|
ZOBACZYŁA KAŚKA SMOKA... | |
Wstał więc był Józef Maciora, człek poważny i rozsądny, i pytanie Kaśce zadał. Niegłupie było to pytanie, o nie! Przeciwnie nawet – można powiedzieć, że mądre ono było, bo też i nie na darmo Józef Maciora cieszył się we wsi swoją opinią. Nie raz, nie dwa godził zwaśnionych, bo aż z trzeciej wsi potrafili do niego przyjeżdżać ludzie po radę. A było o czym gadać, oj było, bo ludzie teraz zaczepni i do zgody nieskłonni. Dopiero kiedy czują, że tak już dłużej być nie może, wówczas rozglądają się za kimś mądrym, którego obydwie strony chciałyby wysłuchać. I tu Józef Maciora przydawał się bardzo, bo rozsądny był, swoje zdanie wykładał akuratnie tak, że wszyscy mogli zrozumieć.
Niejeden raz skakali sobie ludzie do oczu, za orzydla chwytali, baby za kudły sięgały. Ile to paskudztwa narobili sobie sąsiedzi, którzy nieraz przez całe lata w kłótni żyli, co rusz to sobie na złość robiąc, kury kradnąc, krowy płosząc, dzieciska bijąc, w lucernę zwierzynę puszczając! A kiedy już po rozum do głowy poszli i zdecydowali się do Maciory pójść, żeby tam żale swoje wyłożyć i o rozsądzenie prosić, to często gęsto okazywało się, że, krzywdy liczne pamiętając, nie byli w stanie dojść do tego, co leżało u początku całej sprawy, czyli o co w tym wszystkim poszło. Bo też niektóre sprawy zabagnione były okrutnie, ciągnąc się całymi latami i nienawiścią wspólną się pasły bez mała przez całe pokolenia. Niewiele nawet pomagało, że pleban do zgody nawoływał, rozgrzeszenia dać nie chciał, o zgodę sąsiedzką prosił. Bywało, że ktoś tam i posłuchał księżowskiego gadania, jednak nikt tyle dla zgody nie zrobił, co Maciora.
Było nawet takie powiedzenie, znane w całej okolicy, „pójść do Maciory”, co wykładało się tak, że po długim czasie kłótni mądrzeli ludzie i dochodzili do tego, że nie warto już dłużej swarów ciągnąć, nawet, gdyby trzeba było się poniżyć i do zgody rękę wyciągnąć. Antek Małowaty młodszy to słyszał nawet to powiedzenie aż w piątej wsi, kiedy poszedł tam buhajka targować i nie powiem, dobrze na tym targu wyszedł, bo zwierz wyrósł na prawdziwego hamana, który krowy zapładniał pięknie przez długie lata, a ślipiami przekrwionymi tak spoglądał, że co delikatniejsi bali się w nie spoglądać, zwłaszcza baby, mówiące, że dreszcz je wtedy przechodzi. Śmiał się Antek Małowaty młodszy, mówiąc im, że przy byku takim to im głupie myśli po głowach chodzą i kolana miękną, ale odgryzały mu się po babsku, jazgocząc tylko krzykliwie, żeby słowa jego zagłuszyć.
Opowiadały też baby, że sława Józefa Maciory nawet i do plebana doszła, że niby głową kręcił i śmiał się, słysząc to powiedzenie. I że mówił coś nawet o pójściu do jakiejś Kany. Z tym, że nie Galilejskiej, tylko takiej na „s”, czy jak tam. Ale – wciórności – baby, jak to baby, nie zapamiętały, a śmiałości nie miały, żeby im ksiądz wszystko objaśnił. Było, nie było, wzrosła jeszcze sława Maciory, że pleban jakiś kawałek Pisma Świętego o nim znalazł, choć trzeba powiedzieć, że nie przewróciło mu to w głowie, o nie! Jak był życzliwym człowiekiem, gotowym do pogadania i pomocy, tak i został takim, chętnie ludziom pomagającym.
Ot, choćby w sprawie, co ją Kąkole do Owsianych przez trzy pokolenia mieli. A zaczęło się to wszystko wtedy, kiedy kogut Kąkoli wpadł na podwórko Owsianych i ich kury zaczął pokrywać, korzystając z tego, że kogut Owsianych zapodział się gdzieś akurat wtedy, kiedy powinien swoich kokoszy pilnować, ale pewnikiem diabeł go gdzieś na tę chwilę za łeb przytrzymywał. Wypadł wtedy ze stodoły Walek Owsiany z widłami w ręku i zaczął dźgać nimi Kąkolowego koguta, a poszed! krzycząc. A trzeba wiedzieć, że Kąkole strasznie byli cięci na widły w rękach sąsiadów, bo różne myśli im wtedy do głowy przychodziły, co to jeszcze chodziło o tamto weselisko, gdzie kto to widłami Kazka Kąkolów na Jadźce Owsianej leżącego przebił przez plecy, uszkodził mu co tam na wnątrzu na tyle, że ducha nieboraczek wyzionął od razu, dziewczynę krwią zalewając. Dźga więc Walek kąkolowego koguta, dźga, ale mu nie wychodzi, bo szach! szach! swoje kury tylko kaleczy, a kokot podfruwa, w bok ucieka, wyraźnie kpi sobie z walkowych wideł! Z harmideru tego drzwi chałupy Kąkoli rozwarły się i wyszedł sam gospodarz, Maciej Kąkol, Miśkiem zwany, bo wielki był, zwalisty, rozrosły ponad ludzką miarę, a w gniewie tak straszny, że sława jego daleko chadzała poza granice wsi. Nawet i za lasem pono o nim na jarmarkach mówiono, bo i tam dokazywał, zwłaszcza za młodu, kiedy od kieliszka nie stronił, głowę bardzo mocną mając i wszystkich w piciu wódki przetrzymując.
Wyszedł więc Maciej, Miśkiem zwany, patrzy a tu koguta jego Walek Owsiany zabić wyraźnie chce na swoim podwórzu, widłami dźgając bez umiaru żadnego! Żeby to jeszcze czym innym - tłumaczył się później Misiek, ale widłami, słyszycie to ludzie, widłami! I nic to, że kogut kąkolowy po owsianych gumnie chodził i ich kury tarmosił, że Walek w swoim prawie był, żeby go wygonić, choć przecie nie zabijać. Ale że widłami, ludkowie, widłami! Ooo, rozsierdził się Maciej, chwycił, co tam akurat pod ręką było i, rycząc niby smok w rui, ruszył ku płotowi, potrząsając kosą...
No tak, poniosło mnie, bo przecież nikt nie wie, jak ryczą smoki w rui i, tak po prawdzie, historia starcia Kąkoli z Owsianymi nic tu do rzeczy nie ma. Jednak chyba sam Pan Bóg mi tego smoka w rui na język zesłał, żeby przypomnieć, że to przecież o smoku historia. No bo siedzieliśmy sobie przecież gromadą pod wioskową lipą, tu chłopy, tam baby, a tu, nagle, jak spod ziemi, przybiegła Kaśka Maciążanka z krzykiem. Że niby, od lasu właśnie biegnie, bo tam, moiście wy, nie zgadniecie, o ludkowie!, dziwo: ni mniej, ni więcej tylko - smok. Wielki. Na to Józef Maciora, człek poważny i rozsądny, wstał, do Kaśki zbliżył się, na ramionach obie swe ręce jej położył, twarz zbliżył do jej twarzy i pytanie zadał.
- Jaki smok, Kaśka?