ZK_smoka ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ V


Popatrzeliśmy po sobie i każdy wzrok spuścił, jakby czego na ziemi szukał. Bo też i nie było mądrych! Stara Wojtkowa strach w oczach miała, zupełnie taki jak wtedy, co to szalony Kuba od Gązwów na gumno wpadł, rozczochrany, brudny, na twarzy sadzą jakąś umazany i spode łba, jak zresztą zawsze, patrzący. Krzyczał tam coś bezrozumnie, a głosem takim, że stara Wojtkowa wyjrzała na gumno, żeby baczenie mieć, co to się w jej obejściu dzieje. No i działo się, działo! Kuba w lewej ręce trzymał nóż do siekania brukwi, zwykły, trochę tylko ze starości rączka jemu sczerniała, ale poza tym, to zdatny on był do wszystkiego. A w lewej go trzymał, bo Kuba od małego odmienny był od wszystkich i mańką się całe życie posługiwał, choć starali się i rodzice jego i dziadkowie do rozumu mu przemówić, że trzeba wszystko prawą ręką, Po Bożemu. Nic a nic nie pomogło! Zawsze lewa była u niego ważniejsza. Śmiali się z niego rówieśnicy, w łeb mu walili, że głupi, na łąkach nad ruczajem zwierzynę pasąc, z mowy niewyraźnej naigrywając się, a najwięcej w czas leniwy, kiedy powietrze rozedrgane i gorące, dziwując się, że on nie tak jak wszystkie podrostki prawą ręką sprawdzał, czy już z niego chłop, tylko, jak zawsze, lewą. Lata mijały, a on nijak ze swej głupoty wyrosnąć nie mógł i jaki był, taki pozostał, choć postawny już zrobił się, wielki i silny. No i wpadł szalony Kuba od Gązwów na gumno Wojtka Kaszlawego, który ci u nas we wsi pierwszym gospodarzem był i trzymał w lewej ręce nóż do siekania brukwi, zdatny jeszcze całkiem. Trzymał i coś tam krzyczał strasznym głosem, jak to głupi zwyczajnie. Wyjrzała na to stara Wojtkowa i aż przeżegnała się: w imię Ojca i Syna! Bo Kuba nie to, że w lewej ręce nóż do siekania brukwi trzymał, nie! On w prawej dzieciaka głową w dół za nóżki mocno ściskał, a ten popiskiwał z cicha, sił najwidoczniej do głośnego wrzasku nie mając.

Od razu poznała stara Wojtkowa, czyje to dziecko, bo baby oko do takich spraw mają. Kuba od Gązwów synka Szymona Motowidły porwał sprzed chałupy, kiedy matka jego, Rozalka, która za Szymka ze dwa lata wcześniej wyszła, za stodołę na chwilę poszła. Nie był bogaty Szymek, ale dziewczyny łase były na jego słówka, bo słodko umiał gadać i niejedna z nim w krzakach czegoś szukała, aż mu inni kawalerowie dokuczali i nieraz do bójek dochodziło, jak to między kawalerami zwyczajne. Był też Szymek mocarny i robotny, no i spokojny bardzo – z tym, że do czasu. Zdarzyło się bowiem kilka razy, że go do białej gorączki coś doprowadziło i wtedy biada! Krew się lała, żebra trzaskały, oczy podbite długo matki, żony i lube kurowały. Po prawdzie jednak, to rzadko go to napadało, a i ludzie, nauczywszy się, że jak Szymka nie zaczepiać, to i on spokojnością odpowiada, starali się go grzecznie traktować. Aż rozmiłował się w Rozalce, tej spod lasu i długo chodził i prosił, bo jej mu przyszli teściowie wcale nie chcieli dać, innego zięcia sobie szukając.

Tak więc stanął na gumnie Wojtka Kaszlawego szalony Kuba od Gązwów, w jednej ręce nóż do siekania brukwi trzymał, zdatny całkiem, a w drugiej syna małego Szymona i Rozalii Motowidłów, co to go z kołyski porwał i na zatracenie niósł, w dół głową. Zmartwiała stara Wojtkowa i strach taki w oczach jej się pojawił, że, jak sama później mówiła, nie wiedziała, od czego zacząć. Uciekać, drzwi zawarłszy, przed głupim? Ale co wtedy z dzieckiem niewinnym, skoro głupi Kuba nóż w ręku miał? Starać się dziecko, któremu Wawrzon na chrzcie dali, wyrwać? Ale tam! Toż głupi parę razy od starej Wojtkowej szybszy. Uskoczy, zdenerwuje się i gardło dziecku niczym kaczce poderżnie nożem o trzonku trochę tylko sczerniałym, do brukwi siekania. Zagadała tedy stara Wojtkowa do głupiego przyjaźnie, pytając dokąd to idzie? Ucichł niespodziewanie szalony Kuba, wrzaski nierozumne przerywając, głowę przechylił i na starą Wojtkową popatrywał. Do miasta chyba, ciągnęła stara Wojtkowa, ani chybi, bo ubrany starannie. Tylko dzieciaka zostawić trzeba tu, na przyzbie, bo tylko zawadzać będzie w drodze.

Odskoczył w tył szalony Kuba, dziecko do piersi przyciskając i powtarzając w kółko coś, jakby „anfan, anfan”, głową przy tym kręcąc. Pogroził też starej Wojtkowej nożem, co to go w lewej ręce dzierżył cały czas, a później zaczął jego ostrzem, prawda że na płask, głaskać główkę Wawrzka. Zmartwiała cała stara Wojtkowa, bojąc się tchu złapać, ale widząc to, co za plecami głupiego się działo, raz jeszcze go zapytała dokąd to Bóg prowadzi? Zamyślił się szalony, ale nie zdążył już niczego wybełkotać, bo dopadł go od tyłu ojciec Wawrzka, Szymon Motowidło, który w gniewie straszny był i zdzielił go z całą mocą kłonicą przez łeb. Opowiadali sobie jeszcze długo później ludzie, że zanim jeszcze szalony Kuba od Gązwów wyrzucił z siebie ostatnie głupie słowo i chwiać się zaczął, już Szymek do niego doskoczył i synka z rąk jego wyrwał, tuląc do piersi całego i zdrowego. A Kuba, krwią zalany, powiedział coś jakby „mądje”, czy jak tam, jak to zwyczajnie głupi i upadł na twarz. Leżał ci później kilka niedziel, aż do siebie doszedł. I nawet mu się poprawiło, bo przestał bełkotać i każdemu, czy chciał, czy nie chciał mówił „sianokosy”, choćby go i sto razy we wsi widział. Z tym, że jak ciepło się robiło, to wracał mu ta głupota, zrzucał z siebie wszystko i goły po wsi chodził, zgorszenie budząc, aż go musieli Gązwy w stodole przywiązywać, żeby rozumu nabierał. A jak tylko ochładzało się, to nazad portki i kapotę wdziewał i spokój był.

Tak więc stara Wojtkowa strach taki właśnie w oczach swych miała, kiedy Kaśka, przyokryta przez nią chustką kraciastą wysapała, że smok jest wielki. Smok? U nas? A to od czasów dziadziusia Jakubka mowy nawet o smokach nie było, bo okolica była porządna i chrześcijańska. To za co smok, utrapienie i kara za grzechy? I jeszcze, od razu, wielki? Jakby mały jakiś smok, właściwie smoczek, albo nawet i smoczuś nie wystarczył na to, żeby o pokuty odprawianiu przypomnieć? Pewnie dlatego cisza taka zapadła i wszyscy najpierw oczy w ziemię wbili, a później po sobie zaczęli patrzeć, aż wreszcie Józef Maciora, człek poważny i rozsądny, wstał, do Kaśki zbliżył się, na ramionach obie swe ręce jej położył, twarz zbliżył do jej twarzy i pytanie zadał.



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 31.10.2012