona czy to ze zmęczenia, czy to ze strachu, wpadła do nas, ciężko na ławie siadła i, tchu złapać nie mogąc, powiedziała:

- Smok.

Stara Wojtkowa dla przyzwoitości przyokryła ją chustką kraciastą, a Kaśka, poprawiając sobie materię barwną na ramionach, na tyle tchu już złapała, że udało jej się powiedzieć drugie słowo, które mocno nas wszystkich, jak tam siedzieliśmy, zatrwożyło:

- Wielki.

I dalej sapać, dech łapać, aż jej kieliszek do ręki białej, jakby toczonej, dał Kaszlawy Wojtek, gospodarz we wsi najpierwszy, żeby się dziewczyna uspokoiła.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012